Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

22802 miejsce

Zagadkowe zderzenie pociągów na Psim Polu. Dlaczego władze PRL-u ukryły prawdę?

Skrzętnie skrywana, tuszowana we właściwy sposób przez władze ówczesnego PRL katastrofa kolejowa na Psim Polu we Wrocławiu do dzisiaj owiana jest mgłą tajemnicy. Nie wiadomo, jak do niej naprawdę doszło i dlaczego prawdę ukrywa się do dziś.

 / Fot. WikipediaCała ta historia miała miejsce w środę tuż przed 8:00 rano 9 lipca 1977 roku. Między Psim Polem a leżącą 6 km dalej Długołęką pod Wrocławiem przemieszczał się pociąg pośpieszny relacji Praga-Warszawa-Moskwa Biełorusskaja. Transport kolejowy zwany Pociągiem Przyjaźni nie zatrzymał się wbrew wyraźnym znakom i z całym impetem wjechał w lokomotywę spalinową ST43-268, gdzie maszyniści również zignorowali wszelkie znaki, które miały doprowadzić do ich zatrzymania. Według oficjalnych danych zginęło 11 osób a 15 zostało rannych.

Ekspres, w skład, którego wchodził elektrowóz, wagon Warsu i sześć wagonów sypialnianych prowadził tego dnia doświadczony maszynista Hieronim Stellmach. Rano bez żadnych komplikacji pociąg wyruszył ze stacji Wrocław Główny i po minięciu Psiego Pola zwiększył prędkość do 100 km/h. Mniej więcej w tym samym czasie ze stacji w Długołęce maszyniści Grzegorz Zastrożny i Andrzej Trela prowadzili samotną lokomotywę ST43-268. Jak się okazało poruszali się oni po niewłaściwym torze. Na prawidłowo nadawane znaki od kontrolnego ruchu maszyniści nie reagowali, chociaż, jak ustalono później obydwoje zdawali sobie sprawę, że w ich kierunku jedzie Ekspres. To właśnie między innymi z tego też powodu mieli oni przestawić lokomotywę w inne miejsce.

Maszyniści rozpędzili lokomotywę do ponad 80 km/h, chociaż na tym odcinku dozwolona prędkość, z jaką wolno się było poruszać wynosiła 40km/h. Podążające tym samym torem pociągi jechały wprost na siebie i w pewnej chwili stało się jasne, że dojdzie do zderzenia czołowego. Na sygnał semafora „Stój” nie było żadnej reakcji ze strony obu maszynistów. Na znaki nadawane przez nastawniczą również nie było żadnego odzewu. Samotna lokomotywa jechała na spotkanie z Ekspresem.
Oba składy z całym impetem wpadły na siebie tuż za wiaduktem przy ulicy Bierutowskiej. Ze składu Ekspresu z torów wyleciało siedem wagonów. Świadkowie mówią, że kilka z nich było bardzo poważnie rozbitych. Lokomotywa spalinowa ST43-268 wbiła się w pociąg z taką siłą, że siła uderzenia wyrzuciła ją aż 40 metrów dalej poza miejsce wypadku. W dodatku doszło do jej zapalenia, gdzie w pożarze zginęli oboje maszyniści.

W pociągu, który prowadził Stellmach lokomotywa EU07-115 została całkowicie zniszczona. Według świadków wagon Warsu rozleciał się na wiele drobnych kawałków. Nie sposób było rozpoznać, ze to wagon restauracyjny. Całe szczęście nie przebywali w nim pasażerowie.

Prawie natychmiast teren wypadku otoczyła milicja i Służby Bezpieczeństwa. Błyskawicznie pojawiła się na miejscu transportowana w śmigłowcach Armia Czerwona, co dodatkowo spotęgowało grozę wśród świadków i ocalałych pasażerów. Niektórzy byli w takim szoku, że wyskakiwali z samochodów i uciekali do niedalekich zagajników. Wszyscy, którzy byli wtedy na miejscu twierdzą, ze panował nieopisany chaos.

 / Fot. WikipediaW oficjalnej wersji mówiono, że skutki tragedii zminimalizowały radzieckie wagony, potężnej konstrukcji, które przyjęły na siebie impet uderzenia i dzięki ich masie następstwa zderzenia były mniejsze. Jednak, świadkowie zwracają uwagę, że te wagony doczepiono do składu na samym jego końcu. Mówiono, że w tej katastrofie obrażenia odnieśli tylko pasażerowie z Polski. Nieoficjalna wersja wspomina o 40 osobach.

Co ciekawe, na miejscu wypadku bardzo szybko pojawiły się wspomniane już regularne jednostki Armii Radzieckiej, które przybyły tu śmigłowcami bojowymi. Żołnierze szybko odizolowali miejsce zdarzenia i jedynie sowieckie jednostki poznały prawdziwy rozmiar tego dramatu. Świadkowie twierdzą, że Rosjanie najbardziej zajęci byli zacieraniem jakichkolwiek śladów zdarzenia, prawdopodobnie, by umniejszyć jego rozmiar. Wspomina się o poszukiwaniu jakiegoś dostojnika z Moskwy, który miał podróżować w tym składzie.

SB za punkt honoru postawiło sobie zbadać gruntownie przyczyny tragedii. Jedna z hipotez zakładała, że celem maszynistów z Długołęki było popełnić samobójstwo. Jednak nic nie potwierdzało takiego stanu rzeczy i teoria ta szybko upadła. Wtedy pojawiły się pogłoski o „wrogim spisku” przeciwko bratniej władzy radzieckiej. Funkcjonariusze rozpoczęli inwigilację rodzin ofiar wypadku, chodzili na stypy i pogrzeby. Ciała ofiar, które złożono w zakładzie medycyny sądowej we Wrocławiu przekazywano rodzinom dopiero w dniu pochówku. Niektórych trumien nie pozwolono otwierać, poniekąd tłumacząc to obrażeniami ofiar.

Sprawa nabrała politycznego rozgłosu, gdy na antenie anty sowieckiego radia Wolna Europa nadano audycję, gdzie sugerowano, że katastrofę mieli spowodować kolejarze, sfrustrowani podwyżkami cen w kraju. Według oficjalnych danych nie udało się osiągnąć żadnych zadowalających wyników. Śledztwo umorzono jeszcze w tym samym roku. Całą sprawę utajniono z powodu bardzo niewygodnej dla władz PRLu obecności w całym zdarzeniu radzieckiego Pociągu Przyjaźni z tajemniczym pasażerem.

W późniejszych wersjach mówiło się o tym, że władze socjalistyczne doszukiwały się sabotażu i próby samobójczej maszynistów. Sami świadkowie wspominają wydarzenie jedynie, jako ogromną tragedię. Wspomina się także o podróży tym pociągiem radzieckiego notabla, co tłumaczyłoby tak szybkie pojawienie się regularnych jednostek wojskowych.
Niektórzy twierdzą, że cała ta sytuacja to splot nieszczęśliwych wypadków, do których by nie doszło gdyby pociągi wyposażone były w łączność radiową. Kolej takową miała już na składzie, ale urzędnicy z sobie wiadomych tylko względów nie dopuszczali jej do używania przez maszynistów.
Według nieoficjalnych informacji w wypadku ucierpiała także znaczna liczba pasażerów pochodzących z ZSRR. Ci, w pierwszej kolejności zostali zabrani przez helikoptery sanitarne Armii Radzieckiej w nieznane miejsce. W tym tragicznym zdarzeniu śmierć poniósł wraz ze swoim ojcem Hieronimem Stellmachem także jego syn, 11 letni Jacek, dla którego podróż pociągiem z ojcem miała być wymarzonym prezentem na urodziny. Sekundę przed wypadkiem Stellmach przytulił syna, chcąc osłonić go własnym ciałem. Służby ratunkowe zastały taki wstrząsający obraz, gdy wydobyto z wraku ich splecione ze sobą ciała.

Do dzisiaj sprawa nie została wyjaśniona i nikt nie wie, co było przyczyną zderzenia pociągów pod wrocławskim Psim Polem.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.