Facebook Google+ Twitter

Zamiast licencjatu

Czegoż dzisiaj nie robiłem, żeby pracy nie pisać. Spałem do 10, potem poranna kawa, oczywiście mocna i czarna jak smoła. Pocztę wielokrotnie sprawdzałem, Gazetę.pl odświeżałem co 5 minut na zmianę z Demotywatorami, a teraz czas na W24.

Jak powszechnie wiadomo, najlepsze są książki nienapisane, takie które dopiero są w fazie pomysłu, meandrują sobie w zakamarkach umysłu i powoli ukazują swoje oblicze. Jednakże postrzępione wątki, wyimaginowanych bohaterów czy wysublimowane zdania trzeba jakoś ze sobą połączyć, musi powstać spójna całość, a wtedy okazuje się, że genialnych myśli to starczy zaledwie na 10-20 stron, a czytelnik niezadowolony będzie w dwójnasób. Po pierwsze, chce otrzymać książkę, a nie broszurę ( przykład "Biblioteki" Eco), a po drugie taka powieść w pigułce będzie przeintelektualizowana, zamęczy odbiorcę na śmierć. Dlatego należy wprowadzić elementy mniej ważne dla fabuły, żeby wyeksponować te, bez których książka nie może się obyć. Bohaterowie nie powinni rozmawiać ciągle o Schopenhauerze, czasem wskazany jest jakiś trywialny temacik, a to opis sukienki młodej damy, a to opis spaceru bulwarami, w konwersacjach powinny pojawiać się gry słowne, sytuacje powinny być przekoloryzowane i nad wyraz komiczne (geniusz Haszek). Można oczywiście być nonkonformistą, napisać powieść 300-stronicową za pomocą jednego zdania, tworzyć skomplikowane konstrukcje, występuje jednak ryzyko całkowitego niezrozumienia, a gloryfikacja autora nastąpi najwyżej po śmierci ( jeśli w ogóle). Za przykład niech posłuży Witkacy, a konkretniej "Nienasycenie", pokonało mnie 3 razy.

Zapyta ktoś, ale jaki to ma związek z pracą licencjacką? Co ma piernik do wiatraka, tym bardziej, że Uniwersytet Ekonomiczny jest uczelnią raczej mało humanistyczną, żeby nie powiedzieć antyhumanistyczną. Już mówię o analogiach. Otóż, po pierwsze, praca w fazie projektu nie nastarczała żadnych trudności, co więcej, wręcz budziła mą radość, już pałałem chęcią, żeby zacząć pisać, wszak w mej głowie tysiące pomysłów, obawy budziły tylko ograniczenia objętościowe, jak się zmieszczę na 40 stronach formatu A4, czcionka 12? Budziłem się rano i miałem nową koncepcję, którą zamierzałem wprowadzić, przy obiedzie również nachodziły mnie pomysły, przed snem kolejne.

Kiedy myślałem, że eksploduję, postanowiłem udać się do biblioteki po niezbędne lektury, czymś swoje tezy powinienem podeprzeć, kogoś zacytować, tak wypada i tak trzeba. Wybierałem się kilkakrotnie, za każdym razem - fiasko. Raz przerwa, innym razem święto uczelni (akurat, jak mam dzień wolny), kiedy indziej karty bibliotecznej nie zabrałem. Już mnie ten niefart zaczynał demobilizować, czułem jak pomysły w zderzeniu z szarą codziennością zaczynają się ulatniać niczym kamfora. Po kilku nieudanych próbach dostałem się do półek z książkami, szukam, szperam, w końcu po wielu trudach i znojach udaje się wygrzebać kilka pozycji. Kolejne rozczarowania, owszem książki są, ale do mojego tematu pasują jak pięść do nosa, równie dobrze mógłbym wypożyczyć "Zmierzch" (nomen omen) i pisać naukowe studium o wampirach. Odkładam książki, biorę następne, jak w grze w ciepło-zimo, teraz trochę cieplej. Wymieniam na kolejne, jest chłodno, ale brak mi większych ambicji i sił (umysłowych, ale i fizycznych, bibliotekę przemierzyłem wzdłuż, wszerz, po wszystkich przekątnych, czytelnię, magazyn i co tam jeszcze). Jak mawiał klasyk, są granice, których przekroczyć nie wolno, i gdzież ja bym śmiał. Granice absurdu i cierpliwości. Dzierżę w rękach pracę pana P., doktora P. (nie mylić z G.) przeglądam spis treści, cóż, ostatecznie nic lepszego nie znalazłem, w ramach parytetu mam jeszcze książkę pani prof. B., a że żyjemy w czasach otwartych granic i dyfuzji myśli pomiędzy krajami i kontynentami, książki S. z USA, oraz M. z Francji.

Na początku powinienem stworzyć plan pracy i tu jest pies pogrzebany, czy prędzej cały cmentarz. Czytam spis treści jednej pracy, kolejnej. Zapisuję przykładowy plan, zgniatam papier, wyrzucam, czym przyczyniam się do ocieplenia klimatu i wycięcia lasów w strefie równikowej (moje sumienie usprawiedliwia jedynie to, że segreguję odpady). I że tak powiem, to w kółko się powtarza. Do tej pory nie stworzyłem konstruktywnego i ostatecznego planu pracy. C.D.N.. Oby.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.