Dlaczego masowa emigracja zarobkowa radykalnie zmieni patriarchalne stosunki męsko-damskie w Polsce
W ostatnich miesiącach można w Polsce obserwować ciekawe rozdwojenie jaźni u niektórych polityków: Ci sami, którzy walczyli jak lwy (albo przynajmniej robili takie wrażenie)
o otwarcie rynków pracy w starych krajach członkowskich UE, teraz lamentują nad tym, że Polacy masowo korzystają z tego prawa i (jak to tak zgrabnie ujął jeden z wiceministrów obecnego rządu) „rozwijają gospodarki obce a nie własnej”.
Jest to nawet podwójny paradoks – ci, którzy teraz chcą przekonać Polaków aby zostali w kraju, to ci sami, co uważali, że inwestycje zagraniczne w Polsce są większym zagrożeniem dla tożsamości Polaków niż możliwość pracy zagranicą.
Nie uważam, że Polak przestaje być Polakiem tylko dlatego, że parę lat spędza zagranicą. Ale sądzę, że politycy obecnej koalicji mają rację, jeśli obawiają się skutków tej wielkiej fali migracyjnej dla tożsamości Polaków. A szczególnie powinni się obawiać skutków dla tożsamości Polek. Bo za sprawą masowych wyjazdów już za parę lat cały ten patriarchalny model rodziny i stosunków między kobietami i mężczyznami, który LPR, Samoobronna i PiS tak wychwalają, wyląduje na śmietniku historii.
Migracja zarobkowa to krótki i radykalny program emancypacji kobiet. Dlaczego? To proste:
Akurat w Polsce młode kobiety są w tej chwili lepiej wykształcone i bardziej przedsiębiorcze niż męska część społeczeństwa. One też napotykają
w Polsce na największe przeszkody na rynku pracy. To młode Polki będą emigrować w pierwszym rzędzie, tym bardziej, że za granicą mogą korzystać z różnych preferencji i kwot dla kobiet, które w Polsce albo nie
obowiązują, albo nie są przestrzegane. Ale czy przeciętny polski mąż może
akceptować, że nagle żona zarabia więcej i utrzymuje rodzinę? Taka
sytuacja może rodzić dramatyczne skutki dla stosunków damsko-męskich, które już
dziś
można obserwować w Brukseli, gdzie Polki - jako wzięte i powszechnie cenione
sprzątaczki - zarabiają wielokrotnie więcej niż ich mężowie, którzy zostali
przy swoich zawodach w Siematyczach i w Białymstoku.
Jak funkcjonuje takie
małżeństwo po powrocie – ona, która widziała inny świat, która działała w
bardzo trudnych warunkach samodzielnie, zdana na siebie i odniosła sukces,
przynajmniej finansowy i on, który został w gospodarstwie, zajmował się
dziećmi, gotował obiady? Mieszkańcy Opolszczyzny, którzy znają taki stan
rzeczy od lat, wiedzą, czym to grozi – wzrostem liczby rozwodów, rozpadem rodziny.
W tym miejscu można nad tym ubolewać albo opowiadać się za – kompletnie
nierealistycznym – zamknięciem granicy, wskazać na to, jak przystąpienie
do UE demoralizuje społeczeństwo i wściec się na to, że raz z migracją
zarobkową importujemy teraz też emancypację kobiet. To prawda, choć niecała. Za zwiększone wskaźniki rozwodów, za rozbite rodziny nie odpowiadają
ani Unia Europejska, ani wolność podróżowania i możliwości zarobkowania
zagranicą, lecz fakt, że patriarchalne, autorytarne, zdominowane przez
mężczyzn społeczeństwo wsi i małych miasteczek z jednej strony ogranicza
możliwości awansu kobiet, pchając je do emigracji zarobkowej, a z drugiej
strony wykształciło model bycia mężczyzną wykluczający adaptację do
sytuacji, w której to nagle kobieta nosi spodnie i portfel.
Ale to, co się
dzieje między Opolem i Frankfurtem, Siemiatyczami i Brukselą, to dopiero
początek. W przyszłości Polki będą nie tylko więcej zarabiać zagranicą,
ale
i pracować w bardziej prestiżowych zawodach. Już dzisiaj z wielu programów
stypendialnych młode kobiety korzystają nieporównywalnie częściej i
skuteczniej niż ich koledzy na studiach. Ale czy taka studentka, obyta w
świecie, znająca języki, wykształcona, wróci po ukończeniu
studiów do rodzimej wioski, by pokornie poślubić miejscowego chłopaka,
przeistaczać się w gospodynię domową i wychować mu dzieci? Nikt w to chyba
nie wierzy.
Jeśli młodzi Polacy na polskiej prowincji nie chcą wypełniać
zapowiadającego się deficytu kobiet importem młodych Ukrainek (one też
zarabiają już we Włoszech, Niemczech, na Słowacji, więc problem zostanie)
to sami muszą zmienić swój stosunek do kobiet.
Najprostsza odpowiedź na taki obrót sprawy są próby wzmocnienia władzy mężczyzn nad kobietami. Tak jak LPR wymyśliła becikowe i obowiązek zatrudnienia matek po urlopach macierzyńskich – które de facto utrudniają wszystkim kobietom dostęp do rynku pracy. Ale dopóki rządowi nie uda się z powrotem zamknąć granic, kobiety będą wyjeżdżać zagranicę i się tam emancypować, i wyzwalać od ciasnych reguł życia społecznego w Polsce.
Dlatego otwarcie rynków pracy w niektórych krajach UE nie jest tak bardzo wyzwaniem dla ekonomistów i polityków, ale przede wszystkim dla polskich mężczyzn – aby zmienili stosunek do kobiet tak, aby mogły się emancypować w Polsce i nie musiały tego robić zagranicą.
Klaus Bachmann