Czytając wypociny jednego z najlepszych pomocników w Polsce na temat jego zasług, nie sposób oprzeć się wrażeniu, iż wykonał on kupę smrodliwej roboty jako działacz i selekcjoner, a teraz pozostała mu już tylko kupa do zrobienia.
Na wstępie przepraszam, że będę używał tylko pierwszej litery nazwiska mojego bohatera, ale tak musi być w przypadku człowieka, przeciw któremu toczą się prokuratorskie śledztwa, pozwalające domniemać o popełnieniu przez niego wielu przestępstw karnych w naszej skopanej. A toczą się dzięki dokumentom, które przekazałem organom ścigania, gdy byłem przewodniczącym Komisji Etyki.
Wywiad przeprowadzony przez Cezarego Kowalskiego w „Dzienniku” ukazał prawdziwe oblicze działacza Zbigniewa B., jednego z najlepszych piłkarzy w historii polskiej piłki, a następnie prominenta i szarej
eminencji PZPN od
czerwca
1999 do
grudnia
2004 r.
PZPN. W swoich wypowiedziach Zbigniew B. stosuje, charakterystyczną dla niego i ludzi z takim „tupecikiem”, „sp(ZB)ychoterapię”, która polega na zrzucaniu wszelkiego zła na “nich” i
przypisywaniu sobie, wprawdzie niewielu, ale jednak (nie)wątpliwych osiągnięć futbolowych
bossów z poprzedniej kadencji.
Czytając wypociny jednego z najlepszych (oczywiście po Kaziu Deynie) pomocników w Polsce na temat jego zasług, nie sposób oprzeć się wrażeniu, iż wykonał on kupę smrodliwej roboty jako działacz i selekcjoner, a teraz pozostała mu już tylko kupa do zrobienia (a właściwie, przepraszam za wyrażenie „rozwolnienie” ze strachu przed aresztowaniem).
By nie być gołosłownym, przechodzę do konkretów.
Zapytany, dlaczego jako „wiceListek” nic nie zrobił w walce z korupcją, odpowiedział: “Próbowałem ale nie miałem wsparcia”! I dodał: “robiłem wszystko, ale znaleźli się ludzie, którym zależało, by to nie działało”.
Czyli odwaga pomyliła mu się wówczas z odważnikiem. Po pierwsze nie wymienił nazwisk tych ludzi, a po wtóre popełnił przestępstwo, ponieważ prawo stanowi, że kto wie o korupcji i nie powiadomi o niej prokuratury, sam staje się współwinnym.
Również „osiągnięcia kontraktowe” za sprzedaż różnego rodzaju praw reklamowych i telewizyjnych, komentowane są przez tego swoistego futbolowego Dyzmę w dość naiwny sposób. Stwierdził on w innym z wywiadów, iż PZPN sprzedaje swoje prawa na zasadzie prawa prywatnego, a nie państwowego. No cóż, dziwne, że główny opylacz w futbolowej centrali nie rozumie, iż wszystkie transakcje kupna i sprzedaży, w całym cywilizowanym świecie muszą być zgodne, tylko i wyłącznie z prawem handlowym!
Tylko kompletny idiota uwierzy, że kontrakt za transmisje z eliminacji do MŚ 2006 był powiązany z innymi prawami do transmisji innych reprezentacji. Dziwne było stanowisko irmy Sport-Five, po tym jako skierowałem wnioski do prokuratury i upubliczniłem „kontraktowy problem”. Bezpłatnie przekazała ona prawa do transmisji z meczów naszych drużyn w europejskich pucharach (a do tej pory, przez dwa lata trwały pertraktacje cenowe).
Jeszcze bardziej dziwi fakt, że przedstawicielem w/w „firmy pośredniczącej” był i do tej pory jest były prominentny tajny agent SB (w stopniu
porucznika, o ile się nie mylę) niejaki KAFARSKI. Zainteresowani musieli wiedzieć z kim robią skopane interesy.
Również tylko kliniczny kretyn uwierzy w to, że gdy “Canal+” jednostronnie obniżył warunki
kontraktu na sto milionów dolarów, mające obowiązywać jeszcze przez trzy lata (dokumentu żaden z zainteresowanych prezesów klubów nie widział?), kluby dobrowolnie zgodziły się na ponad 40 procent obniżkę, podczas gdy ówczesny „spec od opylania” w PZPN proponował
wynegocjowanie obniżki ...12 procentowej.
Natomiast honorowe, jak bredzi Zbigniew B., odspawanie od selekcjonerskiego stołka po kompromitującym występku z Łotwą, trąci kiepskim żartem. Fatalny w skutkach pojedynek z Łotyszami odbył się 13 października, a tajemnicza dymisja selekcjonera prawie dwa miesiące później, bo 2 lub 3 grudnia 2002 r. Oczywiście tylko nieprawdopodobny zbieg okoliczności sprawił, że ta wiekopomna decyzja „największego kiwacza w polskiej piłce” zbiegła się
z czasem przeszukania i zabezpieczeniem twardych dysków w firmach należących do
„słynnego Lwa”!
Co zaś się tyczy afery biletowej, to warto wyjaśnić powiązania rodzinne współzałożycieli firmy IT Sport z serdecznymi
przyjaciółmi
Zbigniewa B. Jeden z nich do niedawna (dzięki, byłej szarej eminencji) był wpływowym prominentem PZPN, a obecnie pracuje w pomarańczowej (bardziej odpowiednia była by nazwa bananowej) spółce Ekstraklasa – czytaj Ekstrakasa. Drugi natomiast jest legendarnym „kiero” drużyny Widzewa. A skoro jestem przy łódzkim klubie, to szkoda, że nic nie przeczytałem w tym wywiadzie na temat PRZESTĘPSTWA LICENCYJNEGO, za które grozi do 3h lat odsiadki, a w którym jedną z głównych ról odegrał trefniś Zbysio.
Jeśli chodzi o próbę sprofanowania mojego wkładu w zwycięski remis na Wembley, to nie widzę potrzeby polemizowania z niedoinformowanym adwersarzem. Zawsze bowiem autorytatywnie twierdziłem, że człowiek, który zatrzymał Anglię składał się z 12 części, to znaczy: fenomenalnego Kazimierza Górskiego i 11 wspaniale zaprogramowanych przez niego zawodników. Natomiast dziwny i niezrozumiały dla całego futbolowego środowiska, był fakt
iż w zorganizowanym w komercyjnej stacji plebiscycie na piłkarza wszech czasów, wygrał ZB.
Wróble ćwierkają na telewizyjnych antenach, że wpływ na taki nie inny wynik, miało stanowisko zaprezentowane przez
Zbigniewa B., jako jedynego przedstawiciela PZPN, w dyskusji
zorganizowanej przez
Sejmową Komisję Kultury i Środków Przekazu, na temat pomysłu zakodowania wszystkich spotkań MŚ 2002 (9 stycznia 2002 r.). Poparł on niezgodną ze statutem FIFA i interesami polskich kibiców, groźbę szefów prywatnej stacji telewizyjnej.
M.in., to perfidne poparcie „miodowego przekręta”, spowodowało, że TVP musiała zapłacić (z naszych abonamentów) 7 mln dolarów za sublicencję, by nasi wspaniali kibice mogli oglądać, bez obowiązku zakupu dekoderów, najważniejsze spotkania z koreańskich i japońskich boisk. Mnie taka postawa „najwybitniejszego” w historii pezetpeenowskiego sprzedawczyka utwierdziła w przekonaniu, że Leonardo Da Vinci na obrazie przedstawiającym “Ostatnią Wieczerzę”, nie przypadkowo ozdobił głowę Judasza czupryną w kolorze „ala_Zibi”.
Powyższe idiotyzmy są jednak niczym w porównaniu z wyznaniem Zbigniewa B, które ze względu na unikalność, tylko zacytuję, pozostawiając bez komentarza: MICHAŁ L. JEST JEDNYM Z NAJUCZCIWSZYCH W POLSKIEJ PIŁCE.
Kończąc ten felieton dotyczący podejrzeń o popełnienie przestępstw karnych bardzo utytułowanego, albo jak kto woli utytłanego działaczo-przekręta, zacytuję także jego opinię o uczestnikach futbolowej dyskusji na forum internetowym: “Jak spojrzę na forum internetowe, to takiego bydła nie ma nigdzie”.
Ponieważ moje teksty, w których prawie nigdy nie zgadzam się z poglądami Zbynia B., zamieszczane są również w internecie, to również tę kretyńską opinię pominę milczeniem. Mam nadzieję, że już niedługo, dzięki prokuratorom Tomankiewiczowi z Wrocławia i Basteckiemu z Warszawy, Zbigniew B. (wraz ze swoimi dwoma, nie mniej utytłanymi
kompanami) będzie mógł uczestniczyć w dyskusji internetowej dzięki komputerom, zainstalowanym „na prośbę bydlaków” w ich więziennych celach.
* Jeśli ktoś z zainteresowanych czuje się
pokrzywdzony tekstem Jana Tomaszewskiego, ma prawo dochodzić
sprawiedliwości drogą prawną. Jednocześnie informujemy, że autor felietonu może też dochodzić swoich praw w sądzie powszechnym
.