Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

17408 miejsce

Zaniżone standardy w pociągach InterCity

Kończy się okres wzmożonych przewozów pasażerskich na polskich torach. Jedna z czołowych spółek grupy PKP z roku na rok pragnie przyciągnąć do siebie rzesze podróżnych. Ale czy wystarczą tylko dobre chęci?

To wnętrze wagonu 1 klasy w pociągu InterCity ze Szczecina do Warszawy. Jego pasażerowie mają szczęście, gdyż posiada wysoki komfort. Niekażdy jednak go otrzymuje za słono wydane pieniądze... / Fot. Jacek KurekNa czas wakacji spółka PKP InterCity - jedna z lepiej prosperujących "odnóg" grupy PKP - uruchomiła kilka nowych pociągów do znanych kurortów - m.in. do Łeby, Zakopanego, Kołobrzegu, Świnoujścia. Ta pierwsza - niezwykle urokliwa miejscowość, z początkiem sezonu wakacyjnego po raz pierwszy w historii otrzymała szybkie i wygodne połączenie ze stolicą. Dotychczas można było tam dojechać jedynie nocnymi pociągami pośpiesznymi, powszechnie uchodzącymi za brudne i wiecznie spóźniające się. Pociąg o nazwie "Łebsko" miał być poniekąd szansą dla miejscowych przedsiębiorców, dla wymagających wysokiego komfortu turystów oraz dla samej spółki odpowiedzialnej za jego wylansowanie. Rzeczywiście, może i był, ale czy jego zapowiadany prestiż autentycznie był tak wysoki, jak zapowiadano?

Koniec czerwca, Dworzec Centralny w Warszawie. Oczekuję na pociąg InterCity "Łebsko". Nie planuję podróży nim, jednak z ciekawości chcę zobaczyć, co zaoferowała urlopowiczom spółka działająca pod przewodnictwem Czesława Warsewicza. O 6:45 pociąg wjeżdża na swój tor. Moje oczy wyłapują pierwszy i jeden z bardziej istotnych mankamentów - wagony nie mają klimatyzacji, która była tak hucznie zapowiadana w tym składzie! Zresztą - nie trzeba niczego zapowiadać - po wysokiej cenie biletu można raczej się spodziewać wyższej, lepszej jakości. A jednak nie - pasażerowie pierwszej klasy płacąc niemałą kwotę w wysokości 131 zł otrzymali podróż w starym, niezmodernizowanym wagonie, bez klimatyzacji. Mogłoby się wydawać, że chociaż poczęstunek w cenie biletu zrekompensuje choć w minimalnym stopniu wymienione straty. Też nie. Dla tych, którzy częściej podróżują pociągami InterCity, wiadomym jest, że otrzymają maleńki kubeczek kawy lub herbaty oraz ciasteczko wielkości kciuka. Kiedyś zamiast ciasteczka, pasażer częstowany był sporym piernikiem, a i napoje dostawał w większych, bardziej zadowalających ilościach.

Podobna sytuacja ma się z pociągami na Górnym Śląsku. O ile poranne InterCity do stolicy - "Górnik" z Gliwic i "Ondraszek" z Bielska-Białej posiadają wysoki komfort podróży, o tyle późniejsze "Stanisław Wysocki" i "Korfanty" mają standard zbliżony niekiedy do pociągu pośpiesznego. Na żywo mogłem się o tym przekonać jadąc tym przedostatnim 29 lipca z Katowic do Warszawy. W pierwszej klasie - za 132 zł - miałem zaserwowaną podróż w archaicznym wagonie, z ledwo działającą klimatyzacją (w drugiej klasie nie ma jej w ogóle, a mimo tego strona internetowa przewoźnika twierdzi, że jest), ogromnymi smugami na szybie, ogólnym wrażeniem brudu i nieczystą toaletą. Wysiadając w Warszawie odetchnąłem z ulgą, że to już koniec...

Marketing rządzi się swoimi prawami, ale czy wszystko musi się odbywać kosztem pasażera? Obiecana klimatyzacja, przemiła obsługa, punktualność, szeroko pojęta wygoda - to często tylko słowa niepoparte rzeczywistością. Tym, którzy mają więcej szczęścia i trochę osobistej inwencji, zostają zwrócone chociaż pieniądze za miejscówkę, a stanowi ona często około 20% ceny za przejazd.

Rzecznik prasowy PKP InterCity - Adrianna Chibowska często bezradnie rozkłada ręce. Młodziutka, niemal tuż po studiach pani rzecznik unika kontaktów mailowych i telefonicznych. Gdy zaś przychodzi jej stanąć twarzą w twarz z dociekliwym dziennikarzem bądź zirytowanym pasażerem plącze się w swoich wypowiedziach tworząc dość niespójne formy. Za każdym razem stara się jednak obdarzyć swojego rozmówcę choć nutką optymizmu, mówiąc chociażby o chwilowych brakach taborowych, niezależnych od spółki awariach bądź modernizacjach wagonów, które mają nastąpić w ciągu najbliższych kilku miesięcy.

Sytuacja w spółce miała się ku lepszemu "za czasów" Jacka Prześlugi. Były prezes, niezwykle krótko lecz intensywnie pełniący swoją ówczesną funkcję, wyprowadził InterCity na prostą. Za jego kadencji odniesiono po raz pierwszy zysk finansowy oraz przede wszystkim - stworzono solidny wizerunek i wypracowano reputację spółki. Na szeroko pojęty zysk miała wpływ też kompetencja reszty zarządu - m.in. Anny Rosiek - rzecznika prasowego.

Po wyborze nowej kadry z Czesławem Warsewiczem na czele, InterCity spoczywa na laurach jedynie po utworzeniu warszawskiej Strefy VIP, nowych Centrach Obsługi Klienta i wakacyjnych promocjach - niekoniecznie superatrakcyjnych. Przewoźnik kieruje się zasadą "Pasażer to pieniądz" lekceważąc mimo to swoje źródło przychodu. Chybione w tym przypadku jest powiedzenie "Klient - nasz pan". A szkoda.

Główny "bohater" całego wywodu, nietrafiony wakacyjny hit, czyli pociąg IC "Łebsko" ostatni raz wyruszy w trasę 2 września. Nie będzie to jednak dzień, w którym antyprodukty InterCity znikną z torów. Pozostanie przecież "Korfanty" z nieumytymi szybami, "Wysocki" bez klimatyzacji, "Opolanin" z ośmioosobowymi przedziałami, co w przypadku ekspresu nie powinno mieć miejsca oraz chociażby "Małopolska" z otwartym obiegiem nieczystości w toaletach. Jak widać jeszcze długo przyjdzie nam jeździć tym, co z teorii wydawać się może szybkie i luksusowe. Nadal będziemy płacić "grube" pieniądze za podróż składami niezgodnymi z tym, co mówi strona internetowa i informacja na dworcach. Po trupach do celu? Czemu nie? Warto jednak przy tym dostrzec, że przysłowiowy trup nie wsiądzie już więcej do tego samego pociągu...

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.