Facebook Google+ Twitter

Wyszłam za mąż zaraz wracam

Powiedziałam mojemu facetowi: możesz do mnie przyjść o dowolnej porze dnia albo nocy, z czymkolwiek: z muszlą znad Atlantyku, z pluszowym misiem, możesz nawet przyjść z kacem, ale nie możesz przyjść z pierścionkiem zaręczynowym.

Ja i On. / Fot. A. SzymańskiKiedy byłam jeszcze małą dziewczynką marzyłam - jak prawie wszystkie inne - o sukni białej jak śnieg, cerze gładkiej jak anioł i mężu rodem z bajki, o księciu na białym koniu. Mężny miał być absolutnie, żeby mi ramieniem służyć na zakrętach życia, odważny, żeby chronić mnie i nasze dzieci, romantyczny, żeby kwiaty były nie tylko w rocznice ślubu i w imieniny, no i kochać mnie miał do szaleństwa bez względu na wszystko, zawsze i wszędzie.

Jeszcze na studiach go poznałam – był właśnie taki jak trzeba. Krótka szalona znajomość, potem szybka decyzja - po co czekać, kiedy tak doskonale do siebie pasujemy i... ślub. Miłość nasza, choć wielka faktycznie, nie wytrzymała obustronnych niedojrzałych oczekiwań. Jak było mi źle z powodu pracy, choroby dziecka, zbyt małej ilości wolnego czasu przeznaczanego na pasje, on nic z tym nie potrafił zrobić. A przecież robiłam wszystko dla niego, żeby był szczęśliwy - myślałam. To nic, że nie pójdę z dziewczynami na aerobik, niech lepiej on w tym czasie zagra w snookera z kolegami; to nic, że pojadę na urlop sama z dziećmi, przecież to nawet lepie, będzie mu się spokojnie pracowało itd., itp. No bo bez niego, to by życie moje po prostu nie istniało i już. Frustracja narastała, wzajemne oddalenie też, byliśmy już w końcu tak od siebie - jak Wenus od Marsa.
Ale czemu się dziwić.

Po rozwodzie

Dopiero wiele miesięcy po rozstaniu zaczęłam rozumieć, o co właściwie mi chodzi. Że to niekoniecznie jest najważniejsza z moich życiowych misji - uszczęśliwiać Pana Męża. Że moje potrzeby są ważne, ba nawet często najważniejsze, a walka z nimi to samobójczo - syzyfowa praca. Coś w stylu: "i choćby przyszło tysiąc atletów i każdy zjadłby tysiąc kotletów, to nie udźwigną - taki to ciężar". Skoro więc teraz zostałam sama, odwiesiłam wszelką broń białą i kolorową mając zamiar zaniechać walki z wiatrakami i poczęłam rozglądać się za jakąś drogą do celu, mętnie przeczuwając, że chyba przyjdzie mi dotrzeć do samej siebie. I tak na początek, jeszcze ciągle raczej wierząc w to, że "facet to świnia", rozpoczęłam moje własne ekscytujące życie. Przeczytałam wszystkie książki, na które kiedyś nie miałam czasu, odkryłam w sobie pasję do tańca brzucha, spędzałam z dziećmi czas na tropieniu własnego cienia, nawet późnym wieczorem, zamiast marudzić: w pidżamy i gasimy światło itd., itp.

Jacyś przedstawiciele męskiego gatunku pojawiali się obok mnie w tym czasie, a i owszem. Czasem nawet przychodzili grupą. Nawet się śmiały moje koleżanki, że one by już za mąż wyszły, a ja na kolację zaprosić się nie dałam, ale trudno. Postanowiłam z ciężkim sercem, że tym razem nikt mnie, póki co, z raz obranej drogi wołami nie odgoni i żyłam dalej. Chociaż gdzieś głęboko miałam nadzieję, że przyjdzie czas, będzie i chłop jakiś odpowiedni.

Pewnego dnia zupełnie niespodziewanie

Moje życie wypełniło się po brzegi różnymi spotkaniami w zbożnym celu albo i bez kompletnie żadnego, pasjami, nowymi ludźmi, bez których – nie wiem, jak kiedyś żyłam. Zupełnie inna jakość. Ja zresztą też nie ta sama, jakby wypełniona czymś, czasem z kolei szukająca, czasem całkowicie skupiona na sobie, kiedy indziej znowu rozdająca gdzie popadnie wewnętrzne dobra osobiste. A bywały i całe weekendy, kiedy zawinięta w koc, przemieszczając się tylko – w wiadomym celu – do kuchni i łazienki, połykałam książkę za książką. Tak przeczytałam między innymi: "Chcę być kochana tak jak chcę" Ewy Konarskiej i Katarzyny Miller. Gdzieś między jednym wyjazdem z dziećmi a koncertem w klubie jazzowym, uprzejmie schudłam kilka kilo, miałam wiecznie niezapowiedziany, ale dobry humor, czasem budziłam się o 2 w nocy z odkryciem jakimś, nową dla mnie myślą o mnie samej, poglądem na życie, reakcją na artykuł albo pomysłem na wieczór i prasowałam do 6, nie mogąc już zmrużyć oka ani ciut z "podniecenia", a jednocześnie wyczekując w miarę ludzkiej pory, żeby zadzwonić do którejś z moich przyjaciółek i krzyknąć magiczne „eureka”!

Aż pewnego dnia zupełnie dla mnie niespodziewanie, na wernisażu wystawy jakiegoś zacnego, artysty zjawił się on. Nie nadjechał co prawda na białym koniu, nie błysnął złotym zębem (chociaż to akurat plusów by mu u mnie nie dodało), nie rzucił się do kolan mych z okrzykiem: "Malutka kocham cię, wiem to na pewno!". Ale jednak coś w nim było, coś co spowodowało, że zagadaliśmy się na śmierć, no na śmierć gardłową przynajmniej. Nagle znalazłam się w innym zupełnie świecie. W świecie, w którym nie tylko ja robię zakupy i wynoszę śmieci, w którym można dzielić się nawzajem zainteresowaniami, ale jednocześnie nie ma konieczności pokonywania siebie samej; w którym jestem ważna dla siebie i chociaż kocham, to nie muszę rzucać wszystkiego i dopasowywać się do czyichś planów, w którym jest wzajemny szacunek, nie ma osądów, oczekiwań i dąsów. I nie wiem ile będzie to trwało, może miesiąc, może rok, może całe życie, na pewno jednak tylko do wtedy, kiedy będziemy tego obydwoje chcieć.

Nauczyłam się, że to nie ślub lub jakaś inna moc wiążąca jest w stanie to sprawić. To ja sama. Ja wyznaczam jakość własnej relacji, ja kończę ją lub rozpoczynam, jeśli tak decyduje i z całą pewnością zależy to wszystko od zupełnie czego innego niż papierek urzędowy. A moją potrzebą jest kochać, nie zaś być żoną konkretnego Jasia Kowalskiego. No i powiedziałam mojemu super facetowi: możesz do mnie przyjść o dowolnej porze dnia albo nocy, z czymkolwiek: z muszlą znad Atlantyku, z kamieniem wulkanicznym z Santorini, z pluszowym misiem ze stacji benzynowej, możesz nawet przyjść z kacem, ale nie możesz przyjść z pierścionkiem zaręczynowym. Chciałabym żebyśmy i ja i On pamiętali na zawsze to, co śpiewał onegdaj niejaki, zapomniany już trochę, Atrakcyjny Kazimierz: Kochaj, kochaj, kochaj, a jak nie to wynocha!

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (38):

Sortuj komentarze:

Wiesz Aga w trzech słowach można zawrzeć wszystko - zrozumienie, pomoc, wsparcie. i wtedy nawet nie trzeba mówić o miłości bo to wynika naturalnie. Jest oczywistością !!! Bezwzględną !!! I wtedy nprawdę mozna żyć pełna piersia wiedząć że pomimo wszystko jest ktoś do kogo można zawsze powiedzieć pomóż i on będzie, bo będzie czuwał, dla Ciebie. ale sie wynurzyłem sorry artur

Komentarz został ukrytyrozwiń

tak nawiasem bardzo fajne zdj, z Jarkiem. kto robił ? artur

Komentarz został ukrytyrozwiń

Aga kurcze tyle słów o naprawdę jednym -miłość. W tym zawiera się wszystko zrozumienie. widzenie potrzeb drugiej osoby, chęc wspierania jej we wszystkim, pomagania, dzielenia się kazdym skrawkiem zycia (mówię też o odawaniu tych skrawków tych godzin i nocy kiedy pracujesz dla niej i myslisz o niej, tych wspólnych urlopów kiedy jestescie tylko dla siebie i też dzieci. To naprawdę jest bardzo proste tylko trzeba chcieć sobie pomagać. chcieć się zrozumieć i w końcu chcieć ze soba być. znasz mnie trochę z widzenia i kilku rozmów
artur

Komentarz został ukrytyrozwiń

piomay, "mądrości życiowej"?

a to dobre.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Bardziej chyba pasuje na bloga... ale cos w tym jest. Cos zyciowego. Niech sie ludziska ucza. Fajnie napisane, duzo madrosci zyciowej. Plus od rozwodnika ktory ma bardzo podobne doswiadczenia, tylko plec jakby przeciwna.

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 24.01.2008 19:28

Kolega twierdzi, że dyskusja jest na poziomie gospodyń wiejskich, ale ja go nie słucham i zapytam jednak:
Czy nie sądzicie, ze zycie jest bardziej skomplikowane niż życie paraparafialne?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Zgadzam sie w 100% z powyzszym komentarzem...

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 23.01.2008 20:53

Całkowicie zgadzam się z Klarą - autorka tekstu pisze jak nastolatka, która nie rozumie sensu miłości i odpowiedzialności. Obie te wartości powinny opierać się na STAłEJ WOLI do dobrego działania, a nie na zmiennych uczuciach i emocjach, czyli bardzo płytkiej podstawie; a na pewno już nie na myśleniu przede wszystkim o zaspokajaniu własnych potrzeb.

Jak w takim zmiennym klimacie odnajdą się dzieci? Przyszłość pokaże.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Maciek,
uważam, że ludzie zniewalają albo uwalniają sami siebie i inni ludzie nie maja tu nic do tego. Są często tylko pretekstem, żeby uciekać przed tym, co się generuje samemu.
chodzi mi zasadniczo o to, że sami kreujemy swoje zycie, to jakich mamy partnerów, to jakie mamy granice wolnosci, odpowiedzialności itp.
więc jeśli załóżmy trafiam na faceta idiotę, to niestety, nie jest to jego wina, tylko mojego wyboru.

Komentarz został ukrytyrozwiń

A dzieci mają się świetnie czy mówią, że mają się świetnie? Są nad podziw dojrzałe, czy tylko wiedzą, czego się od nich oczekuje?
Jakoś mnie ta pewna i zadowolona odpowiedź nie satysfakcjonuje. Zanim dziecko zrozumie wszystko to, co ich matki zaczynają rozumieć w okolicach rozwodu, może minąć trochę czasu.
Ale to tak OT.
Tekst czyta się dobrze. Aczkolwiek zgadzam się tylko z pierwszą połową ostatniego akapitu. Więcej, nie widzę związku między pierwszą połową a drugą. Jak już tu powiedziano - jest wiele zagrożeń, których da się uniknąć, gdy związek jest w pełni oficjalny.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.