Facebook Google+ Twitter

Zabrano im troje dzieci, bo są biedni - część II

Nawiązując do poprzedniego artykułu opisującego tragedię rodziny Janusza i Barbary Przepiórów z Pruszkowa, którym 1 lipca 2010 odebrano trójkę dzieci, postanowiliśmy ruszyć dalej śladem losów tej rodziny.

Ekipa Interwencji rozmawia z sąsiadem, pomagającym Januszowi i Basi. / Fot. Dariusz Bartosiak / Fot. D.SobolewskiIch historia poruszyła i zainteresowała redakcje telewizyjne. Jak się okazało jest to większy dramat, niż na początku się wydawało. Aby dowiedzieć się dlaczego tak się stało, dlaczego odebrano im dzieci, co oni zawinili i czy ktoś próbował im pomóc, dziś rano spotkaliśmy się przed domem państwa Przepiórów z ekipą programu "Interwencja" telewizji Polsat. Zanim ekipa rozstawiła swój sprzęt, zebrała się grupka osób (m. in. radny Pruszkowa), które chciały wypowiedzieć się w tej sprawie.

Pani listonosz, która na co dzień pracuje w tym rejonie, z oburzeniem wypowiadała się o decyzji i sposobie zabrania dzieci. Sąsiad mieszkający naprzeciwko z drżeniem w głosie opowiadał w jaki sposób okoliczni mieszkańcy zaangażowali się w pomoc tej rodzinie.

Wszyscy zgodnie wypowiadali się, że ich zdaniem dzieci nie były szczególnie zaniedbane, nie chodziły głodne (wbrew opinii kuratora). Nasuwa się więc pierwsze pytanie: czy gdyby ta rodzina w rażący sposób narażała na szwank zdrowie dzieci, gdyby była patologiczna, czy aż tylu sąsiadów bezinteresownie by im pomagało? Czy byliby aż tak zaangażowani w ich sprawę?

Przeczytaj także pierwszą część artykułu

Rozmowa z Panią listonosz. / Fot. Dariusz BartosiakPani redaktor programu Interwencja umówiła się na spotkanie z wiceprezes Sądu w Pruszkowie, aby zapoznać się z opinią drugiej strony. Z akt sprawy wynika, że sąd dysponując rozległą opinią kuratora i MOPS-u nie mógł wydać innego postanowienia. Mnie w trakcie rozmowy od razu nasunęło się pytanie, czy to wystarczająca dokumentacja do wydania decyzji o rozdzieleniu siłowym i czy zrobiono wszystko żeby tego uniknąć, czy nie można było inaczej.

Pod koniec dość wyczerpującej wypowiedzi padło pytanie w naszą stronę: "A czy wiecie, że państwu Przepiórom w 2003 r. odebrano prawo do opieki nad czwórką innych dzieci?" Nogi mi się ugięły, jak to, dlaczego? Otóż z tego samego powodu: nienależytej opieki nad dziećmi i złych warunków bytowych. Mieszkanie jest zbyt małe (dwadzieścia parę metrów kwadratowych), nie ma bieżącej wody… Wywiad zakończyliśmy i w ogromnym szoku opuściliśmy budynek sądu.

Spytaliśmy Janusza dlaczego nie powiedział wcześniej, że przechodzili już przez taką gehennę, że już raz odebrano im prawa rodzicielskie do czwórki dzieci. Odpowiedział, że: "wtedy nikt nam nie pomógł, nikt nie stawił się za nami i baliśmy się, że jak powiemy o tym to wy też nie pomożecie, a tak jest szansa. Nie poddamy się jak wtedy, niech nam oddadzą nasze dzieci!".

Rozmowa z Panią wiceprezes Sądu w Pruszkowie. / Fot. Dariusz BartosiakNie potrafię wyobrazić sobie, co ci ludzie teraz przeżywają, jak boją się, że kolejny raz zostaną sami. Jak życie dwojga bezradnych ludzi może być stłamszone? Dlaczego opinia obcych ludzi z najbliższego otoczenia tak różni się od opinii kuratora? Prawda zapewne leży pośrodku, ale gdzie jest ta granica, którą przekroczyli? Kto ma prawo do określania ile miłości, ile pieniędzy i ile metrów kwadratowych potrzeba posiadać, by móc zajmować się własnymi dziećmi…

Radny Pruszkowa też pomaga Januszowi i Basi / Fot. Dariusz BartosiakNa godzinę 13 Janusz był umówiony w sprawie pracy z dyrektorem Miejskiego Zakładu Oczyszczania w Pruszkowie. Po spełnieniu formalności zostanie zatrudniony, wstępnie na sześć miesięcy ze stawką 8 zł na godzinę.

Sami spróbujcie wyobrazić sobie taką sytuacje i oceńcie w jakim świecie żyjemy: opinie, kuratorzy, urzędnicy decydują o tym co jest dobre i kto jest "wart" być rodzicem i obywatelem.
Nadal będziemy "pilnować" i zdawać relację z postępów sprawy rodziny Przepiórów. Jutro reporterzy Interwencji wraz z rodzicami jadą odwiedzić dwoje starszych dzieci przebywających w domu dziecka w Gostyninie.

Już dziś o 16.15 w programie Interwencja telewizji Polsat dalsza część materiału o rodzinie Przepiórów.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (30):

Sortuj komentarze:

Marzena Komorowska
  • Marzena Komorowska
  • 18.04.2011 12:54

Uważam, że są ludzie, którzy po prostu lubią szkodzić, patrzeć na cierpienie. I do takich należą ci co zapewnili tą gehennę ludziom trochę słabszym od siebie!

Komentarz został ukrytyrozwiń
ANNA JANKOWIAK
  • ANNA JANKOWIAK
  • 26.12.2010 12:33

MI ZABRANO SYNKA BO RODZINA ZNECAJĄC SIĘ NAD EMNA ,NAPISAŁA DONOS DO SĄDU I ODWRÓCIŁA SYTUACJĘ.SĄD WIERZY TEJ RODZINIE,JA WALCZĘ O DZIECKO OD 5 MIESIĘCY,GDYBY KTOŚ CHCIAŁ POMÓC MI W TEJ SPRAWIE TEL:663699691

Komentarz został ukrytyrozwiń
Anna Jankowiak
  • Anna Jankowiak
  • 25.09.2010 17:25

http://forum.tvp.pl/index.php?topic=34260.msg181361#msg181361

Komentarz został ukrytyrozwiń
Anna Jankowiak
  • Anna Jankowiak
  • 25.09.2010 17:24

http://forum.tvp.pl/index.php?topic=34260.msg181361#msg181361

pomóżcie mi proszę

Komentarz został ukrytyrozwiń

Po wczorajszej emisji niestety nic się nie zmieniło po za tym, że, w związku z programem nie mogą odwiedzić najmłodszego dziecka, bo ludzie, u których obecnie przebywa dziecko zażyczyli sobie zgody sądowej na odwiedziny. Jest t zupełnie bezprawne, poradziłem Basi żeby pojechała na odwiedziny w asyście policyjnej. Nie są pozbawieni praw rodzicielskich, nie mają zakazu sadowego kontaktu z dziećmi. Po za tym rodzina zastępcza, w której dziecko przebywa jest tylko chwilowym miejscem przebywania a nie zakładem karnym, a opiekunowie nie są służbą więzienną.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Brawo telewizjo Polsat. Po tej Interwencji wszyscy urzędnicy będą mogli zasiąść w swoich fotelach i na swoich krzesłach z poczuciem dobrze spełnianego obowiązku i misji. Pani redaktor może nie będzie całkiem zadowolona, ale zrobi napewno następny dobry program.
Ludzie wprawdzie jeszcze chyba nie mówią, że „telewizja kłamie” ale być może mówi półprawdy albo nie docieka prawdy.
Wypowiedź „sąsiada” była wyrwana z kontekstu a cała dotyczyła zobrazowania nieumiejętności zachowania się Janusza w obliczu sytuacji w której nie mógł sobie poradzić.
Ciekawe co zrobi teraz to małżeństwo, czy zaciśnie zęby i będzie dalej walczyć czy ....?

Komentarz został ukrytyrozwiń

"Jak niedawno dowiedziałem się pan Janusz był wychowywany przez dom dziecka."

I to bardzo wiele wyjaśnia. Dom dziecka nie uczy normalnego życia.

"W wyniku długotrwałej bytności w takiej placówce dzieci cierpią na chorobę sierocą, częstokroć wyniesioną z domu. a spotęgowaną w trakcie pobytu w "bidulu". który z różnych przyczyn nie jest w stanie wyprowadzić dziecka z tej choroby. Nie kończy się ona wraz z osiągnięciem pełnoletności przez wychowanka. W dorosłym życiu wlecze się za nim niczym cień, przybierając postać "bezdomności". - Kiedy wychowanek opuszcza dom dziecka. bardzo często trafia w uczuciową pustkę. Nie ma przyjaciół, rodziny. Często mieszkania socjalne, które dostają wychowankowie, znajdują się w takich dzielnicach, że trzeba pić alkohol, by zaistnieć w środowisku. Dzieci byłych wychowanków trafiają do domu dziecka i krąg się zamyka. Część osób popełnia samobójstwa. Poza tym są dzieci, które uciekają z domów i nie szukane "giną" na ulicy, wchodząc w twardą bezdomność."
Całość tutaj:http://www.misjanadziei.org.pl/artykuly/normal.html

I jeszcze to: http://www.dzieciakidodomu.pl/strona.php?t=0&c=146

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziś o 16,15 w programie Interwencja Polsat dalsza część materiału o Januszu i Basi

http://interwencja.interia.pl/news?inf=1511314

Komentarz został ukrytyrozwiń

Panie Ireneuszu, (ale piszę do wszystkich Państwa zabierających głos w tej sprawie). Co do pomocy sąsiadów, jak zawsze prawda pewnie leży po środku. Jestem dalszym sąsiadem pana Janusza i pani Basi. Takich sąsiadów pewnie mają w całym Pruszkowie więcej z racji tej, że on zbierał złom m. inn. po domkach jednorodzinnych i z tego utrzymywał swoją rodzinę. Jest w tym zbieraniu cichy i nawet nie boję się powiedzieć, po jego bliższym poznaniu, pokorny.
- Czy pan / pani ma może jakiś niepotrzebny złom, ...
– nie ma , to trudno ale mogę przyjechać za jakiś czas?...
Po kilku takich odwiedzinach i wypytywaniu o rodzinę dowiedziałem się, pewnie jeszcze nie całej prawdy o losie, życiu i „zaklętym kręgu” tej rodziny. Tak przed kilku laty zaczęła się nasza znajomość. Ale o tym później.
Pomoc rodzina ta dostaje od sąsiadów i ludzi. Jak Państwo wyobrażają sobie utrzymanie rodziny 5 osobowej (w tym trójka małych dzieci) za 400 zł o których słyszałem przy okazji wywiadu telewizyjnego, otrzymywanych z MOPS-u ? ... i to podobno nie zawsze? Resztę on musi dorobić – wybrał złom (podobno kiedyś można było nieźle na tym zarobić). Jak złomu nie było - przychodził i prosił o jakąkolwiek pracę. Chodził do ludzi i sprzątał działki, kosił trawę, tynkował, malował i odśnieżał ulicę w zimie.
Tak sobie teraz myślę, że najlepszymi okresami dla nich były święta. Wtedy dostawali prowiant – paczki żywnościowe i nie tylko, od organizacji kościelnych, od mojej rodziny a od czasu kiedy od mojej żony dowiedział się sprzedawca- młody właściciel budki z wędlinami na pobliskim targu o sytuacji tej rodziny – szykował i dawał bezimiennie dla nich paczkę na każde święta. Myślę że są i inni „dalsi sąsiedzi”, którzy w miarę swoich możliwości (i wiedzy o nich) im pomagają. Ale to wie tylko pan Janusz. I nie miejmy pretensji do pani Kasi że nie pomagała, bo pewnie pomagała na swój sposób i w miarę swoich możliwości. A może ona też potrzebuje pomocy? A może, skoro widziała dzieci i matkę schludnie ubranych idących ulicą, nie wiedziała o potrzebie pomocy.
Któregoś roku Akcja Katolicka ufundowała dla ich dwojga dzieci kolonie. Wprawdzie nie pojechały na nie ich dzieci bo okazało się w ostatniej chwili, że jadą one na kolonie chyba z domu dziecka. Pan Janusz bardzo wtedy przepraszał i dziękował.
„Lodówka była pusta”. Przypuszczam, że mogło tak być. Wieczorem ktoś dzwoni.
– Co się stało Panie Januszu?
- Ja bardzo przepraszam, ale dopiero teraz przyjechałem, nic dzisiaj nie zarobiłem a nie mamy pieniędzy na mleko dla dziecka.
Patrząc na jego twarz wyrażającą zawstydzenie a jednocześnie gorącą prośbę i nadzieję przypomniał mi się taki obrazek.
Kiedyś byłem we Wrocławiu na jakimś spotkaniu na Uniwersytecie, które zakończyło się dosyć późno. Na obiado-kolację poszliśmy z kolegą do baru na Rynku. Przy wejściu zaczepia nas chłopak, nawet nie młody a mały, jeszcze dziecko.
- proszę pana, czy mógłby pan dać mi 1 zł na bułkę?
W pierwszej chwili pomyślałem, że cwaniak, kombinuje na papierosy lub jeszcze gorzej. Ale coś mnie zaniepokoiło w jego głosie.
- ja ci pieniędzy nie dam. Chcesz to choć, kupię ci coś do jedzenia.
- bardzo dziękuję
Nie pamiętam, wybrał sobie nie danie na gorąco ale dużą bułkę z jakimś wkładem w środku. Nawet proponowałem mu coś na gorąco bo już widziałem że naprawdę jest głodny, ale wybrał tę bułkę. Usiadł obok przy drugim stoliku i je. Patrzę a on zjadł połowę bułki i resztę zawija w serwetkę.
- dlaczego nie jesz do końca, zostawiasz na później?
- nie, proszę pana, dziękuję ale tam przed wejściem czeka mój starszy brat. On też jest głodny ale się wstydzi. To dla niego.
Wstydzą się swojej biedy i cicho, pokornie próbują z nią walczyć ale jak się okazuje – tylko wegetują. Takich ludzi jest chyba dużo. Do takich ludzi należy pan Janusz z żoną i już niedługo będzie należała jego rodzina. Bo dzieci jeszcze są nieświadome tego (przynajmniej te najmłodsze). Jak niedawno dowiedziałem się pan Janusz był wychowywany przez dom dziecka. Jego żona, wprawdzie tylko przez 2 lata, ale też poznała ten smak. Teraz przyszła kolej na ich dzieci. To jest ten „zaklęty krąg” z którego chyba nie sposób się wyrwać bez pomocy innych.

Panie Tymoteuszu Błoński - ale te dzieci są !!! Tu nie ma beczki, torby foliowej czy nawet okna życia. Matka opiekuje się nimi jak może i ich kocha – nie odrzuca ich . Ojciec haruje na wszystkie dostępne jemu sposoby żeby zapewnić im byt a jak nie może podołać to zwraca się ze wstydem o „pożyczkę” na mleko choć dla siebie być może lodówkę mają pustą.

Pół czy rok temu pytam się o jego wszystkie dzieci.
- ale jak panu powiem to nie będzie chciał mnie pan znać.
Tak dowiedziałem się o czwórce dzieci odebranych im pierwszym razem.
W okresie 1992-97 r. pracował w Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego w Pruszkowie. Praca była, stała pensja pewnie nie za duża ale na skromne życie starczyło. Padły Zakłady, poszedł do pracy w Duchnicach a potem w Mc Donaldzie do 2001 r. Zaczęła się równia pochyła. W 2003 r. stwierdzono złe warunki mieszkaniowe – odebrano 4 dzieci. Dalej fakty są opisane.
- i co panie Januszu pan myśli robić?
- teraz nie mam szans żeby oddali. Bez stałej pracy, w takim mieszkaniu... może w domu dziecka i rodzinie zastępczej mają lepiej ?... teraz muszę myśleć o tej trójce. Żebym dostał gdzieś stałą pracę...
Jak odebrano im pozostałe dzieci wpadli w rozpacz. Pani Basia pisała i dzwoniła o pomoc do telewizji, do gazet. Trafiła do pierwszego napotkanego radnego - pana Osińskiego. Zajął się sprawą od razu.
A więc nie jest tak że ludzie, sąsiedzi, znajomi nie pomagają. Wiemy jaką gehennę przechodzi nieraz „normalny” człowiek zwany petentem załatwiając sprawę w jakimkolwiek urzędzie. A co powiedzieć o nich i w ich sytuacji? Tu pokazuje się siła gazety, telewizji mediów. Również ja, a wiem że i inni starali się pomóc Januszowi znaleźć pracę. Bez wyników. Po interwencji ma już dwie propozycje – jedną dzięki prezydentowi drugą dzięki redaktorowi.

A teraz jeszcze słowo o MOPS-ach, GOPS-ach itp.
Tak do końca nie potępiałbym pracowników tych instytucji. Oczywiście pewnie trafiają się tam „nieczuli urzędnicy” ale wydaje mnie się że system jest zły. W tym przypadku (a jest ich napewno więcej w Pruszkowie) całe zło polegało w zasadzie na złych warunkach mieszkaniowych. I teraz, teoretycznie, urzędnik pomocy społecznej zaczyna starania u prezydenta czy wójta dla którego „mieszkanie komunalne” jest to, można powiedzieć, problem ciągły. Czy urzędnik pomocy społecznej „walcząc” do końca o polepszenie warunków mieszkaniowych dla innych nie naraża się wójtowi czy prezydentowi i czy może czuć się pewnie, że nie straci swojej pracy będąc bezkompromisowym? Przecież w sumie wójt czy prezydent jest jego chlebodawcą. A więc lepiej jest sprawę odfajkować formalnie, zaproponować np. markot, sprawę podać do sądu i formalnie wszystko jest w porządku i zgodnie z prawem.
Nie wiem czy mam rację w tej sprawie ale rozumowanie to wydaje mnie się logiczne.

Co do Sądu nie wypowiadam się bo nie jestem prawnikiem, tylko pozostaje żal i poczucie, że nie wszystko zostało tu zrobione tak by krzywdę naprawić a zły los odmienić.

I jeszcze na koniec
1. Mam nadzieję że nie jest to jedną z metod pozbycia się lokatorów z rudery przeznaczonej do rozbiórki
2. Czy zgodne z prawem jest to, że nie mogli i nie mogą do tej pory uzyskać adresów i mają uniemożliwiony kontakt z dwójką swoich dzieci z 1-go „zabrania”? Czy jest to legalne?
Ale to już pewnie może sprawdzić tylko dziennikarz.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Na ten temat już w lokalnej prasie http://www.gazetawpr.pl/wpr83/wydania_2010/rodzina_w_blednym_kole_niemocy Warto też przejrzeć komentarze. Tu już przewija się to, iż dom jest do wyburzenia!

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.