Facebook Google+ Twitter

Z pamiętnika Wiktorii Sadowskiej - część V

Jesienią 1944 r. baronowa Von Watzdorf uciekła przed zbliżającym się frontem do Niemiec, zabierając mnie z sobą.

Tak mizernie wyglądała Wiktoria na przełomie 1944/45 r. / Fot. Wincenty SadowskiJuż mi nie było wiadome, że brat Janek wrócił do domu i że wkrótce po moim wyjeździe brat Czesław musiał jechać ze swoimi Bezarabami. Jechaliśmy wozami przez Zbąszyń, Zieloną Górę, Głogów, Wrocław, Legnicę, Zgorzelec aż w okolice Zittau, blisko czeskiej granicy. Tam mieli swoją posiadłość teściowie baronowej. Stary baron Von Watzdorf dostawał szału z powodu upadku Niemiec. Raz gdy w parku weszłam na wieżę widokową, nie wiedząc że on tam jest, o mało by mnie z niej nie zrzucił, krzyczał, że przychodzę dawać znaki partyzantom. Lecz w styczniu 1945 r jechaliśmy dalej, przez Bautzen do Drezna. Tam blisko Drezna mieszkała ciotka baronowej, wiec zatrzymaliśmy się u niej, bo niedaleko miał swoje stanowisko mąż baronowej.

To był pamiętny wieczór i noc. Mąż baronowej przyjechał w południe, a pod wieczór był nalot. Jedno skrzydło pałacu przeznaczone było na szpital dla rannych żołnierzy. I ja musiałam pomagać wynosić i wyprowadzać ich do schronu. Ledwo ich usunęliśmy, spadła bomba, lecz w zabudowania biurowe majątku, położone blisko pałacu, które spłonęły. Nie wyszłam zobaczyć, stałam wśród rannych żołnierzy ze świecą w ręku, bo światło zgasło. Ich jęki cichły w huku padających na Drezno bomb.

Wtem wbiega mąż baronowej już z moim płaszczem w ręku i mówi, że jedziemy, bo on dowódca musi być w takiej sytuacji na swoim stanowisku. Gdy wyszłam to wozy już stały, światło nie było potrzebne, blask ognia oślepiał. Więc ruszyliśmy, choć była noc, baron się spieszył, zabierał nas do siebie. Łuna ognia nad Dreznem oświetlała nam drogę, a potężne detonacje płoszyły nam konie. Tak też po jednym wybuchu konie przy wozie, na którym jechałam skręciły nagle w bok i wywróciły wóz do przydrożnego rowu.

Woźnica szybko wyskoczył i wyprzągł konie, a ja pomału wygrzebałam się z wozu. Baronostwo pojechali dalej swoim powozem, nie wiedząc co się stało. Krzyczałam za nimi i chciałam biec, lecz nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Zostaliśmy stojąc na drodze, nie wiedząc co robić. A był to styczeń i mróz był srogi. Dostałam dreszczy i w gardle mi ściskało. Baron za godzinę wrócił nas szukać. Zobaczył co się stało i pojechał po żołnierzy, zabierając mnie do powozu.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

  • Autor usunął profil
  • 26.11.2009 22:41

Nareszcie dotarłem:) Ale tempo pisania:) Są pewne mankamenty, ale czyż o wielu faktach z życia pamiętamy? Z drugiej strony... :)
Podziwiam i naprawdę pogratulować muszę :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

... "9 maja staliśmy na drodze pod Pasewalkiem, wtem przestraszyło nas wycie syren, strzały i krzyki"...

i co było dalej?))

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.