Będzie to rozmowa o muzycznych fascynacjach, norweskich początkach, koncertach i wielu innych sprawach.
Z pewnością takie opinie wywierają pewną presję, ale raczej mobilizującą niż przytłaczającą. Przynajmniej mamy jakiś motor napędzający nas do działania i staramy się tworzyć coraz lepszą muzykę.
Wreszcie, czym najbardziej się inspirujecie, pisząc teksty i muzykę? W sieci krąży wiele porównań, mniej lub bardziej trafnych, jak to jest Waszym zdaniem? I czym tak właściwie jest "free folk"?
- Jeśli chodzi o zespoły, to obaj bardzo lubimy scenę Chicagowską późnych lat 90. (Tortoise, Gastr Del Sol, Jim O'Rourke) oraz niezależny amerykański folk (The Microphones, Bon Iver, starsze Akron/Family). Bez przerwy jesteśmy porównywani do The Microphones, a raczej nazywani ich marną polską kopią - uwielbiam Phila Elveruma, ale niestety w Kyst nic z jego projektów nie słyszę. No ale każdy ma prawo do własnego zdania, prawda?
Free folk, hm... Cząstka "free" ma na pewno związek z naszą główną zasadą dotyczącą muzyki - totalna wolność. Nie dopasowujemy się do żadnych trendów ani nie tworzymy na siłę utworów ze "stopką na raz" (choć i takie w swym repertuarze mamy), nasze kompozycje są wypadkową tego, jak się w danej chwili czuliśmy, ile papierosów spaliliśmy, jaka była pogoda i kto ile poprzedniego dnia wypił. Bardzo mały procent naszych kawałków został w typowy sposób "napisany", może poza How I Want, choć i on po części wyszedł z improwizacji. Tak, na pewno w dużej mierze chodzi o improwizację i wolność muzycznego wyrazu.
Jeśli chodzi o cząstkę "folk", to myślę, że chodzi tu o pewien ładunek emocjonalny, który muzyce folkowej od zawsze towarzyszył i towarzyszy do dziś. W muzyce Kyst nie ma wiele z "folku" w dosłownym znaczeniu (jako muzyki ludowej), jednak przykładamy ogromną wagę do przekazu emocjonalnego, co - jak sądzę - sprawia, że mamy z tym "tagiem" wiele wspólnego.
Jestem absolutnym przeciwnikiem zamykania muzyki w ramach jakichś tam gatunków, chociaż nazwa "free folk" jest całkiem fajna.