
Urny zostały otwarte wczoraj o godzinie 7 czasu polskiego, zamknięto je o 17. Według doniesień frekwencja nie była zbyt duża, gdyż ludzie częściej ustawiali się w kolejkach po chleb niż do lokali wyborczych. Zarówno Morgan Tsangirai jak i większość państw europejskich, włączając ONZ i USA, nawoływały do bojkotu takiego przeprowadzania wyborów. Jednak sam lider Ruchu na Rzecz Demokratycznych Zmian przyznał, że każdy, kto obawia się represji ze strony milicji Mugabego powinien zagłosować na rządzącego prezydenta. Sam zaś wycofał się z wyścigu o fotel przywódcy kraju ze względu na prześladowania całej opozycji przez reżim Mugabego. Komisja wyborcza nie uznała wycofania się lidera opozycji, w związku z czym wybory odbyły się.
Pierwsza tura wyborów parlamentarnych i prezydenckich odbyła się 29 marca br. Według wyników Komisji Wyborczej partia rządząca Zimbabwe African Union Patriotic Front (ZANU - PF) zdobyła 97 miejsc w parlamencie, zaś partia opozycyjna Movement for the Democratic Change (MDC) uzyskała 109 mandatów. Na prezydenta Robert Mugabe, który piastuje to stanowisko nieprzerwanie od 21 lat, głos oddało 43,2 proc. z 5,9 mln uprawnionych wyborców. Jego rywal Morgan Tsangirai zdobył 47,9 proc. głosów.
- Ponieważ żaden kandydat nie uzyskał absolutnej większości oddanych głosów (..), będzie musiała odbyć się druga tura w terminie, który zostanie ogłoszony przez komisję później - oświadczył szef komisji, Lovemore Sekeramayi.
Opozycjoniści nie zaaprobowali takiego orzeczenia komisji, twierdząc, że wybory w wielu okręgach wyborczych zostały sfałszowane i domagali się ponownego przeliczenia głosów w 60 z nich. Reakcja Mugabego i ZANU - PF była jednoznaczna. Przyjęli wyrok komisji wyborczej za prawomocny i zaczęli szykować się do drugiej tury wyborów. Rozpoczął się marsz po władzę na modłę afrykańską.
Tsangirai w ambasadzie Holandii, tysiące ludzi bez dachu nad głową
Prezydent Robert Mugabe zapytany wczoraj o samopoczucie i swoje szanse w wyborach odpowiedział, że czuje się bardzo dobrze i jest pewny wygranej. Nie ma się czemu dziwić skoro według ostatnich doniesień około stu członków opozycyjnej partii MDC zabito, a ponad trzystu schroniło się w ambasadzie RPA w stolicy Zimbabwe Hararze. Bojówkarze ZANU - PF jak i milicja będąca pod kuratelą prezydenta w ciągu trzech miesięcy zdołała wypędzić z domów około 200 tys. zwolenników partii MDC. W walkach zostało rannych około 10 tys. ludzi. Zwycięzca pierwszej tury wyborów Tsangirai, który w tym czasie został pięciokrotnie aresztowany, ostatecznie schronił się w ambasadzie Holandii (nie poprosił o azyl), jednocześnie rezygnując z walki wyborczej. Zaapelował do organizacji międzynarodowych ONZ i Unii Afrykańskiej o powstrzymanie "ludobójstwa w kraju".
Robert Mugabe nie próżnował. Zamówił z Chin 3 mln kałasznikowów i 3 tys. moździerzy. Postanowił zapewnić sobie zdecydowane zwycięstwo w wyborach 27 czerwca i prawdopodobnie dopnie swego. Ponadto wyrzucił z kraju międzynarodowe organizacje
CARE International oraz
ADRA, a organizacja
Save The Children musiała zawiesić działalność. Tłumaczył swoją decyzję rzekomymi doniesieniami na temat szerzenia propagandy przez tychże na rzecz poparcia dla opozycji.
Wybory bardzo dobrze zorganizowane, milczenie Afryki

Były prezydent Sierra Leone Ahmed Tejan Kabbah uznał wybory za bardzo dobrze przeprowadzone i nie odnotował żadnego przypadku politycznej przemocy. Warto dodać, że stoi on a czele 50 - osobowej misji obserwatorów z Unii Afrykańskiej (UA). Przedstawiciel UA ogłosił, że sprawa Zimbabwe niedługo zostanie rozpatrzona przez członków tej organizacji. Wspólnota Rozwoju Afryki Południowej (SADC), w której skład wchodzi 14 państw na czele z Tanzanią, Angolą i Suazi wezwali do odroczenia wyborów w Zimbabwe, twierdząc, że nie zostały spełnione warunki ich uczciwości. Sekretarz stanu USA Condoleezza Rice zapewniła, że Stany Zjednoczone zrobią wszystko, by jak najszybciej powstrzymać akty terroru w Zimbabwe i przywrócić tam demokrację, nie podała jednak żadnych szczegółów. Sekretarz generalny ONZ Ban Ki Mun zaapelował o odroczenie drugiej tury wyborów i uznał, że sytuacja w Zimbabwe „stanowi najpoważniejsze wyzwanie dla stabilizacji w Afryce Południowej”. Jak powiedział, ONZ jest gotowa we współpracy z Unią Afrykańską (AU) i Wspólnotą Rozwoju Afryki Południowej (SADC) znaleźć drogę wyjścia z impasu. Zgodził się także z propozycją przewodniczącego SADC, prezydenta Zambii Levy'ego Mwanawasy, aby odłożyć w czasie drugą turę wyborów w Zimbabwe, ponieważ obecnie jej uczciwe przeprowadzenie nie jest możliwe.
Brytyjskie MSZ poinformowało tymczasem w środę o odebraniu prezydentowi Zimbabwe Robertowi Mugabe honorowego tytułu szlacheckiego przyznanego mu w 1994 r.
- Decyzję tę podjęto na znak odrazy wobec naruszania praw człowieka i nikczemnego lekceważenia demokratycznego procesu w Zimbabwe pod przewodnictwem prezydenta Mugabe - powiedział rzecznik brytyjskiego MSZ.
A kryzys trwa
Zimbabwe, dawniej brytyjska kolonia pod nazwą Rodezja Południowa, uchodziła za spichlerz Afryki. Wskutek reform przeprowadzonych przez administrację Mugabego m.in. odebranie ziem białym farmerom i obsadzenie ich weteranami walk o niepodległość, którzy nie mieli pojęcia o zarządzaniu tak dużymi gospodarstwami napędzającymi miejscową ekonomię, kraj został doprowadzony do ruiny. Nie mogąc liczyć na pomoc Zachodu Mugabe rozpoczął politykę izolacjonizmu, a kontakty utrzymuje tylko z afrykańskimi jednowładcami. Według szacunków międzynarodowych organizacji ekonomicznych inflacja w Zimbabwe pod koniec roku sięgnie 165 tys. proc.! Bezrobocie waha się na granicy 80 proc. Pół miliarda lokalnych dolarów wystarcza na zakup niecałych dwóch bochenków chleba. Rozwiązania impasu w Zimbabwe póki co nie widać, a odejście Roberta Mugabego nie wchodzi w grę. Jak sam powiedział "jedynie Bóg" może odebrać mu władzę.
Źródła: PAP, gazeta.pl