Facebook Google+ Twitter

…za taką samą pracę? (6)

Skoro kobiety nie są dyskryminowane, a wręcz są uprzywilejowane na rynku pracy, to jak wykreowany został odwrotny mit? Co praca stanowi dla kobiet a co dla mężczyzn. A także jak to się dzieje, że kobiety zarabiając mniej wydają więcej.

W poprzednich artykułach zarówno teoretycznie jak i empirycznie obaliłem mit zbyt wysokich zarobków mężczyzn. Pokazałem też, jak to się dzieje, że kobiety za tę samą pracę otrzymują więcej niż mężczyźni. Obecnie zajmiemy się pochodzeniem mitu o zbyt wysokich zarobkach mężczyzn a także przełożeniem tych wyższych zarobków na standard życia… kobiet.

Wrażenie dyskryminacji
Być może niektóre z czytelniczek czują pewien dysonans po przeczytaniu poprzednich artykułów. Być może zgadzają się, że faktycznie niemożliwym jest płacenie o kilkadziesiąt procent wyższych pensji połowie swoich pracowników od tak przez pomyłkę, że kobiety zachodzą w ciążę i nie pracują potem tak ciężko jak wcześniej, że w zawodach fizycznych nie radzą sobie tak jak mężczyźni, że mają inny styl pracy niż mężczyźni, boją się ryzyka, niewygody itd., oraz że mężczyźni chętniej zatrudniają panie ze względu na ich płeć. Ale jednocześnie czytelniczki te „widzą”, że „przecież u nich w firmie” są one ewidentnie niedoceniane, pracują tak ciężko, ciężej niż inni, są zdolniejsze a zarabiają niewystarczająco, na pewno w wyniku dyskryminacji płciowej…

No właśnie, ale czy na pewno? Przecież niedocenianie i przecenianie zdarzało się zawsze, wszędzie i wszystkim. Skąd pomysł, że w danym wypadku miałoby ono być wynikiem dyskryminacji płciowej? Czy aby nie z tych samych powodów, dla których każdy krytykowany Żyd zawsze „pada ofiarą antysemityzmu” a nigdy po prostu krytyki, a każdy pobity murzyn zawsze „dostaje od rasistów”?

Zarówno kobiety jak i mężczyźni są czasem niedoceniani a czasem przeceniani. Kobiety dostały jednak do ręki potężną broń jako wytłumaczenie wszystkich sytuacji, w których są lub uważają się za niedoceniane: dyskryminację płciową. Mężczyźni takiej broni nie posiadają. Kiedyś za niedocenianie panie winiły złośliwe koleżanki, które je obgadywały, albo szefa, który ich nie lubił, czyli przypisywały to niedocenianie tym samym powodom co mężczyźni. W czasach, gdy w TV w co drugim dzienniku mówi się o dyskryminacji płciowej, wyjaśnienie to wypiera wszystkie inne wyjaśnienia, jakie panie wymyślają dla swoich niepowodzeń.

Przy czym należy pamiętać, że zdecydowana większość z nas potrzebuje jakiegoś wyjaśnienia, które tłumaczyłoby, że jesteśmy niedoceniani, ponieważ prawie każdy z nas czuje się niedoceniany (nawet jeżeli radzi sobie lepiej niż inni!). Niezależnie czy w pracy, w szkole czy w związku intymnym, większość ludzi uważa, że zasłużyła, czy zapracowała sobie na więcej, niż otrzymała. Będąc pytanymi o winnego rozpadu swojego ostatniego związku 83% osób wskazuje osobę, z którą w tym związku byli, tylko około 12% osób obydwoje partnerów, a zaledwie 5% samych siebie. Wygląda więc na to, że co najmniej 78% osób zwala między sobą winę za poprzedni związek, a jedynie co najwyżej 22% zgadza się albo, że winni są obydwoje partnerzy, albo co do tego, która strona jest winna. Podobne rezultaty przynoszą badania oceny własnych umiejętności. 76% osób ocenia je powyżej średniej, a jedynie 16% poniżej.

Przy takiej psychicznej konstrukcji człowieka o fałszywe roszczenia nietrudno, zarówno ze strony kobiet, jak i ze strony mężczyzn, nie tylko odnośnie płac. Ale kiedy tylko jedna płeć dysponuje „uzasadniającą” bronią w postaci uznanego politycznie wytłumaczenia: dyskryminacji, zaczyna wydawać się, jakby ta płeć była niedoceniana częściej niż płeć przeciwna.

O tym, że wrażenie dyskryminacji płacowej kobiet powstaje w wyniku odmiennego traktowania przypadków niedoceniania kobiet i przypadków niedoceniania mężczyzn lub też odmiennego traktowania przypadków urojonego niedoceniania kobiet i urojonego niedoceniania mężczyzn, przekonują badania. Ponad dwukrotnie więcej kobiet obawia się dyskryminacji w swojej pierwszej pracy przed jej podjęciem niż po jej podjęciu, odpowiednio 46% i 20%. Oznacza to, że te 20% kobiet, które w pracy czują się dyskryminowane, jest na tyle głośnie, że są w stanie przekonać aż 46% kobiet będących jeszcze przed podjęciem swojego pierwszego zajęcia, że będą one w trakcie jego wykonywania dyskryminowane, podczas gdy 80% kobiet, które nie czują się w pracy dyskryminowane (lub czują się w niej uprzywilejowane), jest w stanie przekonać tyko 56% kobiet nie mających jeszcze zawodowych doświadczeń, że ze strony „patriarchatu” nic im w pracy nie grozi. Większość z tych 46% przestraszonych żółtodziobek po podjęciu pierwszej pracy zmienia zdanie, co do istnienia zjawiska dyskryminacji, jednak mniejsza część z nich czuje się w pracy niedoceniana, przypisuje to rzekome niedocenienie dyskryminacji płciowej i straszy nim kolejne pokolenie żółtodziobek.

O tym, że dyskryminacja jest jedynie wytłumaczeniem porażek życiowych dla niektórych mniej zdolnych pań świadczy też sposób, w jaki one o niej mówią. Zdaniem tych pań, aby osiągnąć to samo, co mężczyzna, pracują one „dwa razy ciężej”, „dwa razy więcej” itp.. Charakterystyczne, że nie 5%, 12% czy 10% więcej, ale właśnie 100%. Tymczasem kto, zamiast pracować, narzeka, że pracuje (dwa razy!) ciężej niż inni, zazwyczaj okazuje się być największym nierobem. Charakterystyczne też, że panie te miałyby pracować „więcej” i „ciężej”, a nie wydajniej czy produktywniej. Takim osobom nie przyjdzie nawet do głowy zawstydzić się, że osiągają one mniej niż inni, mimo (rzekomo) wyższego wysiłku wkładanego przez nie w pracę, hasło dyskryminacji pozwala im ze swojego braku zdolności czynić atut.

Praca czy samorozwój
Zauważyłeś może, Czytelniku, że kobiety zwykły wymagać od mężczyzn dwóch sprzecznych rzeczy, wyrównania im pensji do poziomu męskiego oraz utrzymywania rodziny i domu przez lepiej od nich zarabiającego męża.

Do tej pory zastanawialiśmy się nad słusznością pierwszego członu tych roszczeń. Na zakończenie zastanówmy się nad drugim.

Podobno XIX-wieczni mężczyźni strasznie prześladowali kobiety, a największym wyrazem owych prześladowań było zawodowe samorealizowanie się za nie przez nich czy też robienie przez nich za nie kariery, jednym słowem praca na nie i utrzymywanie ich. Cóż, jeżeli kobiety spotykało to straszne prześladowanie, to z murzynami było wprost przeciwnie, biali zupełnie upodlili się, zostawiając im całą pracę…

Tym, czego wiele kobiet nie jest w stanie zauważyć w XIX-wiecznym podziale ról, jest fakt, że 12-sto czy 14-stogodzinna (właściwie każda, nawet obecna 8-godzinna) praca w kopalni, chucie czy fabryce z obowiązku przyniesienia pieniędzy kobiecie, była nie przywilejem lecz katorgą. Paniom trudno jest to pojąć, ponieważ praca zawodowa nie stanowi dla kobiet przymusu pracowania wykonywanego z obowiązku utrzymania rodziny. Stąd tendencja do postrzegania jej przez nie jako samorozwoju, realizacji zawodowej czy kariery. Dlatego też faktu, że kobiety zarabiają 20% mniej niż mężczyźni panie nie postrzegają jako powodu do wstydu lecz jako powód do pretensji; nie oznacza on bowiem dla nich, że przyniosły do domu 20% mniej pieniędzy niż były „winne” domownikom, oznacza natomiast, że szef nie umożliwił im takiego „zrealizowania się”, jakiego one od niego oczekiwały.

W naszej kulturze wylansowano tezę, że przez pozycję, jaką mężczyźni zdobywają w pracy, kobiety nie są w stanie osiągnąć pełni samorealizacji zawodowej. Za sprawą tej tezy mężczyźni, którzy od dziecka indoktrynowani są do tego, że wyprucie sobie żył w pracy by utrzymać rodzinę ma stanowić sedno ich życia, są za to wypruwanie sobie żył obwiniani przez kobiety, którym marzy się samorealizacja… Przy czym rzekomo kobietom wyższe wynagrodzenia potrzebne są po to, aby uniezależnić się od mężczyzn. Ciekawe, jak panie postrzegałyby zjawiska, mające miejsce na rynku pracy, gdyby zachodziły one w dziedzinie, w której sytuacje mężczyzn i kobiet charakterystyczne dla rynku pracy są odwrócone:

Wyobraźcie sobie Panie, że od dzieciństwa byłoby wam powtarzane, że prawdziwa kobieta musi być dobrą gospodynią, która pierze, prasuje, gotuje, zmywa, sprząta i ścieli, w wyniku czego częściej i lepiej wykonywałybyście obowiązki domowe. Ale następnie zostałybyście oskarżone przez swoich mężów, że nie dopuszczacie ich do wykonywania tych obowiązków, ponieważ namówiłyście się, chcąc zachować kontrolę nad domami a ich uzależnić od siebie. Wasze poprzedniczki, powiedziałyby więc swoim mężom 150 lat temu, że oni też mogą wybrać rolę gospodarza domowego. Jednak mężowie Ci nadal niechętnie i 30% rzadziej czy też gorzej zajmowaliby się domami, o co obwinialiby was, twierdząc, że dbają oni o domy równie dobrze co wy, tylko wy albo nie doceniacie tego z powodu swojej żeńskiej dumy albo wręcz sabotujecie ich działania. Domagaliby się więc, żeby łóżko uznawane było za zasłane, nawet, gdyby ledwie przykryli je oni kocem, co wy musiałybyście po nich poprawić, a naczynia za umyte, nawet, gdyby tylko je wypłukali, co też musiałybyście poprawić. Zmusiliby nawet rząd do kampanii, w wyniku której „nieuczciwe żony”, które twierdziłyby, że ich mężowie zajmują się domem mniej niż one, byłyby karane finansowo lub zamykane w więzieniu za mobbing. Na wasz sprzeciw reagowaliby oburzeniem i oskarżeniami, że chcecie ich od siebie uzależnić. Mężowie zażądaliby „samorealizacji w sztuce gotowania”, ale to was by oskarżali, że z winy tysięcy lat żeńskiej monopolizacji gotowania, obiady im nie wychodzą. Przede wszystkim miałybyście celowo umniejszać jakość ich obiadów, a nawet specjalnie przychodzić na nie nienajedzone, aby sprawić wrażenie, że sporządzone przez nich posiłki są mniej syte niż te sporządzone przez was. Ponadto kuchenki miałyby być „historycznie przystosowane do wzrostu kobiety”, przez co mężczyźni mieliby częściej przypalać obiady. Co więcej, sprzedawczynie sklepowe i targowe miałyby nie traktować poważnie mężczyzn jako kucharzy i niedbale podchodzić do nich z ofertą oraz z radami podczas wybierania przez nich produktów, przez co produkty kupowane przez mężczyzn miałyby być mniej kaloryczne a przez to mniej sycące. A wszystko to po to, aby w ciche dni kobieta mogła zagrozić mężowi, że go zagłodzi, a więc, żeby mąż było od żony „posiłkowo uzależniony”.

Jak zareagowałybyście Panie na taką sytuację? Czy nie nabrałybyście przekonania, że męska płeć jest jakaś niesamowicie irracjonalna? Notabene jakoś nie słyszałem, żeby mąż czy pracodawca był niezadowolony z tego, że żona więcej zarobkuje, ani żeby w ciche dni mąż odmawiał żonie utrzymania, za to wielu mężów jak tylko wtrąci się do gotowania, umeblowania mieszkania czy też zaprojektowania ogródka, natychmiast sprowadzanych jest przez żony do parteru, a w ciche dni żadna żona nie gotuje mężowi. Może faktycznie panowie nie gotują w domu w skutek żeńskiego spisku, przecież gotować potrafią lepiej od kobiet, czego dowodzą mistrzowie kuchni, prawie wyłącznie mężczyźni.

Żądanie przez panie „dostępu” do pracy a potem równości (nie równouprawnienia!) zawodowej jest więc w istocie żądaniem spełniania przez mężczyzn kolejnych świadczeń na rzecz kobiet. W myśl tego żądania mąż nie tylko ma utrzymywać żonę ale też, pracując za dwóch, zapewnić (czyjejś) żonie zarobki równe jego, aby mogła ona z tego zarabiania czerpać satysfakcję.

Mniej zarabiająca, więcej wydająca
Sprawa podziału ról w wyniku której mąż ma obowiązek utrzymywania gorzej zarabiającej żony jest ciekawsza niż się na pierwszy rzut oka wydaje… Skoro bowiem spiskującym mężczyznom zależeć na tym, aby zarabiać więcej niż kobiet, to czemu potem je oni utrzymują? Jak to się dzieje, że mniej niż mężczyźni potrafiące zarobić pieniądze kobiety wydają więcej pieniędzy niż mężczyźni, kierowanych jest do nich więcej reklam, a ich dobrostan mierzony poziomem edukacji, zdrowiem czy długością życia jest wyższy niż mężczyzn?

Kobiety często uważają, że dlatego, iż rodzą one dzieci, należy im się zapewnienie przez pracodawcę dodatkowych dochodów nie wynikających z jakości ich pracy zawodowej. Faktycznie, to bezpośrednio i pośrednio z powodu rodzenia dzieci kobiety są mniej produktywne niż mężczyźni a ów wysiłek rodzenia można uznać za pracę, ale wysiłek ten jest kobietom wynagradzany i nie jest do tego potrzebny żaden pracodawca. Biologia tłumaczy tę kwestię następująco:

Ponieważ urodzenie dziecka jest bardziej czaso- i energochłonnym zajęciem niż jego spłodzenie, mężczyzna tym samym kosztem może mieć więcej dzieci z większą ilością partnerek niż kobieta. Zatem między mężczyznami zachodzi konkurencja o to, który jest fizycznie, psychicznie i intelektualnie najsprawniejszy i jako taki zyska względy większej liczby kobiet. Tylko tacy mężczyźni przetrwają. Nic zatem dziwnego, że te cechy, sprawność fizyczna, zimna krew i sprawność intelektualna rozwinęły się u mężczyzn w wyższym stopniu niż u kobiet. Ale też nic dziwnego, że korzystają z nich oni po to, aby zapewnić opiekę właśnie kobietom. Jak często spotyka się kobietę utrzymującą mężczyznę a jak często mężczyznę utrzymującego kobietę. Naturalną sytuacją jest więc, że z powodu swojej kobiecości kobieta nie jest w stanie zrobić tego wszystkiego, co mężczyzna, ale też za sprawą tej kobiecości jest w stanie to wszystko od mężczyzny zdobyć.

Ciąża sprawia więc zarówno, że kobiety są w pracy mniej produktywne, jak i to, że to mężczyźni zarabiają na nie a nie odwrotnie. Żądanie przez panie od pracodawców wynagrodzenia im tego, że rodzą dzieci, to absurd nie tylko z tego względu, że pracownice nie rodzą dzieci pracodawcom, jest to absurd również z tego względu, że panie rodzenie przez siebie dzieci mają już wynagradzane w postaci zainteresowania i opieki ze strony tych mężczyzn, którym te dzieci rodzą lub mogą urodzić.

Jak łatwo kobietom jest uznać, że to, iż to mężczyzna popada w stres i ponosi ryzyko odrzucenia zdobywając się na pierwszy krok, należy się Paniom za nic. Jak łatwo im uznać, że kwiaty, prezenty, randki, transport, pierścionek zaręczynowy i utrzymanie przez współmałżonka należą im się jak psu micha, a także że fakt, że to mężczyźni czynią to wszystko dla kobiet a nie kobiety dla mężczyzn, nie wynika z niczego. Tymczasem wszystkie te zachowania mężczyzn są wynikiem atawizmu, który sprawiał, że w czasach pierwotnych to mężczyźnie bardziej opłacało się zabiegać o kobietę niż kobiecie o mężczyznę (choć w czasach cywilizowanych jest już odwrotnie). Tymi swoimi zachowaniami mężczyzna w dwójnasób rekompensuje kobiecie to, że rodzi ona dzieci, jak również to, że w wyniku tej swojej „kobiecej przypadłości”, jaką jest zdolność do rodzenia dzieci, nie jest ona w stanie wykonywać tylu zadań co mężczyzna (np. tak samo produktywnie pracować).

Tego, że utrzymywanie żon przez mężów służy za rekompensatę „utraty mocy produkcyjnej” przez kobietę w wyniku ciąży dowodzą sprawy surogatek.

Surogatka
Wyobraźcie sobie Panie, że pracujecie tak jak mężczyźni, za co dostajecie takie samo jak oni wynagrodzenie. Następnie jednak zachodzicie w ciążę, co odbija się na jakości wykonywanej przez was pracy oraz wysokości waszej pensji, która zostaje zmniejszona. Czy w takiej sytuacji uważałybyście obniżenie wam pensji za niesprawiedliwe, bo nie powinno się nikomu obniżać pensji z tego powodu, że „daje życie”? Możliwe, że odpowiadacie: tak. Ale przykładu, który powyżej podałem, nie znacie jeszcze w pełni. Dziecko, które nosicie, nie przyjdzie na świat wam ani waszemu partnerowi, jesteście surogatką i urodzicie dziecko parze, która za to urodzenie zapłaci. Przy czym para ta zapłaci dokładnie tyle, o ile spadły wasze przychody w wyniku obniżenia wam pensji. Czy w takiej sytuacji uznałybyście, drogie Czytelniczki, że to obniżenie wam pensji z powodu utraty przez was produktywności było niezasłużone.

Otóż utrata dochodów związana z ciążą rekompensowana jest kobiecie zawsze, nawet gdy nie jest ona surogatką. Rekompensatę tę zapewnia jej ojciec dziecka, mężczyzna, który jako mężczyzna wykazuje irracjonalną potrzebę opiekowania się kobietą, przez co, nawet jeżeli to on zarabia więcej niż ona, to ona wydaje więcej niż on.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.