Facebook Google+ Twitter

Z młodym Stalinem przez Europę do Teatru Dramatycznego

Zespół stołecznego Teatru Dramatycznego zaprasza do zmierzenia się z historią młodości jednego z największych zbrodniarzy w dziejach ludzkości. W socrealistycznych wnętrzach Pałacu Kultury można obejrzeć „wariacje” na temat tego, co mogło wydarzyć się u początków politycznej „kariery” Józefa Dżugaszwilego.

Młody Stalin / Fot. fo.materiały Teatru DramatycznegoKto i po co może zasiąść na widowni i czego spodziewać się po „Młodym Stalinie”?

Miłośnicy wielkich produkcji i rozmachu mogą czuć się nieco zawiedzeni. Wprawdzie zapowiedziana w tytule "prawdopodobna historia w siedmiu obrazach" rzeczywiście dawała podstawy, by na rozmach w realizacji spektaklu nie zabrakło miejsca, ale chyba jednak można odczuwać pewien niedosyt. Mimo, że temat ociera się o wielką politykę, przełomowe czasy i przemawiające do wyobraźni (a także przyprawiające o dreszcze) nazwiska - widz nie do końca może poczuć tę wyjątkowość i unikalną skalę zjawisk i wydarzeń przywoływanych w spektaklu.

Młody Stalin / Fot. fo.materiały Teatru DramatycznegoOto zaproszeni jesteśmy w podróż do przeszłości - do momentu wykluwania się nowego (strasznego) świata na Starym Kontynencie. Podróż zaczyna się na gruzińskim weselu Kato i Soso (dziecięce przezwisko Stalina). I czegoś tu brakuje: żarliwości i spontaniczności przedłużającym się gruzińskim toastom, wiarygodności tańcom, a nawet głębi zjadliwości w przemówieniu młodego rewolucjonisty.

Boleśnie odczuwalny brak tempa pierwszej części przedstawienia mimowolnie przywodzi na myśli porównania z inscenizacjami na szkolnych akademiach...

A szkoda, bo zagubiona gdzieś dynamika stopniowo odnajduje się na scenie w okolicach antraktu i po nim. Podróż, w którą widz wyruszył z młodym kaukaskim rewolucjonistą, nie stroniącym od bandyckich metod, nabiera nieco kolorytu i tempa. Jednak nadal trzeba mierzyć się z poczuciem "płaskości" obrazu prezentowanego na scenie. Amatorzy przejmującego (i/lub porywającego) aktorstwa też muszą wyłuskać z całości pojedyncze kreacje. Znacznie łatwiej mają koneserzy rzetelnych kostiumów. Prostota scenografii w zasadzie "dźwignęła" zadanie uproszczonej ilustracji zmieniających się miejsc i nastrojów.

Młody Stalin / Fot. fo.materiały Teatru DramatycznegoA humor? Wysokość jego lotów każdy powinien ocenić sam. Jednak nie można oprzeć się wrażeniu, że serwowany jest z każdą minutą w co raz bardziej kabaretowym stylu (co nie jest w moim odczuciu zarzutem). Osobiście w pamięci osiadł mi przede wszystkim kawiarniany epizod z młodym Adolfem Hitlerem w interpretacji Michała Czernieckiego (komplementuję to wykonanie porównaniem do wykonań charakterystycznych dla Kabaretu Moralnego Niepokoju).

Jak sądzę istotną rolę do odegrania przeznaczono dla muzyki. Nie można nie docenić jej obecności - zwłaszcza, że to obecność na żywo. Osobiście wolałabym, żeby oplatała poszczególne części widowiska, a nie jedynie wątle przesmykiwała się pomiędzy nimi. Pozostało również trudne do pozbycia się poczucie, że instrumentalnym i wokalnym wykonaniom (z wyjątkami) też zabrakło "głębi, prawdy i duszy". Porywającego brzmienia zabrakło przede wszystkim w melodiach gruzińskich. Po prostu nie nawiązały wystarczająco intensywnie do moich wyobrażeń o tamtejszym folklorze. A może mam mylne wyobrażenia?

Młody Stalin / Fot. fo.materiały Teatru DramatycznegoPozostając w kręgu muzycznych zażaleń dodam jeszcze, że aby "poczuć klimat" tradycyjnej lezginki mimo wszystko lepiej wejść na kanał YouTube niż wybrać się do Dramatycznego. Słowiańscy aktorzy mają chyba jednak problem z przekazaniem ducha tego kaukaskiego tańca. Na moje oko odrobinę jego "dzikości" pokazał jedynie Michał Czerniecki (hmmmm, coś chyba w nim jest, skoro już drugi raz wymieniam w tym tekście to nazwisko).

Jeśli nie mylę się rolą odtwórcy głównego bohatera było stworzenie postaci przezroczystej, która jest w gruncie rzeczy jedynie pretekstem do pokazania europejskiego karnawału upadku. Jeśli tak, to Marcin Sztabiński z zadania wywiązał się dobrze. Przez większość przedstawienia był jak obserwator kawiarnianych i partyjnych, groteskowych dysput. Jak przez szybę oglądało się przez niego gnijącą, dekadencką inteligencję Zachodu i zakłamanych towarzyszy-komunistów.

Młody Stalin / Fot. fo.materiały Teatru DramatycznegoI to chyba właśnie klucz do tej postaci i interpretacji całego pomysłu artystycznego autorów przedstawienia. Jeżeli Stalin (przy całej przypisywanej mu przez badaczy inteligencji i destrukcyjnej charyzmie) patrzył na świat
i jak przez sito przeciekała przez niego rzeczywistość, to właśnie z osadu swoich obserwacji ulepił własny świat, w który uwikłał miliony ludzi. Podczas, gdy zachodnie elity "romansowały" z komunistami, ustawiały kulę ziemską na równi pochyłej, on wrócił na Kaukaz i "robił swoje". Skutecznie.

Słobodzianek w jednym z wywiadów twierdzi, że jego twórczość jest twórczością dla "lemingów", czy neutralniej może po prostu dla obecnego mieszczaństwa. Nie chce tworzyć teatru dworskiego, ani teatru dla wysmakowanych lub zblazowanych krytyków i teatrologów.

Młody Stalin / Fot. fo.materiały Teatru DramatycznegoI w gruncie rzeczy tylko dlatego może być uzasadnione i usprawiedliwione powstanie tekstu, który właśnie czytacie (jeśli dobrnęliście do tego momentu;). Nie jestem ani teatrologiem, ani nawet amatorskim wybitnym
znawcą teatru (wprawdzie bywam w nim częściej niż "statystyczny Polak", ale jak sądzę wynika to w dużej mierze z faktu, że zwyczajnie mam do teatru bliżej niż znakomita większość "statystycznych Polaków").

O ile mi wiadomo nie mogę też zostać sklasyfikowana jako "leming". Ale ponieważ jestem po prostu współczesnym mieszczuchem vel mieszczaninem - czuję się dokładnie takim adresatem spektaklu, jakiego na widowni chce gościć Słobodzianek.

Mojego wywodu na temat obejrzanego przedstawienia nie powinno się szumnie nazywać recenzją. To po prostu prywatna opinia - miejscami pozytywna, a miejscami wytykająca teatralnej ekipie (która bez wątpienia wykonała kawał ciężkiej pracy - w co nie mam powodów wątpić) czego "nie kupiłam" w tej wersji opowieści o "narodzinach złoczyńcy".


Scena teatru w Pałacu Kultury i Nauki ("podarowanego” Polakom przez generalissimusa Stalina) po 60 latach od śmierci despoty jest niewątpliwie najlepszym miejscem, by opowiedzieć o młodości "darczyńcy".

Kilka lat temu zdarzyło mi się "utknąć" w środku nocy na ostatnim "biurowym" piętrze Pałacu. Pozbawiona możliwości skorzystania z wyłączonych o tak późnej porze wind, sama jedna musiałam zejść prawie trzydzieści pięter w dół, klatką schodową pamiętająca wszak lata pięćdziesiąte XX wieku. Wierzcie mi - wyobraźnia od razu przywołała "ducha Stalina" i każdy krok wykonywałam w pośpiechu
- niemal czując jego obecność za moimi plecami. Trudno było też odpędzić wspomnienie robotników, którzy mieli zginąć podczas budowy gmachu.

Dotąd to było jedyne moje "spotkanie" w PKiN ze Stalinem. Przyznaję, że dużo bardziej odpowiadało mi "spotkanie" z "Młodym Stalinem" na deskach Dramatycznego.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Recenzja dobra, szczegółowa, ale nie zachęca, więc na pewno nie wybiorę się na ten spektakl. Temat nie wydaje mi się godny uwagi. Wspomnienie długiego schodzenia po tych strasznych schodach też mam na swoim koncie przerażeń. Było to już dawno, ale przykre wspomnienie powróciło. Nie tylko dlatego nie lubię tego gmaszyska.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Aniu, z przyjemnością przeczytałam recenzję. Dzięki :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.