Facebook Google+ Twitter

…za taką samą pracę? (2)

Jak rodzicielstwo wpływa na produktywność kobiet i mężczyzn, kto jest za to odpowiedzialny a także kto na tym zyskuje a kto traci. Czy feministki trafnie obarczają mężczyzn swoimi pretensjami?

W poprzednim artykule zastanawialiśmy się, jak miałoby być możliwym płacenie niektórym grupom pracowników więcej, niż warta jest ich praca i nie splajtowanie, oraz czemu pracodawcy mieliby chcieć wykorzystywać tylko część swoich pracowników a resztę przepłacać. W niniejszym tekście zajmiemy się jedną z przyczyn, dla których kobiety są mnie produktywne, dowiemy się, co sprawia, że tak się dzieje, oraz kto naprawdę na tym zyskuje a kto traci. W następnym artykule odniesiemy się do kolejnych przyczyn, dla których kobiety są mniej wydajne od mężczyzn.

Badanie różnicy płac
Słyszeliście zapewne dane, zgodnie z którymi mężczyźni mieliby być za taką samą pracę wynagradzani wyżej niż kobiety, ponieważ na tym samym stanowisku ci pierwsi zarabiają od tych drugich więcej. Tego typu danymi faszeruje się nas bez przerwy, nigdy jednak nie podaje się badań, na podstawie których taki fakt miano by ustalić.

Nie przeczę, że zjawisko wyższego opłacania mężczyzn występuje, wręcz pewien jestem, że ma ono miejsce, ponieważ pracodawcy (o ile nie zostaliby zmuszeni przez władzę) nie zapłaciliby kobietom za ich mniej wydajną i mniej produktywną pracę tyle co mężczyznom. Wskazuję jedynie, że feministki nie dysponują żadnymi badaniami to potwierdzającymi, albo celowo przytaczają takie badania powierzchownie, aby przedmiotem debaty nie stały się różne niewygodne fakty przez nie ujawniane.

Zwłaszcza, że nawet powierzchowne przytaczane wyniki feministycznych badań, kiedy nie trafiają do rozwrzeszczanych panienek z pretensjami do całego świata, ale do normalnych osób, ujawniają niedorzeczność feministycznych roszczeń. Fakt, że na tym samym stanowisku kobiety i mężczyźni zarabiają różnie nie świadczy o czymkolwiek innym niż to, że produktywność pracownika zależy nie tylko od stanowiska. Badania te nie świadczą nawet o tym, że zarobki pracownika nie zależą od stanowiska, ani że zarobki kobiet mniej zależą od stanowiska niż zarobki mężczyzn; ponieważ zgodnie z tymi badaniami kobiety na różnych stanowiskach i mężczyźni na różnych stanowiskach zarabiają różnie, a różnice w tym zakresie między niżej wykwalifikowanymi kobietami a wyżej wykwalifikowanymi kobietami są takie same jak między niżej wykwalifikowanymi mężczyznami a wyżej wykwalifikowanymi mężczyznami.

Ciąża i zaabsorbowanie dzieckiem a wydajność pracownic
Jednak w debacie ukrywany jest przede wszystkim fakt, że różnice w płacach ogółu mężczyzn i kobiet zajmujących takie samo stanowisko generowane są głównie przez różnice między płacami pracownic posiadających dzieci a płacami pozostałych grup pracowników (bezdzietnych kobiet oraz dzietnych i bezdzietnych mężczyzn) i związane są z faktem, że pracownice posiadające dzieci posiadają wiele formalnych i nieformalnych przywilejów rodzicielskich (urlopy, wcześniejsze fajranty itp.), które obniżają produktywność tych pracownic. A przecież to same feministki starają się zmusić mężczyzn do wychowywania dzieci (i bardzo słusznie!), aby zwiększyć produktywność (zawodową) kobiet a zmniejszyć produktywność (zawodową) mężczyzn. Skąd zatem debaty o braku „równej płacy za równą pracę”? Do takiego celu oczywiście można dążyć, ale nie przez wyrównywanie płac (pierwszy człon hasła), bo to nie pociągnie za sobą wyrównania jakości pracy, ale przez wyrównywanie jakości pracy (drugi człon hasła), czyli zrównanie przywilejów rodzicielskich, które spowoduje (częściowe) wyrównanie płac.

Wyobraź sobie Czytelniku, że prowadzisz działalność gospodarczą i zatrudniasz pracowników i pracownice. Wyobraź sobie, że w kraju, w którym to czynisz, istnieją różnorakie formalne i nieformalne przywileje rodzicielskie kobiet. Należą do nich zarówno prawne przepisy przyznające urlopy macierzyńskie i wychowawcze wyłącznie im, bezprawne praktyki „sędzin”, które prawo do wychowywania dzieci po rozwodzie przyznają wyłącznie matkom, jak też nieformalne normy kulturowe, które nieobecność zatrudnionego w pracy lub mniejsze zaangażowanie w nią pozwalają usprawiedliwić zaabsorbowaniem dzieckiem tylko jeżeli zatrudniony ten jest płci żeńskiej. Przywileje te sprawiają, że przeciętna pracownica znacznie częściej niż pracownik zajęta jest dzieckiem zamiast pracą. Czy zatrudnianym przez siebie pracownicom płaciłbyś, drogi Czytelniku, takie samo wynagrodzenie jak pracownikom?

Jeżeli któryś z Czytelników ma trudności z odpowiedzią na to pytanie i bardzo chciałby udzielić odpowiedzi „tak”, polecam Mu zastanowić się nad następującą kwestią. (Reszta czytelników może bez utraty wątku pominąć poniższe 5 akapitów)

Czy kupując gorszej jakości surowce do swojej fabryki, wynajmując mniej atrakcyjne pomieszczenia pod swoją działalność gospodarczą albo kupując mniej wydajne maszyny konieczne do jej prowadzenia, gotów byłbyś, nieprzekonany Czytelniku, zapłacić tyle samo co za lepszej jakości surowce, atrakcyjniejsze pomieszczenia i wydajniejsze maszyny. Czy może raczej starałbyś się jak najbardziej obniżyć koszta prowadzenia działalności gospodarczej?

Od tego właśnie są przedsiębiorcy, aby, podczas gdy pracownicy pracują, oni szukali jak najtańszych sposobów prowadzenia działalności gospodarczej, zwłaszcza gdy te sposoby są ewidentne i znajdują się na wyciągnięcie ręki. Jeżeli jednak któryś z Czytelników upierałby się przy postrzeganiu wyboru jak najtańszych jak najlepszej jakości materiałów, pomieszczeń biurowych czy maszyn inaczej niż wyboru jak najtańszej jak najwydajniejszej siły roboczej, polecam Mu zastanowić się, które z niżej opisanych maszyn zakupiłby do swojej fabryki? (Reszta czytelników może bez utraty wątku pominąć 3 poniższe akapity)

Wyobraź sobie nieprzejednany Czytelniku, że prowadzisz w Polsce fabrykę, w której zatrudniasz pracowników i pracownice, płacąc im takie same stawki wynagrodzeń, mimo że pracownice po urodzeniu każdego dziecka, przy pomocy wymienionych wyżej przywilejów rodzicielskich, obniżają swoją produktywność, przez co wynosi ona dla pracownicy średnio 30% mniej niż dla pracownika. Wyobraź sobie też, Czytelniku, że w USA i Japonii znajdują się zakłady produkujące pewien rodzaj maszyn. Przyjmijmy, że przy tej samej cenie maszyny te produkowane w zakładach w USA są o 30% mniej wydajne niż tego samego rodzaju maszyny produkowane w zakładach w Japonii. Czy kiedy nadeszłaby rewolucja technologiczna pozwalająca zastąpić w Twojej fabryce pracowników i pracownice owymi maszynami, zastępując ich, kupiłbyś, drogi Czytelniku, mniej wydajne urządzenia z USA czy bardziej wydajne z Japonii? Albo czy zakupiłbyś połowę urządzeń w USA a połowę w Japonii, zastępując pracownice mniej wydajnymi urządzeniami z USA a pracowników urządzeniami z Japonii? Czy za urządzenia z USA i za urządzenia z Japonii zapłaciłbyś taką samą cenę? Co miałoby sprawić, że w życiu nie zapłaciłbyś tej samej ceny za mniej wydajne maszyny, ale rzekomo miałbyś chcieć płacić tę samą pensję mniej wydajnym pracownicom, mimo że maszyny i zatrudnieni wykonywaliby u Ciebie tę samą pracę? Czy nadal twierdzisz, że pracowników miałyby nie dotyczyć te same prawa ekonomiczne, które dotyczą maszyn?

Gdyby jednak nadal któryś z Czytelników twierdził, że niższa wydajność pracownic zatrudnionych w Jego fabryce przed wspomnianą „rewolucją technologiczną” to co innego niż niższa wydajność maszyn kupowanych do wykonywania w tej fabryce identycznych zadań po „rewolucji technologicznej”, polecam Mu zastanowić się nad następującą kwestią. Co miałoby różnić siłę roboczą pracowników Jego fabryki i siłę roboczą maszyn zakupywanych do Jego fabryki, gdyby maszyny produkowane przez zakłady z USA były o 30% mniej wydajne niż te produkowane przez zakłady z Japonii z tego samego powodu, z którego w Jego fabryce pracownice byłyby o 30% mniej wydajne niż pracownicy? Innymi słowy, co miałoby różnić siłę roboczą pracowników Jego fabryki i „siłę roboczą” maszyn zakupywanych do Jego fabryki, gdyby maszyny produkowane przez zakłady z USA były o 30% mniej wydajne niż te produkowane przez zakłady z Japonii na skutek tego, że ludzie zatrudnieni w amerykańskich zakładach posiadaliby wymienione wcześniej przywileje rodzicielskie obniżające ich produktywność, a ci zatrudnieni w zakładach japońskich takich przywilejów by nie posiadali (albo w skutek tego, że w USA maszyny te wykonywane byłyby przez pracownice a w Japonii przez pracowników)? W takim wypadku maszyny produkowane przez zakłady z USA byłyby mniej wydajne z dokładnie tego samego powodu, z którego mniej wydajne byłyby osoby zatrudnione przy ich produkcji, czyli z powodu przywilejów rodzicielskich tych osób, a ponadto maszyny te byłyby mniej wydajne dokładnie o tyle, o ile mniej wydajne zawodowo są osoby korzystające z przywilejów rodzicielskich. Zatem proces produkcyjny w fabryce Czytelnika przed „rewolucją technologiczną” wyglądałby w ten sposób, że Jego męscy pracownicy, będąc wydajniejszymi od zaabsorbowanych dziećmi pracownic, wytwarzaliby produkowany towar w większej ilości, a po „rewolucji technologicznej” w ten sposób, że produkowany towar w większej ilości wytwarzałyby maszyny wyprodukowane przez (japońskich) pracowników będących wydajniejszymi od zaabsorbowanych dziećmi (amerykańskich) pracownic. Cóż więc miałoby różnić siłę roboczą osób od siły roboczej maszyn, co miałoby sprawiać, że nikt nigdy w życiu nie zapłaciłby tej samej ceny za mniej wydajne maszyny, ale rzekomo miałby chcieć płacić tę samą pensję mniej wydajnym pracownicom?
Jeżeli więc ktoś nie zapłaciłby wyższej ceny za maszynę posiadającą wszystkie parametry na nie wyższym poziomie niż jej tańszy odpowiednik, czyli nie zapłaciłby wyższej ceny za pracę jakiejś maszyny niż za taką samą pracę innej, jak może twierdzić, że ktokolwiek bez powodu płaci mężczyznom wyższe stawki za taką samą pracę?!

Zarobki kobiet bezdzietnych
Sporo kobiet rozumie zaprezentowane powyżej fakty, dotyczące wpływu przywilejów rodzicielskich na spadek produktywności. Panie te widzą, że feministki w materii ekonomicznej są niespójne, więc którego by stanowiska w tej sprawie nie bronić, zawsze będzie się zgodnym i niezgodnym z feminizmem, zatem wolą pozostać zgodne z podstawami ekonomi. Ale jednocześnie zauważają, zresztą całkiem trafnie, że kobiety nie mające zamiaru posiadać dzieci również otrzymują niższe wynagrodzenia, w ich wypadku niższe niż powinny, a dzieje się tak z tego tylko powodu, że pracodawcy z góry zakładają, że urodzą one dziecko.

Jednak przypisywanie winy za to zjawisko pracodawcom jest mylne. Pracownice nie planujące posiadania dzieci zarabiają mniej nie z powodu widzimisię pracodawców lecz z powodu przywilejów rodzicielskich pracownic planujących posiadanie dzieci.

Ustalanie wysokości pensji przyznawanych pracownicom to pewnego rodzaju hazard. Zatrudniając kobietę, nie jest się w stanie rozróżnić, czy należy ona do grupy tych pań, których jakość pracy obniży się w skutek korzystania przez nie z przywilejów rodzicielskich, czy tych pań, których jakość pracy nie obniży się z tego powodu. Jednocześnie jest się w stanie oszacować zarówno liczebność obu tych grup, jak również rozmiary ubytku produktywności pracownicy spowodowanego korzystaniem przez nią z przywilejów rodzicielskich. Zatem nawet nie będąc w stanie ustalić maksymalnej wysokości wynagrodzenia, za jakie będzie opłacalnym zatrudnienie konkretnej kandydatki, jest się w stanie ustalić takie maksymalne wynagrodzenie, za które opłacalnym będzie zatrudnienie uśrednionej statystycznie „typowej kandydatki”. Na przykład jeżeli nie korzystające z przywilejów rodzicielskich panie pracowałyby dokładnie tak jak mężczyźni, natomiast panie korzystające z tych przywilejów byłyby o 40% mniej produktywne, a pierwszych i drugich byłoby odpowiednio 1/4 i 3/4, kobiety opłacałoby się zatrudniać dopiero, gdyby godziły się pracować za nie więcej niż 70% pensji mężczyzn. Gdyby proporcje udziału tych grup kobiet w ogólnej liczbie pań były odwrotne (czyli 3/4 i 1/4), panie opłacałoby się zatrudniać za nie więcej niż 90% pensji mężczyzn. Itd.. Aż do szczególnego wypadku, w którym żadna z pań nie korzystałaby z przywilejów rodzicielskich, w którym to wypadku opłacałoby się zatrudniać kobiety za takie same stawki jak mężczyzn.

Okazuje się zatem, że na zamieszaniu związanym z tym, że niektóre pracownice, korzystając z przywilejów rodzicielskich, obniżają swoją produktywność, pracodawcy ani nie zyskują ani nie tracą. Zyskują na nim natomiast te kobiety, które najchętniej zaraz po „podjęciu” pracy zaszłyby w ciążę i odeszły na urlop, a tracą te pracownice, które pragną wykazać się rzetelną pracą. Zauważmy, że niezależnie od tego, jakie byłyby rozmiary ubytku produktywności powodowanego przez przywileje rodzicielskie, ani od tego, jaka byłaby proporcja pracownic korzystających z takich przywilejów i tych z nich niekorzystających, na istnieniu możliwości skorzystania z przywilejów rodzicielskich finansowo zawsze zyskują pracownice korzystające z tych przywilejów przez co finansowo tracą pozostałe pracownice. Nie ma bowiem takiej proporcji pracownic korzystających z przywilejów rodzicielskich i pracownic nie korzystających z nich, dla których pensje kobiet korzystających z przywilejów rodzicielskich nie byłyby zawyżane w stosunku do ich produktywności kosztem pensji kobiet z takich przywilejów nie korzystających, zaniżanych w stosunku do ich produktywności.

Niestety, w sporach o kwestie dotyczące kobiet i mężczyzn ostrze krytyki pań nigdy nie jest kierowane przeciwko innym paniom, nawet tym posiadającym odmienne poglądy niż te pierwsze. Jeżeli jedna pani uważa, że mężczyzna powinien przepuszczać ją w drzwiach, a druga, że jest to dla niej hańbiące (notabene racja nie stoi po stronie żadnej z nich, otwieranie drzwi jest hańbiące ale dla mężczyzny), to żadna z nich nie skrytykuje tej drugiej za jej poglądy, choć to właśnie poglądy tej drugiej są przyczyną takich zachowań mężczyzn, które danej pani nie odpowiadają. Za to każda z tych pań będzie krytykowała bogu ducha winnych mężczyzn, wymagając od nich sprzecznych zachowań. Dlatego nie spodziewajmy się, że panie bezdzietne lub nie wychowujące dzieci same zechcą zrzucić z siebie jarzmo utrzymywania innych pań bardziej zainteresowanych dziećmi niż pracą, które dzięki istnieniu tych pierwszych otrzymują niezasłużenie wysokie pensje, jednocześnie tym pierwszym niezasłużenie pensje obniżając. W zrzuceniu tego jarzma nie pomogą im też feministki.

Mimo że feministki rozumieją, że niższe pensje kobiet wynikają z posiadanych przez nie przywilejów rodzicielskich, mimo że feministki reprezentują kobiety najmniej zainteresowane posiadaniem dzieci i mimo że istnieje prosty sposób by sprawić, żeby te kobiety przestały cierpieć z powodu przywilejów, z których same nie korzystają, to skorzystania z tego sposobu feministki nigdy nie poprą. Sposobem tym jest wprowadzenie możliwości zawierania umów czy też kontraktów dotyczących zakresu korzystania przez pracownicę (lub pracownika) z przywilejów rodzicielskich, np. zawarcia umowy, na mocy której kandydatka zobowiązywałaby się nie zachodzić w ciążę przez najbliższe 5 lat, albo umowy, na mocy której zatrudniona osoba (i jej partner) gwarantowałaby, że po ewentualnym przyjściu na świat jej dziecka z urlopu skorzysta jej współmałżonek. Gdyby tylko istniała możliwość zawierania tego typu umów, sprawa indywidualnego ustalania pracownicom pensji odpowiadających produktywności każdej konkretnej z nich byłaby załatwiona.

Jednak wprowadzenie takiej możliwości torpedują właśnie feministki, które oburzają się nawet z powodu praktyki zadawania przez pracodawców (i pracodawczynie) kandydatkom na pracownice pytania o to, czy zamierzają one w najbliższym czasie zajść w ciążę. W ten sposób feministki, nie chcąc skrytykować innych kobiet, działają przeciwko własnym zwolenniczkom. A z drugiej strony te zwolenniczki, z tego samego powodu (niechęci do krytykowania kobiet), tego nie dostrzegają.


Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.