Facebook Google+ Twitter

Wywiad z Great Mountain Fire z Brukseli

Znamy co prawda dEUS i Ghinzu, ale może warto rozejrzeć się jeszcze lepiej po belgijskim ogródku muzycznym w poszukiwaniu zespołów nieodstających od indie-popowej mody. Takim zespołem jest Great Monutain Fire - poczytajcie sami.

 / Fot. Dour FestivalNie ma o Was właściwie żadnych informacji w języku angielskim w sieci, a że internetowym tłumaczom nie ufam do końca, chciałabym Was najpierw poprosić o krótkie przedstawienie polskiej publiczności.
Cześć, jesteśmy Great Montain Fire, czyli belgijskim groovy-popowo-elektro-rockowym zespołem z Brukseli. Nasza muzyka brzmi jak spocone afrykańskie bity funky zmieszane z melancholijnymi i naiwnymi dźwiękami analogowymi. Tak właściwie to zdrowa i optymistyczna muzyka.

"Canopy", Wasz debiutancki album, ma zostać wydany lada dzień. Jakie są Wasze oczekiwania, marzenia związane z tą płytą?
Po niemalże dwóch latach pracy chcielibyśmy, żeby ludzie słuchali "Canopy". Przede wszystkim zrobiliśmy tę płytę dla własnej przyjemności, żeby zmaterializować swoją chęć pisania, komponowania i produkowania piosenek, w których zawarta jest pewna treść. Wreszcie chcieliśmy zrealizować znaczący projekt, od początku do końca, zrywając ze złymi nawykami kombinowania z akordami i zwykłym powtarzaniem tekstów przez kolejne siedem minut, tylko po to, żeby się sprzedać. To przecież logiczne, że jeśli chcesz nagrać drugi album, musisz najpierw wydać debiut. Część marzeń udało się więc już zrealizować. Zaczęliśmy grać mając 11 lat i od tamtej pory dzieliliśmy chęć stworzenia płyty. "Canopy" to zarazem zwieńczenie naszych pragnień i początek Great Mountain Fire.

Jak wyglądała praca nad płytą?
"Canopy" sama w sobie opowiada o procesie nagrywania. Najpierw nie tylko zaprzyjaźniliśmy się, ale także staliśmy się zaufanymi członkami zespołu, co ma ogromne znaczenie. Great Mountain Fire to rodzina i chcieliśmy, żeby było to słychać w naszej muzyce. Julien Galoy z Montevideo został naszym menagerem, Julien Rauïs - inżynierem dźwięku, a później Jean Waterlot z Ghinzu i Montevideo - dyrektorem artystycznym albumu. Razem zdecydowaliśmy o kształcie naszej płyty. Wówczas przestaliśmy występować i udaliśmy się w inspirujące okolice ze źródłami czy wielkimi rodzinnymi domami w pobliżu Morza Północnego podczas śnieżnej belgijskiej zimy. I tam zaczęliśmy komponować.

Jak w fabryce, zorganizowaliśmy się w zespół - dwóch z nas pisało teksty w kuchni, dwóch nagrywało klaskanie w piwnicy, ktoś inny próbował swój keyboard w łazience. W ten sposób stworzyliśmy pierwszą wersję albumu. Przed pracą w studiu mieliśmy 15 wersji demo piosenek. A w czerwcu 2010 roku przez 12 dni nagrywaliśmy 12 z nich. Przez całe lato zajmowaliśmy się wokalami, w najdziwniejszych i najciekawszych zarazem miejscach. A w listopadzie album gotowy był do miksowania, w czym pomógł nam Christophe Waeytens (związany z Deus, Sharko i Vismets). Tutaj znalazła się "Cinderella", którą jak najszybciej wydaliśmy, żeby zapowiedzieć nadchodzące wydawnictwo. Miksowanie zabrało nam kolejnych piętnaście krótkich zimowych dni i długich nocy. Nadeszła pora na kwestie wizualne, musieliśmy spojrzeć na naszą pracę jak przez lustro i na coś to wszystko przetłumaczyć - na coś organicznego, żywego i silnego. Na tygrysa wpadliśmy przypadkiem, uchwyconego przez aparat w ryku. W jakiś sposób kojarzyła nam się ta dzikość z naszą pracą, dokładnie jak ten upał i pot deszczowego lasu w tle. Dlatego też album nazywa się "Canopy" - opowiada historię pewnego procesu.

Nie obawiacie się skojarzeń z indie-popem, porównań z Franzem Ferdinandem i jemu podobnymi? Pomoże Wam to w dalszej karierze, jeśli zdecydujecie się na czy to w Belgii, czy poza nią?
My wprost mówimy, że jesteśmy indie-popowi, więc nie mamy z tym problemu. Jeśli chodzi o Franz Ferdinand, ogromnie podobał nam się ich pierwszy album, ale chyba niewiele nas łączy, no może poza tą samą „taneczną groovy rockową” szkołą grania, która akurat jest o wiele starsza niż Franz. I to wszystko. Jest też trochę tak, że krytycy muzyczni z kontynentu po prostu nie potrafią do końca dobrze definiować muzyki. Poza tym angielskie zespoły są o wiele bardziej znane i odpowiadają na potrzeby publiczności. Więc jeśli zechcemy zostać w Belgii, nie będzie to wielki problem. Ale mamy zamiar wyruszyć dalej, jak każdy zespół, i wtedy będziemy musieli zmierzyć się z takimi skojarzeniami. A z resztą, angielski czy nie, indie-pop czy inny, zespół zawsze kojarzy się z innymi grupami.

A kim jest "Cinderella"?
To wspomnienie o 11-letniej dziewczynie, z perspektywy jej rówieśników. Była wyższa, mądrzejsza, więc nie do zdobycia.



Zespół GMF już w lipcu zagra jeden z wielu koncertów w ramach Dour Festival w Dour w Belgii -
http://www.dourfestival.be/en/dourtour

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.