Facebook Google+ Twitter

"Zabić Lincolna". Recenzja

To historia, której zakończenie jest znane. Od początku wiemy kto zabił i kto zabity zostanie. Na pytanie dlaczego, odpowiadają Bill O'Reilly i Martin Dugard, którzy starannie prześledzili ostatnie tygodnie życia Abrahama Lincolna.

"Jeżeli ma to się stać, nie sposób temu zapobiec" - miał powiedzieć Abraham Lincoln kilka, kilkanaście dni przed swoją śmiercią. Już wtedy z trudem dźwiga brzemię swojego urzędu. Czuje odpowiedzialność za tragiczny los setek tysięcy ludzi, które zapłaciły najwyższą cenę za cztery lata krwawej wojny domowej.

Bo Stany Zjednoczone tamtych dni to nie idylla, a kraj podzielony na wrogów na śmierć i życie - zwolenników i przeciwników zniesienia niewolnictwa. Po przeciwnych stronach stawały rodziny, przyjaciele, na tej samej uczelni w West Point wojskowe szlify zbierali dowodzący zwalczających się armii Unii i Konfederacji. Rzeka krwi płynęła szerokim strumieniem, zapach śmierci unosił się w powietrzu.

Koniec wojny wydaje się blisko, ale każdy dzień rodzi większy chaos, zbiera kolejne żniwo. Wojska Północy spychają konfederatów do głębokiej defensywy. Są lepiej uzbrojeni, mają przewagę liczebną. Ich przeciwnicy są wycieńczeni psychicznie i fizycznie. Przyczyniają się do tego głód, choroby, życie w ciągłym strachu, upadłe morale, poczucie bezsensu wojny.

Na tym tle nie trudno o radykalizację nastrojów. Idea zamachu na życie prezydenta nie narodziła się z dnia na dzień. Dojrzewała latami w sercu i umyśle Johna Wilkes'a Bootha, aktora i "sympatyka" sprawy Południa. Wymagała nakładu finansowego, starannego przemyślenia wszystkich kroków.

Jak w tych okolicznościach zachowuje się Lincoln? Porusza się bez przesadnych środków ostrożności, które nie zostały zaostrzone mimo wielu gróźb pod jego adresem. Nie ingeruje bezpośrednio w strategię walk, ma pełne zaufanie do generała Ulyssesa Granta (późniejszy prezydent), słynącego z odwagi i rozsądnych decyzji taktycznych. Poleca mu, żeby pokonanym przedstawić łagodne warunki kapitulacji, takie, żeby nie czuli się upokorzeni. Na podbitych terenach był jednak witany jako okupant, nie ojciec narodu. Ale nie przejmował się tym - doskonale zdawał sobie sprawę, że po ostatnim strzale zwaśnione strony utworzą jedno państwo, którego symbolem jest urząd prezydenta. Prezydenta wszystkich Amerykanów.

Prowadzenie fabuły dwutorowo (Booth/Lincoln-wojna) sprzyja nadaniu jej dynamiki, choć niekiedy ma się wrażenie, że O'Reilly i Dugard kreują atmosferę sztucznego napięcia (pościg wojsk Unii przed mostem High Bridge). Uczestnicy wydarzeń zwykle nie są oceniani jednoznacznie (generał Konfederatów Lee), dominuje odcień szarości. Należy docenić dość wyważone spojrzenie na secesjonistów, choć przebieg wydarzeń wyraźnie interpretowany jest na korzyść Unii.

Autorzy z godnym uznania uporem starają się dociec, dlaczego czujność Lincolna i jego otoczenia była tak stępiona mimo wyraźnych sygnałów o zagrożeniu. Czy przez poczucie misji dla dobra ludzkości? Czy dlatego, że złamany amerykański duch potrzebował odrodzenia w postaci ofiary, a prezydent to idealny "kandydat na męczennika"? Nie ma prostej odpowiedzi. Części składowe, przynajmniej te, do których udało się dotrzeć, na pierwszy plan rzucają niezachwiane przekonanie o słuszności swoich decyzji, których wymiar był ponadpokoleniowy i międzyludzki.

Gdy 14 kwietnia 1865 roku Booth (paradoksalnie nie wszystko ułożyło się wg jego myśli) w jednym z waszyngtońskich teatrów nacisnął spust trafiając Lincolna w tył głowy, niewielu miało świadomość, że zginął człowiek, który wyprzedził swoją epokę.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.