Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

32769 miejsce

Wyzwanie dla prawdziwych mężczyzn

Dlaczego masowa emigracja zarobkowa radykalnie zmieni patriarchalne stosunki męsko-damskie w Polsce

W ostatnich miesiącach można w Polsce obserwować ciekawe rozdwojenie jaźni u niektórych polityków: Ci sami, którzy walczyli jak lwy (albo przynajmniej robili takie wrażenie) o otwarcie rynków pracy w starych krajach członkowskich UE, teraz lamentują nad tym, że Polacy masowo korzystają z tego prawa i (jak to tak zgrabnie ujął jeden z wiceministrów obecnego rządu) „rozwijają gospodarki obce a nie własnej”.

Jest to nawet podwójny paradoks – ci, którzy teraz chcą przekonać Polaków aby zostali w kraju, to ci sami, co uważali, że inwestycje zagraniczne w Polsce są większym zagrożeniem dla tożsamości Polaków niż możliwość pracy zagranicą. Nie uważam, że Polak przestaje być Polakiem tylko dlatego, że parę lat spędza zagranicą. Ale sądzę, że politycy obecnej koalicji mają rację, jeśli obawiają się skutków tej wielkiej fali migracyjnej dla tożsamości Polaków. A szczególnie powinni się obawiać skutków dla tożsamości Polek. Bo za sprawą masowych wyjazdów już za parę lat cały ten patriarchalny model rodziny i stosunków między kobietami i mężczyznami, który LPR, Samoobronna i PiS tak wychwalają, wyląduje na śmietniku historii.

Migracja zarobkowa to krótki i radykalny program emancypacji kobiet. Dlaczego? To proste: Akurat w Polsce młode kobiety są w tej chwili lepiej wykształcone i bardziej przedsiębiorcze niż męska część społeczeństwa. One też napotykają w Polsce na największe przeszkody na rynku pracy. To młode Polki będą emigrować w pierwszym rzędzie, tym bardziej, że za granicą mogą korzystać z różnych preferencji i kwot dla kobiet, które w Polsce albo nie obowiązują, albo nie są przestrzegane. Ale czy przeciętny polski mąż może akceptować, że nagle żona zarabia więcej i utrzymuje rodzinę? Taka sytuacja może rodzić dramatyczne skutki dla stosunków damsko-męskich, które już dziś można obserwować w Brukseli, gdzie Polki - jako wzięte i powszechnie cenione sprzątaczki - zarabiają wielokrotnie więcej niż ich mężowie, którzy zostali przy swoich zawodach w Siematyczach i w Białymstoku.

Jak funkcjonuje takie małżeństwo po powrocie – ona, która widziała inny świat, która działała w bardzo trudnych warunkach samodzielnie, zdana na siebie i odniosła sukces, przynajmniej finansowy i on, który został w gospodarstwie, zajmował się dziećmi, gotował obiady? Mieszkańcy Opolszczyzny, którzy znają taki stan rzeczy od lat, wiedzą, czym to grozi – wzrostem liczby rozwodów, rozpadem rodziny. W tym miejscu można nad tym ubolewać albo opowiadać się za – kompletnie nierealistycznym – zamknięciem granicy, wskazać na to, jak przystąpienie do UE demoralizuje społeczeństwo i wściec się na to, że raz z migracją zarobkową importujemy teraz też emancypację kobiet. To prawda, choć niecała. Za zwiększone wskaźniki rozwodów, za rozbite rodziny nie odpowiadają ani Unia Europejska, ani wolność podróżowania i możliwości zarobkowania zagranicą, lecz fakt, że patriarchalne, autorytarne, zdominowane przez mężczyzn społeczeństwo wsi i małych miasteczek z jednej strony ogranicza możliwości awansu kobiet, pchając je do emigracji zarobkowej, a z drugiej strony wykształciło model bycia mężczyzną wykluczający adaptację do sytuacji, w której to nagle kobieta nosi spodnie i portfel.

Ale to, co się dzieje między Opolem i Frankfurtem, Siemiatyczami i Brukselą, to dopiero początek. W przyszłości Polki będą nie tylko więcej zarabiać zagranicą, ale i pracować w bardziej prestiżowych zawodach. Już dzisiaj z wielu programów stypendialnych młode kobiety korzystają nieporównywalnie częściej i skuteczniej niż ich koledzy na studiach. Ale czy taka studentka, obyta w świecie, znająca języki, wykształcona, wróci po ukończeniu studiów do rodzimej wioski, by pokornie poślubić miejscowego chłopaka, przeistaczać się w gospodynię domową i wychować mu dzieci? Nikt w to chyba nie wierzy.

Jeśli młodzi Polacy na polskiej prowincji nie chcą wypełniać zapowiadającego się deficytu kobiet importem młodych Ukrainek (one też zarabiają już we Włoszech, Niemczech, na Słowacji, więc problem zostanie) to sami muszą zmienić swój stosunek do kobiet. Najprostsza odpowiedź na taki obrót sprawy są próby wzmocnienia władzy mężczyzn nad kobietami. Tak jak LPR wymyśliła becikowe i obowiązek zatrudnienia matek po urlopach macierzyńskich – które de facto utrudniają wszystkim kobietom dostęp do rynku pracy. Ale dopóki rządowi nie uda się z powrotem zamknąć granic, kobiety będą wyjeżdżać zagranicę i się tam emancypować, i wyzwalać od ciasnych reguł życia społecznego w Polsce. Dlatego otwarcie rynków pracy w niektórych krajach UE nie jest tak bardzo wyzwaniem dla ekonomistów i polityków, ale przede wszystkim dla polskich mężczyzn – aby zmienili stosunek do kobiet tak, aby mogły się emancypować w Polsce i nie musiały tego robić zagranicą.

Klaus Bachmann

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Nie sposób się nie zgodzić ALE większość Polek za granicą wcale niekoniecznie sprząta... Zwłaszcza w młodym pokoleniu - ludzie owszem, zaczynają na przyszłowiowym zmywaku - lecz potem pną się w górę dzięki sile przebicia, wykształceniu, parciu do przodu. Podoba mi się powiązanie w tekście wyjazów z prawami kobiet; myslę że wiele osób nie zdaje sobie sprawy, że pseudoprokobiece rozwiązania rzadu to podcinanie gałęzi na której się siedzi. Tylko czego się spodziewać po rządzie, który widzi najpierw RODZINĘ, potem dopiero CZŁOWIEKA. Na Zachodzie jest dokładnie na odwrót. Pozdrawiam.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.