Facebook Google+ Twitter

120 miejsce

Wywiad z długoletnim emigrantem do Niemiec - Zbigniewem

Zbigniew, po 23 latach pobytu w Niemczech zjechałeś z Dortmundu do Polski. Chciałbym abyś opowiedział mi o pobycie w Niemczech w formie wywiadu rzeki.

Zbigniew, jeżeli się zgadzasz, to zaczynamy:
Miałeś dobrą, satysfakcjonującą pracę, samodzielne mieszkanie, rodzinę, dzieci, dlaczego to ci nie wystarczało, dlaczego chciałeś uciec z Polski? - Na pewno nie ze względu na pieniądze. Nigdy nie byłem typem fightera. Przeciwko całej obłudzie komuny, zagłosowałem po prostu nogami, bo słowo „wolność”, nigdy nie było dla mnie pustym frazesem. W ciągu całego życia dużo dla niej poświęciłem i nadal to robię.

Jak to się stało, że i dlaczego uciekłeś właśnie do Niemiec Zachodnich, a nie np.: do Szwecji, czy Wielkiej Brytanii? - We wrześniu 1986 r pojechałem na dwudniową wycieczkę do Szwecji, z zamiarem pozostania na Zachodzie. Na miejscu w Malmo, dowiedziałem się, że nie ma żadnej możliwości zostania w Szwecji na dłużej. Jedyną szansę pozostania na zachodzie stwarzała Republika Federalna Niemiec, ale nie miałem wizy, ani pieniędzy na kolejną wycieczkę, tym razem do Niemiec. W podobnej do mnie sytuacji, znalazło się jeszcze dwóch przygodnych znajomych z wycieczki. Nawiązaliśmy kontakt z mieszkańcem Szwecji, który akurat wybierał się samochodem do Niemiec. Problem był tylko z nielegalnym przekroczeniem granicy RFN w Travemunde, ponieważ granica była silnie strzeżona, z uwagi na zamachy terrorystyczne dokonywane przez RAF. Jednak, udało nam się znaleźć przysłowiową „dziurę w płocie” w porcie w Travemunde. Przekraczając granicę w ten sposób wiele ryzykowaliśmy, bo niemieccy pogranicznicy, byli w tym czasie bardzo zdeterminowani.

Jak cię przyjęto na ziemi niemieckiej, jakie były twoje pierwsze wrażenia? - Pierwszy kontakt z ziemią niemiecką, nawiązaliśmy, leżąc „dosłownie” na polu kapusty, nasłuchując czy nie padają ewentualne strzały z broni palnej, czy pozostaliśmy niezauważeni. Odczekaliśmy, leżąc pół godziny, po czym dotarliśmy do autostrady. Autostopem dojechaliśmy do Braunschweigu, gdzie zgłosiliśmy się do ratusza. Tam załatwiono nam nocleg. Następnego dnia mieliśmy załatwiać wszystkie formalności pobytowe. Sposób, w jaki nas przyjmowano, wzbudził jednak nasze obiekcje. Ponieważ naszym pierwotnym celem była Kolonia, więc podziękowaliśmy i wsiedliśmy do pociągu do Kolonii. Na zakup biletów, pieniędzy nam już niestety nie wystarczyło, więc cichaczem przemieszczaliśmy się miedzy wagonami. Jednak konduktor okazał się profesjonalistą i w końcu nas namierzył i dopadł. Musieliśmy wydawać mu się mocno podejrzani, bo na następnej stacji czekała już na nas, nawet nie policja, ale grenzschuetz. Ponieważ zatrzymanie było już daleko od granicy, wewnątrz terytorium Niemiec, nie odesłano nas do Szwecji, tylko pozwolono nam rozpocząć procedurę azylową. Wiązało się to z krótkimi pobytami w różnych ośrodkach dla uchodźców, po czym w końcu wylądowaliśmy w Dortmundzie w ośrodku, który przypominał budynek mieszkalny, wielorodzinny,

Jak wyglądały pierwsze miesiące twojego pobytu w Niemczech, gdzie mieszkałeś, jak się utrzymywałeś? - Budynek, w którym mieszkaliśmy, znajdował się na skraju dużego, nowego osiedla mieszkaniowego, mieszkaliśmy w dwuosobowych, wygodnych pokojach ze wspólną kuchnią. Otrzymywaliśmy regularny, standardowy zasiłek pieniężny, który w zupełności wystarczał na utrzymanie. Posiłki przygotowaliśmy samodzielnie. Oprócz tęsknoty, mocno doskwierał nam, zarówno kategoryczny zakaz pracy, jak i opuszczania granic skądinąd dużego miasta. Poza tym, perspektywy naszego stałego pobytu, były znikome. Jedynym realnym rozwiązaniem, była dalsza emigracja. Powrót do kraju, w moim przypadku, nie wchodził w rachubę, lecz w naszej małej społeczności stosunkowo szybko, nastąpiła polaryzacja na tych, co przyjechali „za chlebem” i po dorobieniu się „za wszelką cenę” chcieli wrócić i na tych, którzy chcieli żyć w normalnym świecie.

Jakie były twoje szanse na pozostanie w Niemczech. Czy miałeś szansę na pracę? – W tym miejscu trzeba rozróżnić dwie grupy imigrantów na terenie Niemiec Zachodnich. Pierwszą, była grupa Polaków, tzw. „spóźnionych przesiedleńców”, korzystająca z całej gamy przywilejów takich jak niemieckie obywatelstwo, odszkodowania za mienie pozostawione w Polsce, automatyczne uznawanie zawodu, pierwszeństwo przyjęcia do pracy, kursy językowe. Druga to, my „szaraki”, obcokrajowcy, z których część udała się na dalszą emigrację, reszta zostawała zmuszana do powrotu w taki, czy inny sposób. Niektórzy sami się do tego przyczynili, nie wytrzymując presji pokus „wielkiego świata”, inni padli ofiarą szerokiej gamy sztuczek administracyjnych. Żeby zostać, trzeba było uzyskać indywidualne pozwolenie na pracę, którego uzyskanie przy 20 procentowej skali bezrobocia i zerowej uznawalności zawodów „szaraków”, graniczyło z cudem. I w moim przypadku cud się zdarzył, co prawda kosztowało mnie to dużo zachodu. Pracowałem dorywczo, nielegalnie i suma summarum, mój dochód był praktycznie wyższy od dochodu współpracowników. Podkreślałem przy tym, że nie jestem winien tej sytuacji (brak pozwolenia na pracę) i pryncypał, człowiek rzetelny, mocno osadzony w środowisku, nie wytrzymał psychicznie tej „niesprawiedliwości”, i korzystając ze swoich możliwości załatwił mi upragnione pozwolenie na pracę, które dawało mi praktycznie prawo pobytu.

Jak w tym czasie znosiłeś rozłąkę z rodziną? - W 1987 r., weszły w życie ułatwienia odnośnie wyjazdów zagranicznych (w ramach łączenia rodzin) i zdarzył się kolejny cud, żona z moimi małymi synkami przyjechała do mnie. Wcześniej, mając zapewnioną pracę i prawo pobytu wynająłem samodzielne mieszkanie, gdyż skutkiem restrukturyzacji kopalń i hut, w Dortmundzie, było dużo wolnych mieszkań i mogłem otrzymać skromne, samodzielne mieszkanie. Wigilię w 1987 r., spędziliśmy już wspólnie.

Jak wam się wiodło w Niemczech, po przyjeździe rodziny? - Pomimo przyjazdu żony z dziećmi, nasza sytuacja pobytowa, była dalej niepewna, prawo pobytu, mieliśmy przedłużane warunkowo, co pół roku. W tej niepewności żyliśmy jeszcze przez wiele lat. Dlatego mając poszukiwane zawody, zdecydowaliśmy się na złożenie aplikacji na dalszą emigrację do Kanady, pomimo wyraźnego sprzeciwu żony. W międzyczasie odwiedziła nas moja mama, która niechętnie zgodziła się na przyjazd do Dortmundu, do Niemiec. Mama musiała stoczyć ze sobą wewnętrzną walkę, żeby przezwyciężyć wojenną traumę. Jej rodzina z uwagi na działalność konspiracyjną była prześladowana, zaś ona sama przeszła gehennę Powstania Warszawskiego w sierpniu i wrześniu 1944 r. i późniejszych przymusowych obozów pracy. Zdecydowała się, dlatego, że spotkała w czasie wojny też dobrych Niemców, którzy dwukrotnie pomogli jej w ucieczce. Mama, podobnie jak żona, była przeciwna naszej dalszej emigracji, z uwagi na wyczuwalną odwilż polityczną w Polsce.

Czy po wyjeździe do Niemiec, interesowałeś się tym, co dzieje się w ojczyźnie? - Co za pytanie, to że mieszkaliśmy w Niemczech nie znaczy, że nie byliśmy Polakami. Jednym z pierwszych moich zakupów (wówczas bardzo kosztownych, była antena satelitarna, która umożliwiała dostęp do bieżących informacji z Polski. Brałem też udział w pracach polskich organizacji w Dortmundzie, w manifestacjach anty PRL-owskich przed konsulatem w Koloni i ambasadą w Bonn. Zwieńczeniem naszej działalności był spontaniczny udział około 100 osób w 10-cio dniowym protestacyjnym strajku głodowym, na terenie Polskiego Domu Katolickiego na Evingu w Dortmundzie w 1988 r. Schudłem wtedy ponad 10 kg. Przeżycia związane ze strajkiem głodowym, i te pamiętne pół godziny na polu kapusty (po nielegalnym przekroczeniu granicy), spowodowały że w imię szczytnych wartości, nauczyłem się panować nad instynktem samozachowawczym.

Co zadecydowało, że nie wyjechaliście dalej, jak większość polskich rodzin? - Taki dalszy wyjazd, wiązał się z ponownym zaczynaniem wszystkiego od nowa, nowy język, nowa kultura, niepewny byt. Póki nikt, nas jeszcze bezpośrednio do tego nie zmuszał, woleliśmy tego uniknąć, zwłaszcza, że żona w końcu znalazła dobrą pracę w swoim wyuczonym zawodzie. Tym razem podejrzewając, że nasz limit cudów już się wyczerpał, nie pozostawiłem nic przypadkowi. Przełamałem perfekcjonistyczne opory żony i strach przed nieznanymi i nowymi wyzwaniami. Wziąłem ją za „frak” i zaprowadziłem do działu personalnego kliniki w Dortmundzie.



Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Prawdziwe życie zawsze jest ciekawsze, niż najlepszy scenariusz!.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ciekawe losy!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.