Facebook Google+ Twitter

Zagrać w języku suahili

  • Tomasz J
  • Data dodania: 2008-08-24 13:24

Sobota była najważniejszym dniem trwającego wciąż festiwalu gitarowego we Wrocławiu. Mnóstwo muzyków, spora rozpiętość stylistyczna, najwyższy poziom artystyczny – istne święto gitary. Dziać się miało i… się działo!

Wczorajszą muzyczną ucztę rozpoczął nikt inny, jak ten, który dzień wcześniej ją kończył, czyli Tommy Emmanuel. Po fantastycznym koncercie piątkowym byłem niezwykle ciekaw, jak gitarzysta wypadnie tym razem. Jaki zagra repertuar? Czym nas zaskoczy? Czy obroni się po mistrzowskim koncercie zagranym dzień wcześniej?

Krzysztof Pełech, Johnny Dickinson, Jarema Klich oraz Tommy Emmanuel podczas koncertu we Wrocławiu, 23 sierpnia 2008 roku / Fot. T. JośkoObronił się, bez dwóch zdań. Tommy wyszedł na scenę sam i niemal przez najbliższą godzinę raczył nas swoimi solowymi kompozycjami. Show rzecz jasna było nieco mniejsze, ale – zgodnie z zapowiedziami – najlepsze miało dopiero nadejść. Gitarzysta miał bowiem pojawiać się na scenie podczas różnych koncertów tego dnia, zaś jego solowy występ stanowił do tego swoiste preludium. Najbardziej w pamięci utkwiło mi chyba wykonanie nowego utworu, napisanego, jak twierdził Tommy, zaledwie tydzień wcześniej. Kawałek inspirowany był muzyką afrykańską, gitarzysta starał się odtworzyć na gitarze oryginalne dźwięki kalimby, zaś słowa napisane były w języku… suahili. Piękna rzecz.

Gdy na scenę Tommy zaprosił kolejnego gitarzystę, który miał wystąpić tego dnia, czyli Johnny’ego Dickinsona, odczuwałem lekki niedosyt. Australijskiego mistrza można wszak słuchać wręcz w nieskończoność. Okazało się jednak, że nie mam powodu do narzekań. Tommy pozostał bowiem na scenie, wykonując kilka kawałków wespół ze swoim towarzyszem, następnie zaś… zasiadł za perkusją i na tym instrumencie akompaniował podczas występu Dickinsona! Zrobiło się bardzo bluesowo, słychać było, że artyści świetnie się rozumieją (Wszystko, co tu gramy, to improwizacja! Nie ćwiczyliśmy tego wcześniej! – krzyczał zza bębnów uśmiechnięty Tommy).

Artystyczny konglomerat


Krzysztof Pełech, Marek Napiórkowski i Jarema Klich. Wrocław, 23 sierpnia 2008 roku / Fot. T. JośkoGdy artyści zeszli ze sceny, ustępując miejsca kolejnemu składowi, naszła mnie krótka refleksja na temat formy festiwalowej. Z jednej strony, to jest coś wspaniałego – jednego dnia można zobaczyć i usłyszeć wielu znakomitych artystów, co samo w sobie jest wartością niepowtarzalną. Z drugiej jednak, w naturalny sposób forma taka wymusza pewne ograniczenia, wśród których krótki czas poszczególnych koncertów jest najbardziej chyba dotkliwą. Coś za coś, można by powiedzieć. Na szczęście wysoki poziom artystyczny wrocławskiego festiwalu nieco ów efekt nieprzyjemny załagodził.

Na scenie, krótko po opisanym występie, zainstalował się Artur Lesicki ze swoim zespołem. Lesicki to czołowy polski gitarzysta jazzowy, stąd wiadomo było, iż źle nie będzie. W miarę upływu czasu owo wrażenie źle nie będzie ustąpiło miejsca uczuciu jest świetnie!. Trio zagrało rozbudowane formy z pogranicza jazzu, funku i fusion – najprawdziwsza muzyczna energia. W pewnym momencie na scenie pojawił się Marek Napiórkowski, a to oznaczało, że mamy do czynienia z nieoficjalnym występem Funky Groove! Świetna sprawa.

Klasycznie acz z improwizacją


Po jazzowych szaleństwach przyszedł czas na uspokojenie i klasyczną odsłonę drugiego dnia festiwalu, czyli występ Krzysztofa Pełecha i Jaremy Klicha. Racja, było spokojnie i lirycznie (godny uwagi repertuar latynoamerykański). Z tym, że do czasu – na deskach sceny ponownie zameldował się Marek Napiórkowski i panowie uraczyli zebranych ciekawą fuzją klasyki z jazzem. Uwaga – to nie był ostatni gość tego duetu. Po kilku wspólnie zagranych utworach Napiórkowski zszedł ze sceny, by ustąpić miejsca Johnny’emu Dickinsonowi i Tommy’emu Emmanuelowi! Robiło się coraz ciekawiej, czterech wielkich gitarzystów na jednej scenie – wspaniała sprawa. Ową zmodyfikowaną nieco część klasyczną zakończył wspólny występ Emmanuela i Pełecha na dwie gitary.

Nie stracić ani "Minuty"


-123 min. we Wrocławiu 23 sierpnia 2008 roku / Fot. T. JośkoPo solidnej porcji twórczości klasycznej i (częściowo) akustycznej, klimat miał się zmienić radykalnie. Do Wrocławia zaproszeni bowiem zostali Czesi z -123 min. Jako, że to jeden z moich absolutnych top – zespołów, doczekać się wprost nie mogłem. Wreszcie, są! Zdeněk Bína, Fredrik Janáček i Miloš Dvořáček, a więc zaczynamy! Zespół rozpoczął od utworu utrzymanego w mocno orientalnym klimacie (niesamowite wokalizy Zdeňka), z tradycyjnym jednak funkowym pulsem (w rozmowie po koncercie, zespół potwierdził, że ten materiał przygotowany został z myślą o nowym albumie). Przyjemnie było popatrzeć, jak publiczność, przechadzająca się w czasie przerwy po Wyspie Słodowej czym prędzej zmierza w kierunku sceny; "Minuty" cieszą się we Wrocławiu wielką estymą.

Poza wschodnimi klimatami panowie zaprezentowali nam tradycyjną fuzję funku, bluesa, jazzu okraszoną własnym, niepowtarzalnym ujęciem muzyki. Energia w najczystszej postaci, charyzma, świetna muzyka; na "Minuty" grzech się nie wybrać! Po samym koncercie miałem przyjemność porozmawiania z zespołem ("To ty robiłeś z nami wywiad, jak byliśmy ostatnio we Wrocławiu?"); muzycy potwierdzili, że nagrywanie nowego albumu rozpoczną w styczniu, zaś jego wydanie wstępnie planowane jest na wiosnę. Panowie, trzymam za słowo!

Po takim koncercie, organizatorzy postanowili uspokoić nieco rozgrzaną do czerwoności publiczność. Na scenie zameldował się Wojciech Waglewski, który zagrał dla wrocławian wespół z Bartkiem Borutą Łęczyckim. Zrobiło się nieco spokojniej, ze sceny wybrzmiał blues w najlepszym wydaniu; frekwencja z kolei potwierdziła, że było to jeden z najbardziej wyczekiwanych koncertów na festiwalu. Występ lidera Voo Voo przypadł do gustu także i mi, choć przyznam szczerze – jak dla mnie występ "Minut" trudno było przebić.

Zamiast napisów końcowych


Ostatnim akcentem drugiego dnia festiwalu był solowy występ Louisa Winsberga, lidera zespołu Jaleo, który zobaczymy na Wyspie Słodowej już dziś. Niestety, z racji innych obowiązków, zobaczyć mogłem tylko początek tego występu, opinię o Winsbergu będę mógł sobie ugruntować w czasie ostatniego dnia festiwalu, tym niemniej – z tego co widziałem, spodziewam się najlepszego.

Jam session w Łykendzie. Występują Marek Napiórkowski (gitara) i Gregoire Maret (harmonijka ustna) wraz z zespołem. Wrocław, 23 sierpnia 2008 roku / Fot. T. JośkoSwoistym epilogiem dla niezwykle bogatej we wrażenia soboty, było jam session, zorganizowane w klubie Łykend. O tym, że dzieją się w takich okolicznościach rzeczy niezwykłe, świadczyć może choćby fakt, że zabawa rozpoczęła się od występu Gregoire Mareta i Marka Napiórkowskiego, w ramach projektu, który zaprezentował się nam w piątek. Tym samym, Napiórkowski stał się, obok Emmanuela, drugim najaktywniejszym gitarzystą festiwalu. Co, przyznaję, wyszło imprezie tylko na dobre.

Sobota była dniem niezwykle intensywnym, obfitującym w muzyczne wrażenia na najwyższym poziomie. Przed nami już tylko niedziela, dzień, w którym dominować będą dźwięki flamenco i muzyki latynoamerykańskiej. Z całą pewnością nie obejdzie się bez niespodzianek. I ponownie, mimo, że mam w pamięci jeszcze koncerty sobotnie, nie mogę się wprost doczekać.

***
Czytaj także:
Perkusyjne solo na gitarze. Wrocławskiego festiwalu odsłona pierwsza
Wrocław - gitarowa stolica Polski

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

Niestety w koncercie nie miałam przyjemności uczestniczyć, ale Twoja relacja Tomku, jest (jak zwykle) świetna, więc plus bez wahania :-)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Minuty zdecydowanie zagrali najlepszy koncert.
A zobaczyć i usłyszeć Tommy'ego... ech:)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.