Facebook Google+ Twitter

YuNuGo i Sonica w Sisce - wybuchowa mieszanka dźwięków

Najpierw piątkowy triumfalny powrót Random Logic na scenę i koncert SND w ramach SONICA festiwalu, a później spotkanie z regionalnym graniem: Molokai z Macedonii, N'Toko ze Słowenii i serbskim Repetitorem. Zgrozo, to był doskonały weekend.

 / Fot. sonicaSonica - festiwal sztuki tymczasowej, o którym jeszcze raz napiszę niebawem, podsumowując zamykającą się właśnie piątą edycję, przygotowała między innymi selekcję doskonałej muzyki techno, której można było próbować w najważniejszych miejscach w mieście: klubie K4, w Metelkowej oraz w Kinie Siska. To, co udało mi się zobaczyć, zawsze spełniało wymagania, ale piątkowa noc zwaliła mnie z nóg.

Zupełna ciemność w wielkiej Katedrali, czarne zasłony, odrobina czerwonego światła na ścianach, sala podobna do boiska, z ponumerowanymi schodkami, i dwóch kolesi na tej zaledwie rozjaśnionej laptopami scenie czaruje niesamowicie. SND, duet z Wielkiej Brytanii (Scheffield dokładnie), który od 1998 roku pracuje sobie na kultowe miano, mają tę niezwykłą zdolność w graniu techno, że kiedy już wejdziesz na ich terytorium, nie wyjdziesz, dopóki ci na to nie pozwolą. Nieprawdopodobnie doskonały, uporządkowany, przemyślany i konsekwentny show, oparty na minimalnym techno, które wiło się i opowiadało swoją historię, oraz różnego rodzaju kliknięciach, glitchach i hałasach, które historię tę dynamizowały i zmieniały - nadając nowy rytm, zaburzając harmonię i prostotę bitu, wreszcie doprowadzając słuchacza do rozpaczy, kiedy przypominały wydawane przez piłę do żelaza brzmienia, zeskreczowane, przedłużone i powtarzane do bólu. Dosłownie. Była to więc sytuacja estetycznego, intelektualnego i fizycznego wyzwania. A to naprawdę dużo w jakiejkolwiek muzyce.



Gwiazdą wieczoru byli jednak Random Logic - zespół z Lublany, który ma pionierską rolę na scenie elektronicznej: zaczynał w 1995 roku, w okolicach 2002 zawiesił działalność, więc najważniejsza część kariery przypadła na czasy raczkującego jeszcze techno. Wyrobili sobie jednak silną pozycję, a w Słowenii mają wręcz status legendy - ich show przerywany był oklaskami, choć były to wtręty w jednostajną, godzinną narrację. I tu była płynność, logika, pewna historia nabierająca dynamiki, ale nigdy nie prowadząca do kulminacji - drażnienie się ze słuchaczem przyzwyczajonym do "zwykłego" techno bardziej IDMową taktyką, poszarpanymi dźwiękami tworzącymi ciekawy kolaż. Mniej agresywni niż SND, ale też mniej moim zdaniem hipnotyzujący. Za to okraszenie muzyki wizualizacjami było mistrzowskim ruchem: prześliczny minimalizm opadającego pyłu w makro, wszystko czarno-białe, jakieś płyny, struktury, formy, wszystko w mocnym przybliżeniu, powolne i nie do końca realistyczne, rewelacyjne wpasował się w dźwiękową oprawę. Powrót był triumfalny.

 / Fot. nuyugoW sobotę z kolei odbył się regionalny maraton w Kinie Siska - tym razem w małej Komunie na parterze, wypełnionej po brzegi publicznością, która trochę jeszcze olała młodziutkich http://molokaiau.bandcamp.com/ na rzecz browara, ale później oddała się kompletnie muzyce. Na pierwszym koncercie Macedończyków grających surf-rocka pomieszanego z punkiem atmosfera była jednak dobra: sporo osób, żywe zainteresowanie, podrygi i pełna szacunku postawa. Ten zespół niewątpliwie ma potencjał - mają ciekawe pomysły na swoje utwory, całkiem nieźle udaje im się połączyć agresywniejsze granie z raczej zabawnym surfem, angażują się w występ na całego (żadnego picia piwa) i wreszcie - mają dobry warsztat. Co prawda surf to ciężki kawałek chleba, ale mają szansę być w nim dobrzy.

http://ntoko.bandcamp.com/ wypadł po nich ze swoim elektro-rapowym show, które przerosło moje najśmielsze oczekiwania. Nie do opisania. Jeden facet na scenie, z uroczym grzybkiem, szczupły i zupełnie "zwyczajnie" ubrany, ma w zanadrzu laptop i trochę pokręteł, a daje koncert taki, który mógłby trwać dowolnie długo. Nawet i bez końca. Dopieszczone bity, mroczne czasem, a czasem taneczne, opatrzone rapem światowej klasy. To jest słoweński Eminem, i tu nie ma się co dopatrywać złośliwości - to z pewnością jeden z najlepszych współczesnych hip-hopowców, energią rozpruwa Zebra Katza, którym się jaraliśmy całe wakacje (ciągle Zebrę lubię i podziwiam, żeby nie było), a teksty są mocne, krytyczne, ironiczne, w samo środek. Z resztą wszyscy dookoła oszaleli dla niego na godzinę.

Ku mojej radości tłum zgromadzony w Sisce czekał może jeszcze nawet bardziej na koncert serbskiej grupy http://repetitor.bandcamp.com/ - z krótkiej ankiety przeprowadzonej wśród bałkańskich przyjaciół zdążyłam się już przed występem dowiedzieć, że grupa ta ma status kultowy w okolicy. Wszyscy wiedzieli, że będzie doskonale. Och, ale że aż tak? Repetitor to reinkarnacja Fugazi, do tego mocno feministyczna: basistka i perkusistka zapewniają zabójczą motorykę temu zespołowi, pozwalając śpiewać i grać na gitarze jedynemu facetowi w grupie. A ten jest niepozbawiony specyficznego wdzięku (jak Bradford James Cox, którego z resztą przypomina). A więc Milena, Boris i Ana-Marija urządzają na scenie kosmiczną jatkę, w której wszystko to, co kocha się w post-punku i post-hardcorze, przyjmuje optymalne kształty.Jest brudno, jest energetycznie aż do szaleństwa, jest agresywnie i intymnie zarazem. To bardzo ważne, żeby umieć tę atmosferę zbudować i stworzyć więź z publicznością, bo potem mamy te wszystkie dzikie stage-divingi, pogo na scenie (w odpowiedzi na interwencję ochrony wobec jednego ze słuchaczy Repetitor zaprosił wszystkich chętnych do siebie) i w ogóle ten rzadki koncertowy ambient, kiedy to nie ma wysokiej sceny, drogich biletów i zadzierania nosa - ale jest mówienie tym samym językiem (tym lepiej, że tutaj - każdy zespół mówił po swojemu i wszystkie zostały zrozumiane) i poczucie wspólnoty. Żeby nie było, to fenomenalny zespół pod każdym względem - show niczego nie nadrabiał, po prostu pokazywał, jak dojrzała i spójna jest ta grupa. Wciąż jestem zdumiona.

Tymczasem chwila oddechu - polecam wciąż waszej uwadze http://www.kinosiska.si/category/glasba, bo to zacny repertuar, w tym zbliżający się koncert Mitchów (!) z Felixem Kubinem: w ramach trasy po europie ta zacna kolaboracja zajrzy i do boskiej Słowenii. Oczywiście, że nie mogę się doczekać. Co prawda Mitchów widuje się w Polsce bez przerwy, ale jakoś ciągle nie mam ich dość. Już sobie wyobrażam, co z tego połączenia może wyniknąć na żywo. Ten występ już 7 grudnia. Z kolei 13 grudnia - King Midas Sound, a więc kolejne w Słowenii spotkanie z kultowym Ninja Tune. Tym razem z ciężkiej, dubowej odsłonie prosto z Londynu.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.