Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

93712 miejsce

Zamach musi być!

Teoria propagowana przez Antoniego Macierewicza, mówiąca o zamachu na samolot prezydencki Tu-154, przeżywa głęboki kryzys. A wszystko zaczęło się tak niewinnie, tak niepozornie...


Najpierw Zbigniew Giziński i Bolesław Piecha, dwaj czołowi politycy Prawa i Sprawiedliwości, stwierdzili publicznie, że na chwilę obecną nie ma dowodów na to, iż 10 kwietnia 2010 roku doszło w Smoleńsku do zamachu na prezydenckiego Tupolewa. Ich wypowiedź wywołała poruszenie zarówno w przestrzeni politycznej, jak i publicznej. Jednak Jarosław Kaczyński jest - jak zresztą wszystkim wiadomo - powszechnie znany z wręcz legendarnej wielkoduszności, tolerancji oraz walki o wolność słowa i swobodę wypowiedzi członków swojej partii. Dlatego wybaczył on swym współpracownikom zbyt daleko idący przypływ szczerości, którego dopuścili się w kontaktach z mediami i opinią publiczną. Chociaż zostali pouczeni przez prawą rękę prezesa - Adama Hofmana - to w PiS-ie pozostali.

Jednak, jak to zwykle bywa, nieszczęścia chodzą parami. Wielkoduszny i tolerancyjny prezes Jarosław Kaczyński jest bowiem również znany z długoletniego i wręcz niesamowitego pecha, który towarzyszy mu przy doborze najbliższych współpracowników. Po Januszu Kaczmarku, Jaromirze Netzlu, Marku Jurku, Ludwiku Dornie i Zbigniewie Ziobrze, sam pełnomocnik prezesa, mecenas Rafał Rogalski, również okazał się być „wrogiem” pisowskiego ludu i IV RP. A także samego prezesa Kaczyńskiego, który - jak można sądzić - mecenasa Rogalskiego nie wybrał na swojego pełnomocnika przez przypadek.


Rafał Rogalski, ten długoletni obrońca teorii zamachu i bezpośredni wynalazca teorii „helu” i „sztucznej mgły” w Smoleńsku, no - jakby to powiedzieć - po prostu raptem zmienił zdanie. Mecenas Rogalski doszedł do „wniosku”, może również nie przez przypadek, że tak naprawdę żadnego zamachu w Smoleńsku nie było, a ustalenia parlamentarnego zespołu Antoniego Macierewicza zwyczajnie rozmijają się z faktami. W skrócie, w mojej ocenie, nowe stanowisko mecenasa Rogalskiego w sprawie smoleńskiego śledztwa, można streścić następująco: sorry boys, ja tylko tak żartowałem!

Pomimo iż cała sprawa przypomina kiepską komedię długometrażową, to jej następstwa mogą okazać się bardzo poważne, zarówno dla partii Jarosława Kaczyńskiego, jak i jego samego. On to bowiem na „smoleńskim zamachu” zbudował nową tożsamość polityczną PiS-u i stał się mesjaszem wyznawców religii smoleńskiej. Jednakże pojawił się problem, gdyż bez „smoleńskiego zamachu” nie ma również i smoleńskiej religii. A bez smoleńskiej religii mesjasz staje się zbyteczny, niepotrzebny. Dlatego dla Jarosława Kaczyńskiego i jego wyznawców nie ma alternatywy: zamach musi być!
Jednakże dla pozostałych posłów PiS-u permanentne trwanie w równoległej, smoleńskiej rzeczywistości, już nie jest takie atrakcyjne. Nie tylko nie jest korzystne, ale staje się dla nich autentycznym obciążeniem, metaforyczną kulą u nogi. Balastem, którego usiłuje się pozbyć coraz więcej z nich. Dlaczego teoria o zamachu na prezydenckiego Tupolewa w Smoleńsku przestała być w PiS-ie trendy?

Dla teorii o zamachu na prezydenta Lecha Kaczyńskiego punkt zwrotny nastąpił podczas obchodzonej przez „lud smoleński” tegorocznej rocznicy lotniczej katastrofy. Ruch Poparcia Jarosława Kaczyńskiego i kapłani religii smoleńskiej zapowiadali w przychylnych im środkach przekazu, iż rocznicy w całej Polsce będą towarzyszyć potężne manifestacje, które doprowadzą do powstania uciśniętego ludu miast i wsi przeciwko władzy. Jednak do powstania nie doszło, a liczba uczestniczących w prawicowych obchodach rocznicy katastrofy smoleńskiej, okazała się bardzo niska. Dla większości społecznych i politycznych obserwatorów było to zaskoczenie, dla kapłanów religii smoleńskiej - autentyczny szok. Tymczasem dla posłów Prawa i Sprawiedliwości był to sygnał alarmowy, znak, iż nadeszła pora na ewakuację.

Niemniej jednak, żeby się ewakuować to wpierw trzeba mieć dokąd. A kiedy nie ma miejsca, do którego można uciec, to należy przygotować grunt, który pisowskim uciekinierom umożliwi uzyskanie politycznego azylu. Alternatywy są dwie: w innej - już istniejącej - formacji politycznej, bądź w ugrupowaniu, które stworzone zostanie dopiero w przyszłości. Tych posłów PiS-u, którzy są za mało przekonani do teorii o zamachu, stara się dyscyplinować Adam Hofman. Jego zabiegi zdają się jednak na nic: gdy polityczny statek tonie, to logika nakazuje się ratować. Tym bardziej, że w Polsce z poglądami politycznymi z reguły zwycięża polityczny interes. Tak więc to nie wina tych, którzy po prostu racjonalnie myślą o swojej politycznej przyszłości (dodam, że słowo „racjonalnie” należy w tym miejscu rozumieć w jego politycznym znaczeniu). Skoro PiS-owskie listy wyborcze w coraz mniejszym stopniu stanowią gwarancję utrzymania fotela w poselskich ławach, to lepszych gwarancji trzeba poszukać gdzie indziej. Co zrobić, kiedy nawet teoria smoleńskiego zamachu nie jest w stanie wygrać w Polsce z politycznym interesem!


Oprócz stopniowego upadku teorii o zamachu, PiS musi jednakże stawić czoła jeszcze jednemu, większemu zagrożeniu. Chodzi tutaj o perspektywę dwóch nowych projektów politycznych, które niewątpliwie powstaną i których kandydaci będą bezpośrednio konkurować w wyborczym wyścigu z ubiegającymi się o miejsce w parlamencie z list Prawa i Sprawiedliwości. Na „lewo” od PiS-u rozwija swoją konserwatywną frakcję Jarosław Gowin. Co prawda na razie pozostaje on w Platformie Obywatelskiej, lecz długo to raczej nie potrwa. W mojej opinii zmieni się to już niebawem, a polityczne ugrupowanie, które stworzy odwołany niedawno minister sprawiedliwości, będzie bezpośrednio rywalizowało z PiS-em o elektorat konserwatywny. Potencjalnych wyborców, którzy – przynajmniej w tym momencie - w zdecydowanej większości głosują na partię Jarosława Kaczyńskiego. Jednak kiedy powstanie ugrupowanie Jarosława Gowina, to konserwatywny elektorat z pewnością postawi na polityka stałego w poglądach. Polityka, który już wielokrotnie udowodnił swoje przywiązanie do konserwatywnych wartości. To właśnie tradycjonalistyczny w swych przekonaniach elektorat będzie stanowił wyborczą bazę dla przyszłej partii Jarosława Gowina. A PiS, który zapewne zostanie zepchnięty do defensywy, będzie starał się pozyskać głosy „wykluczonych”. „Oburzonych” bezrobociem i coraz bardziej dostrzegalnym w Polsce kryzysem gospodarczym.
Jednak tutaj pojawi się kolejny polityczny konkurent. Będzie to Piotr Duda i jego Platforma Oburzonych, która stanie się rzecznikiem postulatów społecznych, dotyczących prawa pracy, warunków bytowych pracowników i ekonomicznych perspektyw najuboższych Polaków. Dotychczas to właśnie PiS, w swoich politycznych wypowiedziach, akcentował postulaty społeczne. Dla uwiarygodnienia PiS-u w tej materii służyło dotąd wsparcie NSZZ „Solidarność”. Od 2005 roku do wyboru Piotra Dudy na stanowisko przewodniczącego „Solidarności”, istniał niepisany polityczny sojusz pomiędzy PiS-em, a tym związkiem zawodowym. Jednak Piotr Duda ma własne plany dla Związku, któremu przewodzi, jak i własne ambicje, które pragnie zrealizować. Z pewnością nie zamierza on dopuścić
- jak miało to miejsce w czasach, gdy przewodniczącym Związku był Janusz Śniadek - do dokonywanej przez PiS wasalizacji NSZZ „Solidarność”, ani jego samego.

Na bazie Platformy Oburzonych i terenowych struktur „Solidarności” Piotr Duda stworzy polityczne ugrupowanie, które stanie się dla wykluczonych dużo bardziej atrakcyjne, niż PiS. W swojej politycznej ofercie Piotr Duda będzie koncentrował się wyłącznie na warunkach bytowych polskiego społeczeństwa. Tymczasem propozycje Jarosława Kaczyńskiego będą odwoływać się w pierwszej kolejności do wyjaśnienia przyczyn katastrofy smoleńskiej. W starciu z Piotrem Dudą i jego polityczną formacją, Jarosław Kaczyński i jego Ruch Poparcia są absolutnie bez szans, gdyż na liście priorytetów polskiego społeczeństwa warunki bytowe znajdują się - moim zdaniem – zdecydowanie wyżej, niż wyjaśnianie przyczyn katastrofy smoleńskiej.


W przyszłości Jarosław Gowin i jego ewentualne ugrupowanie, na swoją korzyść zagospodaruje konserwatywny elektorat. Natomiast Piotr Duda przejmie od PiS-u elektorat „wykluczonych” i „oburzonych”. W tej sytuacji partii PiS pozostanie jedynie „lud smoleński”. Dlatego też, z punktu widzenia Jarosława Kaczyńskiego: zamach musi być. Póki teoria o smoleńskim zamachu trwa, to smoleńska religia ma swoją rację bytu i posiada swojego mesjasza. Upadek teorii zamachu doprowadziłby do politycznego końca Jarosława Kaczyńskiego oraz do rozproszenia „smoleńskiego ludu”, który pozostałby bez duchowego przewodnika i bez duchowej racji bytu.

Funkcjonowanie teorii smoleńskiego zamachu w przestrzeni publicznej ma również swoje - mało dotychczas komentowane, jednak bardzo istotne - uzasadnienie ekonomiczne. Przed katastrofą smoleńską niektóre media prawicowe, takie jak „Niezależna Gazeta Polska”, należały do niszowych środków przekazu i de facto nie liczyły się w polskiej sferze medialnej. Katastrofa smoleńska i teoria o zamachu odwróciły ten trend. Aktualnie prawicowe media, niegdyś szerzej nieznane, posiadają potężne i zamożne imperium, gdyż najważniejszym tematem, które poruszają jest właśnie problem smoleńskiego zamachu i smoleńskiego śledztwa. Po prostu, smoleński zamach jest dla prawicowych i skrajnoprawicowych „dziennikarzy” kurą znoszącą złote jaja! Upadek teorii zamachu spowodowałaby nieuchronne zmniejszenie liczby czytelników i - co za tym idzie - dochodów prawicowych gazet i telewizji. Niestety, kiedy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze.
W dużej mierze medialni sojusznicy PiS-u umacniają swoje medialne imperium za pośrednictwem teorii o zamachu. Jarosław Kaczyński jest tego w pełni świadomy. Dlatego: zamach musi być!

Na dzień dzisiejszy PiS znajduje się w prawdziwym impasie. Teoria smoleńskiego zamachu nie przyciąga już tak wiele wyznawców, jak miało to miejsce jeszcze rok temu. Smoleńskie paliwo się kończy, a zespół Antoniego Macierewicza zamiast bycia atutem, coraz bardziej staje się dla PiS-u polityczną kulą u nogi. Zdystansowanie się partii Jarosława Kaczyńskiego, jak również jego samego, od coraz bardziej oderwanych od rzeczywistości tez Antoniego Macierewicza, mogłoby wspomóc PiS w walce z przyszłymi politycznymi konkurentami, czyli Jarosławem Gowinem i Piotrem Dudą, jak również z ich ugrupowaniami. Tylko zdystansowanie się PiS-u od teorii smoleńskiego zamachu może spowodować, iż zwycięstwo wyborcze tej partii stanie się możliwe.

Lecz PiS nie może zrezygnować z teorii zamachu, ponieważ
wyjaśnienie katastrofy smoleńskiej to dzisiaj jedyna widoczna obietnica wyborcza PiS-u. Bez teorii o zamachu wyjaśnianie katastrofy smoleńskiej staje się nieatrakcyjne, a sam PiS straci podstawowy filar swojej politycznej egzystencji.
Smoleński zamach to pisowska racja bytu. To serce partii, bez którego ugrupowanie nie może funkcjonować. Dlatego z punktu widzenia PiS-u: zamach musi być!

Partia Jarosława Kaczyńskiego jest skazana na wieczną klęskę polityczną, a on sam na polityczny niebyt. Rozumieją to posłowie Prawa i Sprawiedliwości, którzy nie chcieliby, aby przygoda z PiS-em doprowadziła ich do politycznej nicości, kiedy partia przestanie istnieć. Dlatego coraz częściej, coraz wyraźniej i coraz liczniej dystansują się oni od teorii smoleńskiego zamachu. Jednak impas, w którym znajduje się PiS polega na tym, iż bez teorii o zamachu ugrupowanie przeżyć nie może,
a z kolei upierając się przy teorii o zamachu - skazuje się na niekończące się przegrane w wyborach. W starciu z Platformą Obywatelską kolejne wyborcze porażki nie oznaczały końca Prawa i Sprawiedliwości. Jednak jednoczesne starcie z ugrupowaniami Jarosława Gowina i Piotra Dudy doprowadzi do definitywnego upadku tej partii. W tej sytuacji warto, jak sądzę, postawić jedno pytanie:
Panie Prezesie, co teraz będzie?

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.