Facebook Google+ Twitter

Zapalony kibic w służbie zdrowia

Gdy startują jakiekolwiek mistrzostwa w piłce nożnej przeciętnego zdrowego mężczyznę ogarnia stan amoku. Interesują go tylko składy, wyniki, piękne akcje i efektowne gole. Do tego stopnia, że jest on gotów prawie umrzeć dla futbolu.

Samobójczy spalony
Na boisku Czesi toczą wyrównany bój z Turkami. Ja toczę walkę ze swoim żołądkiem, który stanowczo domaga się kolacji. Od obiadu nie miałem nic w ustach, tylko śledziłem w telewizji mecze i wszystko, co związane z Mistrzostwami Europy w piłce nożnej. Także teraz nie mogę oderwać się od telewizora.

Mecz toczy się w szybkim tempie. Ciekawe akcje, efektowne parady. Emocje sięgają zenitu, kiedy Turcy wyrównują stan meczu na 2:2, choć jeszcze chwilę temu to Czesi prowadzili 2:0. To jest ten moment, kiedy muszę szybko wrzucić coś na tzw. ruszt. Albo za chwilę opadnę z sił jak bramkarz Petr Czech, który leży na boisku załamany po swym fatalnym kiksie.

Wpadam błyskawiczne do kuchni, stawiam wodę na herbatę i z szybkością światła zaczynam przygotować kanapki. Ciągle jednak kątem oka zerkam w stronę telewizora w pokoju obok. Pod polem karnym Czechów znów robi się gorąco. Piłka mija dosłownie o kilka milimetrów ich bramkę. Nóż o kilka milimetrów mija moje palce w czasie krojenia cebuli. Rzut rożny, przepychanka w polu bramkowym i główka. Czech tym razem broni. Wrzucam kanapki na talerz, została jeszcze tylko herbata. Obracam się gwałtownie tyłem do kuchenki, sięgam po kubek i czuję, jak fala gorąca błyskawicznie ogarnia moje plecy. Komentator coś wykrzykuje podekscytowany. Turcy na spalonym? Tego nie jestem już w stanie zobaczyć. Chwila nieuwagi, zbyt duży płomień palnika, jeden fałszywy ruch a tył mojej koszulki zajmuje się ogniem. Zaczynam płonąć na plecach niczym żywa pochodnia. Przez ścianę słyszę, że sędzia jednak odgwizduje spalonego. Pewnie mojego. Z krzykiem rzucam się do łazienki pod prysznic, zanim na kolację będzie tylko jajecznica na przysmażonym boczku plus grzanki: Gore, goRE, GOOOL!

Czerwona kartka dla karetki
Pogotowie przy ulicy Traugutta we Wrocławiu to prawdziwa szkoła przetrwania dla cierpiącego pacjenta sponsorowanego przez NFZ. Tu spotyka się prawie wszystkich, którzy na terenie miasta łamią kończyny, krwawią z ran kłutych i ciętych oraz urywają sobie członki. Albo mają bóle wszelkiej maści, na które sami nie znaleźli skutecznej maści, bo nie stać ich na osobistego znachora domowego.

Tu trafiam i ja po szalonej jeździe taksówką. Pod numerem telefonu 999 nie obsługuje się przypadków zapalonych fanów piłkarskich. Pani po drugiej stronie słuchawki błyskotliwie doradza mi, że skoro nogi mam całe, to mogę sobie podejść na pogotowie. I przecież "przy okazji schłodzę się nieco" – słyszę zdumiony w słuchawce taką oto złotą myśl.
Jedno jest pewne. W izbie przyjęć na Traugutta można umrzeć z bólu zanim Cię obsłużą, ale za to nie da się umrzeć z nudów, obserwując jak jeden jedyny lekarz na wieczornym dyżurze próbuje rozładować korek z poszkodowanych. Czekam grzecznie w kolejce "innych wypadków" prawie godzinę, żeby dowiedzieć się w końcu, że moje poparzenie należało zgłosić na ostrym dyżurze w klinice na Skłodowskiej.

- Nic na to nie poradzę - lekarz bezradnie rozkłada ręce -– tak tu jest. Poza tym nie mam narzędzi i specjalistycznych bandaży - Nawet opatrunku mi nie założy.
W takiej chwili chciałoby się zerknąć na pasek wypłaty i zobaczyć, ile to co miesiąc potrącają na
składkę zdrowotną. Ile wyrzeczeń kosztuje nas taka przyjemność. Mógłbym wyciągnąć i pokazać panu doktorowi czerwoną kartkę, skoro moje czerwone plecy nie robią aż takiego wrażenia. Ale co by to dało?

Kontuzja, czyli jednak schodzę z boiska
Kiedy przybywam na ostry dyżur do szpitala klinicznego, wszystko wydaje się pozornie proste.
Oprócz jednej osoby nie ma nikogo innego. Wystarczy wejść do gabinetu zabiegowego, opatrzyć rany i wrócić do domu, żeby obejrzeć nocne skróty meczów. Niestety, mam dziś wyjątkowego pecha. Właśnie przywieźli jakąś ofiarę wypadku samochodowego, a razem z nią pobitego bezdomnego z dworca. Pojawia się policja, następuje spisywanie zeznań na korytarzu, dyskusje, ustalenia. Czekam kolejne pół godziny i mam ochotę wyć. Żeby nie oszaleć z bólu, staram się odwrócić swoją uwagę od grilla na moich plecach i przypominam sobie najciekawsze fragmenty z oglądanych meczy. Niestety przy okazji przypominam sobie występy naszej drużyny narodowej i czuję, że znów płonę. Ze wstydu.

Mijają ze dwie godziny, aż w końcu ktoś się łaskawie mną interesuje. Wreszcie ląduję na stole, dostaję jakiś zastrzyk oraz zakładają mi prowizoryczny opatrunek. Diagnoza nie pozostawia złudzeń. Kontuzja jest poważniejsza niż sądziłem. Oparzenie II stopnia, fragmenty syntetycznej koszulki "Made in China" wtopiły się aż pod naskórek. Trzeba będzie zrywać "starą tapetę". Zostaję wykluczony z gry na co najmniej miesiąc. Plan na najbliższe tygodnie przedstawia się następująco: szpital, wygodne łóżko, ekskluzywne wyżywienie i dobrze opłacane pielęgniarki, które nie uciekły za chlebem za granicę. Na razie dostaję pasiastą piżamę nie pierwszej młodości, robią mi zdjęcie rentgenowskie do kartoteki i ląduję na oddziale pod fachową opieką. Od chwili wypadku do tej długo oczekiwanej chwili ulgi mijają ponad 3 godziny. Całe szczęście, że nie urwało mi ręki w czasie miksowania bitej śmietany do gofrów.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

Jacek Skrajnowski
  • Jacek Skrajnowski
  • 01.03.2012 15:03

A ostatnio chyba bardziej się do tej sytuacji w szpitalach przykłada Ministerstwo Zdrowia. Aż strach się udać na pogotowie.

Komentarz został ukrytyrozwiń

I to niejeden prezes oraz liczni tfu-rcy reformy służby zdrowia na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Tak niestety jest w służbie zdrowia w czym wiele zasług ma prezes NFZ..

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.