Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

2546 miejsce

Zapiski kuracjusza

Notatki z pobytu w sanatorium "Nauczyciel" w Szczawnicy: zabiegi i wycieczki.

26.09.12. Środa
Do „Monciaka” wsiedliśmy w Gdańsku Wrzeszczu o godz. 18.30. Nasze miejsca do leżenia usytuowane były w ostatnim przedziale przed ubikacją, w dodatku na samej górze. Nic to jednak - ważne że można było swobodnie wyciągnąć nogi
i poleżeć. A jazda nie była krótka – do Nowego Targu dotarliśmy bowiem dziś o 9.54, czyli po ponad piętnastu godzinach podróży.
Tuż przed dworcem zaczepił nas
taksówkarz, który oferował nam podwiezienie do Szczawnicy
za jedyne 25 zł od osoby (przy czterech jadących). Spławiliśmy go i przespacerowaliśmy się w okolice dworca PKS, gdzie znaleźliśmy busa, którego kierowca nie dawał co prawda biletów, ale brał tylko siedem złotych od łebka. W niespełna 50 minut dojechaliśmy do Szczawnicy. Tu jednak musieliśmy skorzystać z taksówki, gdyż w przeciwnym razie czekałaby nas mozolna wspinaczka pod górę, w dodatku z pokaźnymi bagażami. Za podwiezienie do sanatorium „Nauczyciel” zapłaciliśmy 14 zł.
W recepcji dopełniliśmy formalności meldunkowych, płacąc od razu za cały pobyt (trzy tygodnie). Wyszło dość tanio, bo tylko 745 zł za dwie osoby plus opłata uzdrowiskowa w wysokości 126 zł. Niestety, pokój jaki otrzymaliśmy (na drugim piętrze) pozostawiał wiele do życzenia: brudne zacieki i rdzawe plamy w kabinie prysznicowej, obdrapane ściany, gruba warstwa kurzu na szafie i widok na podwórko z pryzmą węgla. Widać NFZ nie przewidział dla swoich pacjentów pokoi od słonecznej strony i z balkonami…
Procedury natury medycznej zaczęliśmy od wizyty u pielęgniarki na trzecim piętrze. Po wypisaniu odpowiednich formularzy stanęliśmy w kolejce do lekarza na pierwszym piętrze. Badanie lekarskie ograniczyło się do pytania o zażywane leki i przebyte operacje. Aha, doktor Tadeusz Tajstra zapytał jeszcze, w którym miejscu najbardziej boli mnie kręgosłup. Następnie wypisał zabiegi, jakim będę poddawany w czasie kuracji. Z ich listą znowu trafiłem do pokoju pielęgniarek. Tu dowiedziałem się, że do wieczora otrzymam szczegółowy harmonogram. Tak też się stało.
Obiad (serwowany o trzynastej) składał się z zupy pomidorowej, ziemniaków, kawałka pieczeni i surówki z selera. Można było też
otrzymać dokładkę zupy, więc
nikt głodny
nie powinien raczej być.
Po obiedzie udaliśmy się na krótki spacer po Szczawnicy. Miasto robi bardzo pozytywne wrażenie. Ceny wydają się być stosunkowo niskie, np. mały oscypek kosztuje 1,20 zł, a nieco większy 1,50. Kapcie można nabyć za 10 zł. Na picie wód leczniczych w pijalni przy pl. Dietla otrzymujemy specjalne karty (za kaucją w wysokości 10 zł). Pijemy wodę Stefan, po czym powoli ponownie wspinamy się na Połoniny 14, gdzie mieści się nasze sanatorium.
Na kolację (17.45.) zaserwowano po dwie małe parówki drobiowe, plasterek sera, odrobinę masła, herbatę i 100 gram chleba. Tu już nie zaryzykowałbym twierdzenia, że każdy się mógł najeść…

27.09.12. Czwartek
Śniadanie w „Nauczycielu” serwowane jest o ósmej. Każdy kuracjusz przypisany jest do konkretnego stolika, przy którym będzie spożywać posiłki przez cały turnus. Nam przypadł stolik numer sześć, który dzielimy z dwoma starszymi panami. W wazie czeka już zupa mleczna z ryżem, a w dzbanku wrzątek do zaparzania herbaty. Na tacce przydział składników śniadaniowych zgodny z opisem przedstawionym w jadłospisie.
O wpół do dziewiątej miałem planowaną kąpiel solankową. Niestety, na te samą godzinę rozpisano także inne osoby. Jedna z nich, przebojowa sześćdziesięciolatka, weszła przede mną, mimo iż przyszedłem pierwszy.
- Grafik się trochę zdublował. To potrwa tylko trzy dni – wyjaśniła mi pani obsługująca ten rodzaj zabiegów.
Kąpiel trwa 15 minut, więc nie czekałem długo. Wskoczyłem do wanny napełnionej wodą o temperaturze 37o C, do której pielęgniarka dosypała kilka garści soli bocheńskiej, po czym przez kwadrans moczyłem się w stygnącej z wolna wodzie. Pewnie mojemu kręgosłupowi niewiele to pomoże, ale pomoczyć się na pewno nie zaszkodzi.
Kolejny zabieg to ultraton. Tym razem zostałem przyjęty 10 minut przed wyznaczonym czasem. Pracownica posmarowała mi plecy jakąś mazią, po czym przez 5 minut masowała je przy pomocy urządzenia emitującego ultradźwięki.
Na dzisiaj miałem jeszcze rozpisaną gimnastykę. Zajęcia odbywały się w grupie, a prowadziła je młoda, dobrze zbudowana i zarazem sympatyczna instruktorka. Ćwiczenia były łatwe i trwały niespełna 20 minut.
Po obiedzie zebranie informacyjne. Prowadził je dyrektor sanatorium, Henryk Tokarski. Przedstawił
nam zarys regulaminu ze szczególnym uwzględnieniem zakazu palenia i apelował o umiarkowane używanie napojów rozweselających. Dowiedzieliśmy się też, że stawka żywieniowa, czyli tak zwany wsad do kotła, wynosi 11 zł dziennie
oczywiście w przeliczeniu na jednego kuracjusza.
Dyrektor dawał do zrozumienia, że nasze skromne opłaty i dofinansowanie z NFZ nie jest wystarczające dla funkcjonowania sanatorium z lepszym standardem.
Po południu odbyliśmy krótki spacer do Pijalni Wód Mineralnych z przewodnikiem. Andrzej Dziedzina Wiwer bardzo ciekawie opowiadał o historii i zabytkach Szczawnicy. Z uzdrowiskiem jest on związany zawodowo od trzydziestu lat, więc jego wiedza jest ogromna, zresztą nie tylko na temat Szczawnicy. Pasjonują go bowiem zarówno góry, jak i gwara pienińska, w której pisze także wiersze. Pokazywał nam między innymi gruszę wierzbo listną, czerwone owoce na starym cisie, dawny dom Sławy Przybylskiej, odbudowany Dworzec Gościnny, w którym przed pożarem występowała m,in. Helena Modrzejewska oraz widoczny ze Szczawnicy fragment Trzech Koron.

28.09.12. Piątek
Dzisiejsze zabiegi zostały wzbogacone o masaż pleców. Nie powiem, że mam jakieś zastrzeżenia do masażysty. Wprost przeciwnie, uważam, że przykładał się solidnie do swojej pracy. W skrytości ducha liczyłem jednak na to, iż trafię w ręce masażystki…
Po zabiegach spacer na Bereśnik. Do samego szczytu jednak nie docieramy. Dochodzimy wszakże na tyle wysoko, żeby sponad szczytów Pienin dostrzec zarysy Tatr. Pogoda jest wyśmienita. W nocy padał co prawda deszcz – bardzo potrzebny zresztą, gdyż w wyniku suszy Grajcarek
praktycznie można przejść w niektórych miejscach suchą stopą – ale od rana pięknie świeci słońce.
Po obiedzie przedstawiciele firmy Ecovital zapraszają nas na warsztaty kulinarne. Od razu domyślam się, że pod tym pojęciem kryje się prezentacja garnków i patelni. Nie daję się skusić darmowymi gadżetami typu okulary słoneczne. Wolę aktywnie spędzić popołudnie.
Schodzę do centrum Szczawnicy i wypożyczam rower przy stacji kolejki na Palenicę. Za godzinę użytkowania
jednośladu płaci się tutaj 4 zł. W innej wypożyczalni, obok pijalni wód, cena taka obowiązuje tylko za pierwszą godzinę, a za kolejne 3 zł, ale akurat dzisiaj wszystkie rowery były już wypożyczone.
Przejeżdżam kładką na lewy brzeg Grajcarka i jadę wzdłuż jego brzegu porządnie wykonaną ścieżką rowerową.
Po przejechaniu
nieco ponad kilometra docieram do ujścia Grajcarka do Dunajca. Tutaj skręcam w lewo i obok przystani Szczawnica, gdzie kończą się spływy tratwami, jadę czerwonym szlakiem w kierunku Słowacji. Za postojem dorożek, już po słowackiej stronie, ścieżka rowerowa zmienia się w żwirowo-piaszczystą dróżkę. Jedzie się jednak nią bardzo wygodnie. Na całej trasie do Czerwonego Klasztoru, który jest celem mojej wycieczki, praktycznie jest płasko, poza jednym większym podjazdem, który jest zresztą łatwy do pokonania dla każdego jako tako przygotowanego rowerzysty.
Ścieżka przez cały czas biegnie wzdłuż Dunajca. Po drodze spotykam mnóstwo tratw płynących z przeciwka. Jesienny krajobraz Pienin jest wspaniały. Chwilami nie wiem czy jechać i pożerać wzrokiem różnobarwne, cudowne widoki, czy zatrzymywać się i pstrykać fotki. Ze ścieżki doskonale widać Sokolicę i Trzy Korony, nie licząc mniej znanych szczytów.
Do Czerwonego Klasztoru docieram ostatecznie po ponad godzinie jazdy. Nie zwiedzam tutejszego muzeum. Sam budynek dawnego klasztoru nie sprawia na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia. O wiele bardziej pasjonują mnie widoki z kładki nad Dunajcem, która łączy Czerwony Klasztor ze Sromowcami Niżnymi po polskiej stronie.
Droga powrotna zajmuje mi już tylko 40 minut, mimo iż po drodze mijam wiele grup turystów, którzy idą często całą szerokości niezbyt szerokiej ścieżki. Z prawej strony jest ona osłonięta stromymi zboczami gór, ale z lewej jest tylko Dunajec, nad którym nie ma żadnych barierek.

29.09.12. Sobota
Z zajęć obowiązkowych dzisiaj tylko kąpiel solankowa i gimnastyka – ta ostatnia na tarasie czwartego piętra sanatorium. Pogoda była wyśmienita, więc i widoki zapierały dech w piersiach. Zaraz po gimnastyce odbyliśmy spacer wzdłuż doliny nad Grajcarkiem, aż do Dunajca.
Trwał on na tyle długo, że ledwo zdążyliśmy na obiad.
Po obiedzie pojechaliśmy na wycieczkę do rezerwatu Biała Woda. Śladami byłych mieszkańców tej nieistniejącej już wioski oprowadzał nas, wspomniany już wcześniej, przewodnik Andrzej Dziedzina Wiwer. Tym razem dzielił się z nami nie tylko wiedzą etnograficzną i historyczną, ale także tą z zakresu biologii i geologii. Pokazał nam też swego rodzaju ciekawostkę regionalną, czyli dom należący do znanego skrzypka. Pewnie każdy o nim słyszał – nazywa się Nigel Kennedy. W Muzycznej Owczarni w Jaworkach często zresztą koncertuje.
W sąsiedniej Szlachtowej zwiedziliśmy kościół, który dawniej należał do
mieszkających tu greko-katolików. Obecnie jest to świątynia rzymsko-katolicka, a jej proboszcz, Józef Włodarczyk, słynie – według naszego przewodnika - z dużej zapobiegliwości i gospodarności. Mówiąc potocznie – jest to człowiek do tańca i do różańca. Podobno kiedyś podczas mszy nie wygłosił kazania, gdyż – jak powiedział – poprzedniego dnia miał w Tarnowie spotkanie byłych seminarzystów. „Głowa trochę boli, więc mógłbym wam głupstw naopowiadać” – tłumaczył parafianom powody niedyspozycji. Myślę, że górale zrozumieli to bez trudu.
Wieczorem odbyło się ognisko. Przed budynkiem sanatorium, wokół betonowego kręgu, zebrało się kilkadziesiąt osób. Po zjedzeniu tradycyjnych kiełbasek, pieczonych nad ogniem i zapiciu ich stosownymi napojami, wysłuchaliśmy „koncertu” miejscowego grajka. Sympatyczny staruszek zagrał na akordeonie wiązankę popularnych piosenek biesiadnych. O ile samo granie jakoś mu wychodziło, o
tyle zupełnie niepotrzebnie bawił się w wokalistę. Jego głos nie był już niestety, pierwszej ani drugiej świeżości. Mimo to podobała mi się atmosfera ogniska. Od wczesnej młodości mam sentyment do takich imprez.
Nie wykluczam, że pozytywny wpływ na mój dobry nastrój miała stara dobra szkocka whisky, wypita oczywiście w ramach rozgrzewki. Z biegiem czasu atmosfera stawała się coraz bardziej swobodna, czego przykładem były niektóre dowcipy. Oto
jeden z nich, w wykonaniu naszego akordeonisty.
- Jakiego koloru jest macica? – zapytał.
- Nie wiem – odpowiedział któryś z obecnych.
- Bardzo przepraszam – powiedział grajek
- ale to wie każdy ch.., a pan nie wie?

30.09.12. Niedziela
Na śniadanie zeszliśmy dziś nieco wcześniej, gdyż czekał nas całodzienny wyjazd na Słowację i na Węgry. Dlatego też zafasowaliśmy zamiast obiadu i kolacji suchy prowiant. Z naszego sanatorium na tę wycieczkę jechało tylko sześć osób, jednak przed Pienińskim Centrum Turystyki, gdzie czekał autokar, zebrała się całkiem pokaźna grupa.
Rano było pochmurno i mgliście, więc nie mogliśmy zobaczyć wielu mijanych po drodze szczytów gór. Ich wierzchołki szczelnie pokrywała bowiem
gęsta pierzyna
chmur. Kiedy jednak dojechaliśmy do Koszyc aura była już diametralnie inna. Tutaj było ciepło i słonecznie. Na zwiedzanie miasta mieliśmy zaledwie półtorej godziny. W tak krótkim czasie niewiele można zobaczyć. Ograniczyliśmy się więc do spaceru po głównym deptaku, przy którym znajduje się między innymi teatr, kilka fontann, kolumna morowa, mnóstwo cukierni i katedra św. Elżbiety. Do wnętrza tej ostatniej weszliśmy na kilka minut, ale z powodu remontu mogliśmy obejrzeć tylko główną nawę.
Pilotka zachwalała nam tutejsze cukiernie, twierdząc, iż jest w nich tanio i niezwykle smacznie. Weszliśmy więc do jednej z nich, a konkretnie do Aidy. Zamówiliśmy po kawałku tortu wiśniowego, a żona dodatkowo wzięła lody owocowe. Faktycznie, ceny nie były wysokie, gdyż za tort płaciliśmy 0,80 euro, a za lody tylko 0,40. Co do smaku, to tort rzeczywiście był dobry, natomiast lody, wg mojej żony, są znacznie lepsze w Szczawnicy.
Około drugiej po południu byliśmy już w Miszkolcu. Zatrzymaliśmy się przy Auchan. Skorzystaliśmy zatem z okazji, aby nabyć nieco węgierskiej specjalności, czyli tokaja.
Na półkach stoi mnóstwo odmian tego wina. Rozpiętość cen też jest znaczna. Laikowi trudno zdecydować się na konkretny zakup, ale ostatecznie bierzemy na chybił trafił Szamorodni za 1079 forintów, Hars Feledes za 449 i Furmint za 599.
Przed piętnastą docieramy do dzielnicy Miszkolca o nazwie Tapolca, która jest głównym celem naszej podróży
na Węgry. Znajdują się tutaj baseny termalne, które przyciągają mnóstwo osób z wielu krajów. Sam widziałem tu dzisiaj wielu Rosjan i Japończyków, o Polakach i Węgrach nie wspominając.
Biuro turystyczne trochę na nas zaoszczędziło, gdyż zakupiło nam bilety last minut, które są ważne tylko 3 godziny .i kosztują 1550 forintów. Tymczasem za 2350 forintów można wygrzewać się w ciepłych wodach nawet przez cały dzień.
Kąpielisko termalne w jaskini i naturalne bicze wodne to atrakcje rzadko spotykane gdzie indziej. Warto więc było spędzić kilka godzin w autokarze, żeby móc tutaj zrelaksować się.
Do Szczawnicy wróciliśmy kwadrans po dwudziestej drugiej. Drogę do sanatorium oświetlał nam księżyc w pełni.

01.10.12. Poniedziałek
W życiu kuracjusza nie ma czasu na nudę. Ciągle coś się dzieje i nie mówię tu wyłącznie o zabiegach leczniczych, bo te kończą się zwykle na długo przed obiadem. Potem przeciętny kuracjusz
z sanatorium „Nauczyciel” wybiera się na spacer do Pijalni Wód Mineralnych, a stąd – zależnie od preferencji – udaje się do centrum Szczawnicy, wędruje po górskich ścieżkach albo siedzi przy kawie lub innym napoju w którejś z licznych kafejek. Ja osobiście wybieram się jeszcze w pewne miejsce po zapas jabłek, które codziennie obficie spadają z
kilku jabłoni. A szkoda byłoby przecież, gdyby zgniły…
Po obiedzie mieliśmy zamiar jechać na wycieczkę do Wąwozu Szopczańskiego. Z powodu małej liczby chętnych została ona jednak odwołana. Skorzystaliśmy zatem z zaproszenia firmy Biomed-Centrum do udziału w spotkaniu pod hasłem „Jak leczyć się skutecznie, by wygrać z bólem i chorobą, bez skutków ubocznych”. Z zaproszenia wynikało, że dowiemy się o „gwarantowanych metodach
leczenia: schorzeń reumatycznych, stanów zapalnych, zwyrodnienia kręgosłupa, nadciśnienia, migrenowych bólów głowy, owrzodzenia podudzi, alergii i chorób skórnych”. Dodatkowo firma gwarantowała dla trzech pierwszych par małżeńskich komplet pościeli, dla kolejnych zaś termometry elektroniczne. Pozostali uczestnicy mieli otrzymać po paczce kawy lub torby ekologiczne.
W praktyce prezentacja dotyczyła działania polaryzatora biostymulacyjnego BIOV2. Jego
działanie jest oparte na emitowaniu spolaryzowanego światła. Osobiście poddałem się jego działaniu, chcąc sprawdzić czy złagodzi ból w moim naderwanym przyczepie ścięgna. Mimo trzymania urządzenia przy łokciu przez ok. 10 minut nie zauważyłem żadnej poprawy. Prowadzący spotkanie zasugerował mi, że pozytywny skutek może być odczuwalny dopiero po serii naświetleń. Poza tym radził usztywnić rękę. Nie był tez zachwycony faktem, iż robiłem zdjęcia. „Będę na Facebooku czy w TVN 24? – dopytywał.
Cena polaryzatora na spotkaniu wynosiła 2300 zł. Na stronie firmy kosztuje on 3940 zł. Wydaje się więc, że oferta jest atrakcyjna. Sęk w tym, że nie jestem przekonany co do rewelacyjnych ponoć właściwości fototerapii. Kto chce, niech kupuje…
Chętnych do wyciągania pieniędzy od kuracjuszy jest znacznie więcej. Niemal codziennie w korytarzu przed drzwiami stołówki rozkłada się jakaś handlarka
ze stosem marnie wyglądających ciuchów. Swoje usługi poleca też masażystka, ale potentatem jest tu Pienińskie Centrum Turystyki, które na każdy dzień proponuje jakąś wycieczkę.
Obiektywnie muszę jednak przyznać, że dyrekcja sanatorium wpuszcza na jego teren nie tylko handlarzy. Zaprasza bowiem także, co jest godne pochwały, ciekawych ludzi. Takim człowiekiem jest niewątpliwie Andrzej Dziedzina-Wiwer, z którym mieliśmy okazje spotkać się po raz trzeci. Tym razem
opowiadał nam nie tylko o ulubionych Pieninach, ale też
zaprezentował elementy stroju góralskiego oraz próbki swojej bogatej twórczości poetyckiej. Prawie trzygodzinne spotkanie upłynęło bardzo szybko i nie sądzę, aby kogoś znudziły interesujące opowieści pana Andrzeja. Widać, że jest to człowiek z pasją, który nie liczy czasu i nie patrzy na to, ile zarobi.
Na koniec dowcip z repertuaru naszego gościa. Góral postanowił zafundować swojej żonie jakiś prezent z okazji 25 rocznicy ślubu. Pojechali więc
na Krupówki do Zakopanego. Żona stanęła przed jedną z wystaw i za nic
w świecie nie chciała iść dalej.
- Hanuś, na coś się tak zapatrzyła? – pyta góral.
- A bo wiesz, ja bym chciała, żebyś kupił mi te majtki – pokazała na wąskie figi.
- Ale przecież
ty masz dupę jak kombajn!
Hania strzeliła focha, jak mówią ceprzy, po czym małżeństwo wróciło do domu. Jednak wieczorem góralowi zebrało się na amory. Wtedy Hania go zastopowała: - Dla takiej jednej marnej słomki nie będę uruchamiać całego kombajnu.

02.10.12. Wtorek
Pogoda troszkę się zepsuła, więc przed obiadem poszliśmy tylko do pijalni wód oraz na godzinny spacer na drugą stronę Grajcarka. Z perspektywy Zawodzia po raz pierwszy oglądaliśmy panoramę Szczawnicy, w tym widoczną pod lasem brzydką bryłę naszego sanatorium „Nauczyciel”.
Tym razem na poobiednie spotkanie namawiał nas przedstawiciel firmy Schumann Brand. Nie mieliśmy jednak ochoty siedzieć w świetlicy i podziwiać marketingowych chwytów sprzedawcy stalowych garnków. Wybraliśmy wycieczkę. Byłby to zapewne dobry wybór, gdybyśmy zorganizowali ją sobie na własną rękę. My jednak wykupiliśmy ją we wspominanym już
Pienińskim Centrum Turystyki. Może jednak po kolei…
Zapłaciliśmy po 14 zł od osoby. Przed biurem PCT zebrało się nas około sześćdziesięciu osób. Przewodniczka Barbara Szela (ta sama, która była z nami w Miszkolcu) zaprowadziła nas do stacji kolejki linowej (ok. 300 metrów), po czym poleciła nam zakupić bilety. Za wjazd na Palenicę bilet normalny kosztuje 9 zł, jednak w przypadku grupy cena spada do 7 zł. Po wjechaniu na górę, na przełęczy między Palenicą a Szafranówką, przewodniczka pokazała nam majaczące w chmurach czubki Trzech Koron oraz nieco lepiej widoczną Sokolicę. Wskazała też palcem Krościenko i panoramę Szczawnicy. Znacznie więcej czasu zajęło jej namawianie nas do pozowania fotografowi, który nam towarzyszył od początku (na wycieczce do Białej Wody też był, ale p. Andrzejowi Dziedzinie – Wiwrowi nawet do głowy nie przyszło, żeby reklamować jego usługi). Tymczasem pani Szela robiła to non stop. Żeby było jasne - nie mam nic przeciwko obecności fotografa na wycieczce. Jednak namolne, wręcz natrętne przypominanie o ustawianiu się do zdjęcia, nie jest dobrą wizytówką dla przewodnika, który chce uchodzić za profesjonalistę. Przez liczne niby sesje straciliśmy sporo czasu, a przecież nie za to płaciliśmy.
Idąc szlakiem z widokiem na Bystrzyk doszliśmy do Leśnicy. Nie zwiedzaliśmy jednak tej wsi, tylko jej skrajem przeszliśmy w kierunku Dunajca. Zanim tam jednak doszliśmy, zatrzymaliśmy się na godzinny postój w Pienińskiej Chacie. Niektórzy z nas zrobili zakupy w tutejszym sklepie (piwo Kozel 0,75 euro, Golden Slivka 6,30 euro). Zaskoczył mnie nieco sposób pakowania butelek przez ekspedientkę – po prostu zawijała je w gazetę. A propos niecodziennych widoków na Słowacji, to nieco wcześniej widziałem furmankę z gnojem, której nie ciągnął koń, lecz… samochód osobowy.
Z Pienińskiej Chaty udaliśmy się spacerkiem w kierunku przystani flisackiej w Szczawnicy. Stąd do biura PCT (ok. 2 km) miał nas zawieźć autokar. Nie bardzo nas to zachwycało, gdyż spod siedziby PCT do naszego sanatorium jest jeszcze kawał drogi. W ogóle zastanawiam się, za co właściwie płaciliśmy po te 14 zł. Zakładając, że było nas 60, to zebrało się 840 zł. Nie sądzę, żeby przewodniczka otrzymała za 4 godziny pracy więcej niż 200 zł. Tak czy owak, nasza grupa (z sanatorium „Nauczyciel”) w składzie piętnastu osób złożyła się po 2 złote i wynajęła bus, który podwiózł nas pod same drzwi.

03.10.12. Środa
Rozpoczyna się drugi tydzień naszego pobytu w sanatorium. Wiemy już doskonale, jak poruszać się po Szczawnicy, bez kłopotu trafiamy do właściwych gabinetów zabiegowych, a nawet potrafimy załatwiać sobie zmianę niektórych zabiegów na te bardziej nam pasujące. Widzimy też, że powszechne opinie o tym, że większość kuracjuszy stara się
poddawać zabiegom o typowo rozrywkowym charakterze, są zgodne z prawdą. W „Nauczycielu” nie ma co prawda baru ani wieczorków tanecznych, ale w sąsiednich sanatoriach, tudzież lokalach gastronomicznych, owszem, są. Czasami tylko, tak jak dziś w „Malinowej”, imprezy bywają odwoływane.
Po obiedzie pojechaliśmy na wycieczkę do Czorsztyna. Tym razem naszym przewodnikiem był wielokrotnie już przeze mnie wspominany, zawsze w dobrym kontekście, Andrzej Dziedzina-Wiwer. Stanowi on doskonały przykład tego, jak powinien zachowywać się rasowy przewodnik.
Wracam tu do wczorajszej historii z fotografem. Otóż pan Paweł Zachwieja towarzyszył nam również dzisiaj, ale tym razem sam musiał dbać o swoje interesy. Pan Andrzej ani razu nie wspomniał o jego obecności. Za to każdą minutę poświęcał na przybliżenie nam historycznych, geograficznych i etnograficznych aspektów zwiedzanego obiektu, w tym wypadku pozostałości zamku czorsztyńskiego. Tu ciekawostka: na jednej z tablic dokumentujących historię zamku znajduje się wiersz naszego cicerone pt. „Na Ciorstynie” (w gwarze pienińskiej). Pana Andrzej przeczytał nam go zresztą osobiście. Może ktoś zapyta, dlaczego tak wychwalam tego przewodnika? Ano dlatego, że lubię ludzi, którzy podchodzą do swojej
pracy z pasją, a nie traktują jej jak zło konieczne.
Po zwiedzeniu ruin (nieco zrekonstruowanych) zamku w Czorsztynie pojechaliśmy do Krościenka. Tutaj, w pawilonie Pienińskiego Parku Narodowego, obejrzeliśmy wystawę przyrodniczą. Nie powinienem właściwie dodawać, że poszczególne eksponaty
w przystępny, a zarazem fachowy sposób
dokładnie przybliżał nam pan Andrzej.
Po kolacji zostaliśmy zaproszeni na pokaz firmy Medical-Partner. Chodziło o prezentację kolejnego „cudownego” urządzenia – waham się, czy użyć określenia – prozdrowotnego, czyli Vioforu. Jednakże kuracjusze chyba poczuli już przesyt kolejnymi pokazami, gdyż na świetlicy zebrało się tylko siedem osób. W tej sytuacji prezenter odwołał prezentację, twierdząc, że firma zwraca mu pieniądze za wynajem sali tylko wówczas, gdy obecnych jest przynajmniej dziesięć osób. Mimo to wręczył nam obiecane upominki, czyli torebki z drobinkami bursztynu na nalewkę oraz bransoletki z hematytu (dla małżeństw).
W holu przed stołówką tym razem oferowano łańcuszki, wisiorki, bransoletki i tym podobne drobiazgi. Specjalnego zainteresowania kuracjuszy
nie zauważyłem. Moja żona chciała co prawda kupić zegarek, ale okazało się, że jest zepsuty, a i innego egzemplarza nie było…

04.10.12. Czwartek
Kontrolne badanie lekarskie Gabinet
zastępcy dyrektora do spraw lecznictwa. Sympatyczny staruszek (wspomniany już Tadeusz Tajstra) pyta: „Co słychać?” Odpowiadam więc standardowo i równie zdawkowo: „W porządku”, na co lekarz, wyraźnie zadowolony, oznajmia:
- To dobrze, że w porządku. Ma pan trochę więcej zabiegów niż wynosi minimum, ale nie będziemy nic ujmować, bo kto daje i odbiera…
- …ten się w piekle poniewiera – kończę popularne powiedzonko.
Lekarz podpisuje się na mojej karcie informacyjnej i na tym badanie się kończy. Obowiązek spełniony…
Co innego gimnastyka. Tutaj prowadząca zajęcia pani Ania nie markuje pracy. Pokazuje poszczególne ćwiczenia i sama je sumiennie wykonuje wraz z kuracjuszami. Nie zapomina przy tym o miłym uśmiechu.
Nadal utrzymuje się ładna pogoda, a okoliczne góry i lasy nabierają uroku w promieniach jesiennego słońca. Dzisiaj mieliśmy okazję podziwiać między innymi słynny wąwóz Homole. Wycieczka do Jaworek na których terenie znajduje się ta największa przyrodnicza atrakcja Pienin, zgromadziła tylu uczestników, że nie wystarczył autokar do ich zabrania. Dodatkowo pojechał więc jeszcze bus. W związku z tym była też druga przewodniczka, notabene bardzo sympatyczna. Niestety, nie znam jej nazwiska, gdyż jechałem w autokarze z panią Szelą, która jak zawsze robiła
reklamę sąsiadującemu z PCT zakładowi fotograficznemu, reprezentowanemu przez jego właściciela, o którym już pisałem bodajże wczoraj.
Na terenie rezerwatu Kanion, którego częścią są Homole, przyłączyliśmy się z żoną do grupy, którą prowadziła ta druga przewodniczka. Dla orientacji: młoda, urocza brunetka, ale mężatka…
Dnem wąwozu, którego długość wynosi zaledwie 800 metrów, szliśmy blisko godzinę, co pewien czas zatrzymując się, aby wysłuchać ciekawostek opowiadanych przez przewodniczkę, a przede wszystkim – żeby uwiecznić strome ściany wąwozu, skaliste dno potoku Kamionka, czy też płaskie skały zwane Kamiennymi Księgami. Te ostatnie znajdują się już poza samym wąwozem, na Dubantowskiej Polanie, na którą z dna jaru prowadzi dość strome i śliskie podejście.
Kolejną godzinę spędziliśmy na Bukowinkach. Znajduje się tutaj
szałas (w rzeczywistości lokal gastronomiczny) o tej samej nazwie oraz bacówka. W tym pierwszym za piwo Lech czy Żubr trzeba zapłacić 6,50 zł, a w tej drugiej można za darmo napić się… żętycy. Nie sprawdzałem, ale żona twierdzi, że jest bardzo smaczna. O tym, że zastaliśmy tam kierdel owiec nie warto wspominać, bo na tym terenie jest to powszechne zjawisko.
Z Bukowinek można zjechać do Jaworek kolejką linową. Część uczestników naszej wycieczki zdecydowała się na taką opcję, jednak zdecydowana większość, w tym my, wybrała piesze zejście po stoku. Przy okazji po raz kolejny zobaczyliśmy, tym razem z góry, dom należący do Nigela Kennedy’ego.

05.10.12. Piątek
W jednej z pierwszych notatek o sanatorium „Nauczyciel” wyraziłem obawę, że niektórymi posiłkami nie można się najeść. Myliłem się jednak. Jak się bowiem później okazało, bez problemu można otrzymać nie tylko dolewkę zupy, ale także dowolną ilość chleba. Poza tym posiłki są urozmaicone i smaczne. Wobec tego tylko wyjątkowy maruda może narzekać na wyżywienie.
W sanatorium funkcjonuje biblioteka z dość pokaźnym księgozbiorem. Nie ma tu co prawda nowości wydawniczych, ale przecież pozycje wydane np. przed dziesięcioma laty, często nadal są na topie. Książka to nie gazeta i nie dezaktualizuje się z dnia na dzień. Właśnie wypożyczyłem kilka tomów prozy Janusza Głowackiego, w tym zbiór opowiadań „Tego się nie tańczy”, który teraz czytam.
Kolejny raz wybrałem się na rowerową przejażdżkę do Słowacji. Tym razem pojechałem w kierunku Wielkiego Lipnika. Droga do Leśnicy, którą parę dni temu pokonywałem pieszo, była płaska jak stół, no może z wyjątkiem łagodnego podjazdu tuż pod samą wsią. Prawdziwie stromy podjazd zaczął się zaraz po minięciu wschodnich opłotków Lesnicy. Stosowny znak informował, że czeka mnie trasa o nachyleniu 12%. Jednakże odcinek, który obejmowałem wzrokiem, wydawał mi się być krótki. Nie wiedziałem tylko, że za zakrętem czekają mnie jeszcze kolejne dwa
strome podjazdy. W pewnym momencie poczułem, że nie dam rady jechać dalej bez wyregulowania oddechu. Zatrzymałem się więc na kilka minut, wykorzystując ten czas na zrobienie kilku fotek. Krajobraz, który rozciągał się przede mną był naprawdę godny uwagi: w dole zabudowania Leśnicy, dalej Bystrzyk, a jeszcze dalej Trzy Korony, a od północy Wysoki Wierch.
Wreszcie dotarłem na Przełęcz pod Tokornią (Lesnicke Sedlo), czyli 720 metrów nad poziom morza. Dla orientacji: Szczawnica jest usytuowana na wysokości
431 metrów n.p.m. Przewyższenie wynosi zatem prawie 290 metrów. Z przełęczy rozciąga się widok na Wielki Lipnik i okoliczne szczyty. Uwagę zwraca duża ilość paneli
do wytwarzania energii ze słońca na jednym zboczu, a kierdel owiec na drugim. Nowoczesność i tradycja w symbiozie.
Droga powrotna to nieustanny zjazd
z ostrymi zakrętami, na których trzeba było używać hamulców. W Leśnicy zatrzymałem się przed miejscowym sklepem sieci Coop Jednota.
Tutaj piwo jest znacznie tańsze niż w pobliskiej Chacie Pienińskiej, do której
zaprowadziła nas trzy dni temu przewodniczka. Przykładowo Zlaty Bażant kosztuje – 0,60 Smadny Mnich – 0,42, a Kelt tylko 0,39 euro. Takiej okazji nie mogłem oczywiście przegapić…

06.10.12. Sobota
W sanatorium od rana nie działa Internet. Panie z recepcji tłumaczą, że to wina Neostrady. Ciekawe, jak długo potrwa taki stan rzeczy…
Ponownie pojechałem rowerem do Leśnicy. Tym razem była to jednak super lajtowa przejażdżka, gdyż
towarzyszyła mi żona, a ona – niestety – nie ma zwyczaju
mocno naciskać na pedały.
Rozszerzył się też trochę asortyment
artykułów, jakie nabyliśmy w słowackim sklepie. Do mojego Zlatego Bażanta dołączył bowiem oscypek,
nazywany tutaj „ostiepok”.
Po południu, korzystając z ostatniego prawdopodobnie upalnego dnia w tym roku, wybrałem się
na pieszy spacer do Krościenka, około sześciu kilometrów w jedną stronę.
Od wysepki (Skała Kotuńka) z sylwetką górala witającego gości trasa wiedzie wygodnym chodnikiem, tylko gdzieniegdzie znaczonym śladami zostawionymi przez owce, wzdłuż doliny Dunajca. W Krościenku, po przejściu przez masywny most, zwiedziłem najpierw rynek i kościół pw. Wszystkich Świętych z XIV wieku. Następnie doszedłem do nowego kościoła. Kończyła się tu właśnie ceremonia ślubna jakiejś pary. Na zewnątrz na nowożeńców, orkiestrę i świadków czekały dorożki. Poczekałem więc i ja, żeby zobaczyć, jak na góralskich weselach wyglądają tzw. bramy.
Na krótkiej trasie z kościoła do remizy strażackiej (młodzi pojechali najpierw, zgodnie z tutejszą tradycją na rynek) było ich przynajmniej cztery. Najbardziej podobała mi się ta złożona z dwóch samochodów firmy ochroniarskiej, które połączono plecionym z iglastych gałązek łańcuchem. Przed nim stało dwóch górali w serdakach i kapeluszach z kostkami. Jeden z nich grał na akordeonie, a drugi śpiewał.
Za „muzyczne” życzenia dostali 4 butelki wódki. Z kolei dzieci, które oprócz życzeń, popisywały się akrobatycznymi figurami, otrzymały solidny karton z różnymi ciastami. Były jeszcze rowery, jakiś gość na motocyklu krosowym, a także pojedynczy pijaczek z wiechciem kwiatów.
Wieczorem dałem się namówić na spotkanie reklamowe firmy „Złote Runo”. Pościel wełnianą sam sprzedawałem przed dwudziestu laty, więc byłem ciekaw, jak to teraz wygląda. Otóż przede wszystkim spotkanie było znacznie krótsze, a sama pościel dużo tańsza niż kiedyś. Zestaw pościeli można było nabyć za 990 zł, a do tego dochodził w prezencie koc. Jeżeli zaś ktoś zdecydowałby się na zakup kompletu z wełny wielbłądziej za 1990 zł, to otrzymałby dodatkowo zestaw z wełny owczej. Ot, same stare chwyty marketingowe. Co do upominków, to kiedyś uczestnicy pokazu otrzymywali po paczce kawy, dzisiaj natomiast przedstawiciel w/w firmy rozdawał zwykłe długopisy. Zainteresowanie kuracjuszy było zresztą marne, gdyż na pokaz przyszło tylko 14 osób.

07.10.12. Niedziela
Wycieczka na Słowację. W programie Jaskinia Bielańska, Jezioro Szczyrbskie oraz Kiezmark. Pogoda wyraźnie jesienna, ale nie pada zbyt mocno, gdy wyjeżdżamy ze Szczawnicy. Niestety, chmury zasłaniają większość pienińskich i tatrzańskich szczytów. Przewodnik Bogdan Siedlarczyk stara się zrekompensować nam kiepskie widoki mnóstwem informacji o mijanych terenach. Widać, że jest dobrze przygotowany, tak z geografii, jak i z historii regionu.
Wstęp do Jaskini Bielańskiej kosztuje 7 euro, natomiast o 3 euro więcej trzeba zapłacić za pozwolenie na robienie zdjęć. Osobiście wydaje mi się, że to gruba przesada. Pewnie nie tylko mnie, bo z około stuosobowej grupy takie pozwolenie wykupiło tylko trzy czy cztery osoby. Zanim jednak dojdzie się z parkingu do kasy trzeba przez 20 minut wspinać się stromą ścieżką. Wejście do jaskini znajduje się 890 m n.p.m. (szczyt Kobyli Wierch, w którego zboczu znajduje się jaskinia ma 1109 m n.p.m.). Zwiedzanie jaskini odbywa się ze słowackim przewodnikiem. Dla turystów z Polski informacje są puszczane z taśmy. Trasa zwiedzania poszczególnych korytarzy i komór (obliczona na ok. 70 minut) ciągnie się ostrymi zakosami w górę. Czasami idzie się betonowym chodnikiem, ale znacznie częściej trzeba wspinać się po schodach. Na szczęście w drodze powrotnej schodzi się już tylko w dół. Nie liczyłem, ale przewodnik wspomniał, że pokonuje się 860 stopni. Temperatura wewnątrz wynosi ok. 5 stopni C, a ze ścian jaskini sączy się woda, co w takich miejscach nie jest niczym dziwnym. Jaskinia ta jest
jedną z nielicznych udostępnionych turystom, a zarazem najpiękniejszych w Słowacji.
Szczyrbskie Jezioro to coś w rodzaju naszego Morskiego Oka, tylko mniejsze. Niestety, nie mogliśmy w pełni obejrzeć jego uroków, gdyż chmury zeszły bardzo nisko, a siąpiący z początku kapuśniaczek szybko zmienił się w regularny deszcz. Mimo to obeszliśmy wkoło to leżące na wysokości 1350 metrów n.p.m. jezioro w Tatrach Wysokich. W sąsiedztwie zauważyłem sztucznie zbudowaną skocznię narciarską oraz doskonale wkomponowany architektonicznie w krajobraz hotel Patria.
Również w Kiezmarku towarzyszył nam deszcz. Na domiar złego wejście na dziedziniec tutejszego zamku było zamknięte, więc mogliśmy tylko pospacerować wokół niego. W otaczającym zamek parku stoi na kamiennym postumencie czołg T 34 z wymalowaną białą farbą nazwą „Janosik”. Rynek Kiezmarku, a praktycznie deptak, był niemal całkowicie pusty. Może to wina pogody, a może po prostu Słowacy wolą siedzieć w niedzielne popołudnia w domach. Jeśli chodzi o turystów, to raczej trudno ich spotkać, gdyż jest już praktycznie po sezonie.
Nie wiem ile jest w Kiezmarku kościołów, ale tylko w okolicy rynku naliczyłem ich aż pięć, w tym dwa protestanckie, dwa katolickie oraz jeden należący do Adwentystów Dnia Siódmego. Ten ostatni sąsiaduje zresztą bezpośrednio z kościołem Paulinów (ładny ołtarz).
Wieczorem planowane było ognisko. Deszcz pokrzyżował te plany, ale nie do końca. Występ góralskich muzykantów odbył się bowiem w świetlicy, która znajduje się akurat na naszym piętrze (drugie). Tak więc mogliśmy posłuchać wiązanki miejscowych i nie tylko melodii bez wychodzenia z pokoju.

08.10.12. Poniedziałek
Od soboty boli mnie gardło. Prawdopodobnie jest to spowodowane piątkową wyprawą do Wielkiego Lipnika. Najpierw, jadąc pod górę, spociłem się, a podczas zjazdu w dół zostałem owiany chłodnym górskim powietrzem. Kupiłem w aptece jakieś pastylki do ssania, choć stojący obok gość radził mi „walnąć setę z pieprzem”.
Pogoda zmienna: trochę słońca, nieco deszczu i sporo chmur. Nie wybrałem się na dłuższą wycieczkę, więc z braku lepszego zajęcia zacząłem przyglądać się mojej karcie ordynacyjnej, czyli dokumentowi, z którym każdy kuracjusz musi zgłaszać się na poszczególne zabiegi. Zaciekawiły mnie między innymi takie
wskazówki:
Samowolne przedłużanie czasu trwania zabiegu ponad normę określoną przez lekarza jest niedopuszczalne i szkodliwe dla zdrowia.
W czasie kąpieli proszę nie zanurzać ciała poniżej przepisowego poziomu.
Hm, nie wiem jak można sobie samowolnie przedłużyć zabieg, skoro czasu jego trwania skrupulatnie pilnuje personel. Poza tym nie bardzo rozumiem, dlaczego może być szkodliwe dla zdrowia np. dłuższe niż 15 minut leżenie w solance czy też poddawanie się masażowi, nie wspominając o gimnastyce. A już zupełnie nie mam pojęcia, jaki jest przepisowy poziom zanurzania ciała.

Jak już wspominałem, niemal codziennie w sanatoryjnej świetlicy odbywają się jakieś pokazy. Dzisiaj prezentowała się firma Integral, a konkretnie dwie jej przedstawicielki (Ewa i Kamila), które zaznaczyły na wstępie, że są zatrudnione na stanowisku „specjalista magnetoterapii”.
Nie zmienia to oczywiście faktu, że wykonują taką sama pracę jak wszyscy inni przedstawiciele handlowi. Ale do rzeczy – panie podzieliły się rolami. Jedna prezentowała urządzenie Abolito (producent Renaissance, a druga mówiła o chorobach, które przy jego pomocy można leczyć. Nie będę ich wymieniał, bo chodzi o te same, co w przypadku Vioforu czy polaryzatora biostymulacyjnego BIOV2, o których niedawno pisałem. Nie kwestionuję przydatności magnetoterapii w terapii różnych schorzeń. Możliwe, że pomaga doraźnie, ale na pewno nie wyleczy do końca. Tak czy inaczej, te urządzenia nadal są zbyt drogie. Najtańszy zestaw jaki dzisiaj oferowano kosztował prawie dwa i pół tysiąca złotych.
Po zakończeniu prelekcji i pokazu uczestnicy otrzymali bransoletki z magnetytu, plastry Kinoki na stopy, a małżeństwa dodatkowo opaskę stawowo-mięśniową.
Pisanie o kolejnych prezentacjach artykułów prozdrowotnych mnie samego już nudzi, a co dopiero mówić o potencjalnych czytelnikach.
Dlatego tylko pokrótce wspomnę o drugim dzisiejszym pokazie. Tym razem „czarowała” nas pani Danuta, przedstawicielka firmy Medivers, która usiłowała przekonać nas do poduszki i maty masującej produkowanej przez niemiecką Casadę. Opisywanie działania głowic masujących i dobroczynnego wpływu na nasz organizm promieniowania kamieni nefrytowych zajęło jej prawie półtorej godziny. W ramach obiecanego w zaproszeniu „gwarantowanego prezentu” wręczyła każdemu uczestnikowi spotkania mikroskopijną paczuszkę żelków Haribo. Jeśli chodzi o ceny, to w ramach wyjątkowej promocji oferowała poduszkę za 1490 i matę za 2890 złotych. Nie przekonała mnie…

09.10.12. Wtorek
Wróciła ładna pogoda. Spacery po Szczawnicy znowu są przyjemnością. Niestety, spoza przepięknego jesiennego krajobrazu wyłaniają się podupadające, czasami nawet walące się budynki. Uzdrowisko mocno podupadło w latach powojennych, a już szczególnie zaszkodziły mu betonowe klocki typu sanatorium „Hutnik”. Na szczęście spółka Thermoleo (spadkobiercy przedwojennego właściciela hrabiego Adama Stadnickiego) sukcesywnie odnawia i modernizuje poszczególne obiekty uzdrowiska. Rodzina Mańkowskich (prawnuki hrabiego) odrestaurowała już między innymi Dworek Gościnny i Hotel Modrzewie. Z biegiem lat Szczawnica
zapewne znowu stanie się perełką na mapie polskich uzdrowisk.
W Szczawnicy chyba bardzo kochają zwierzęta. Pełno tu bowiem kiczowatych, ale miłych dla oka rzeźb kwiatowych, jak: wiewiórka, bażant, słonie, slimak, owce i inne. Znajduje się tutaj także zegar kwiatowy.
Sprzedawczyni oscypków przy ulicy Głównej, u której systematycznie nabywamy te lokalne produkty, na wieść o tym, że jesteśmy z Gdańska, wyraźnie się ożywiła i powiedziała, że ma tam kuzyna.
- Nazywa się Sowa – powiedziała.
- To ten cukiernik? – zainteresowała się moja żona.
- Nie, on jest dziennikarzem – sprostowała góralka.
Wtedy skojarzyłem, że chodzi o Dominika Sowę z Radia Gdańsk. Ot, po raz kolejny okazuje się, że świat jest jednak bardzo mały.

10.10.12. Środa
Spośród wielu przedstawianych kuracjuszom metod leczniczych czy rehabilitacyjnych nie mogło zabraknąć akupunktury. Tajniki tej ostatniej przybliżył nam Jerzy Ćwik, przedstawiciel firmy Kolmio Kiełkowscy, która produkuje urządzenie Automeridian (zamiast igieł jest tu elektroda z impulsem stymulującym). Pan Jerzy twierdzi, że od siedemnastu lat nie miał żadnej reklamacji,
a sprzedawany przez niego aparat jest bardzo skuteczny na szereg dolegliwości. Jednocześnie
nie zostawia suchej nitki na konkurencji, zwłaszcza tej oferującej maty do masażu.
- Oni nie pomogą wam się wyleczyć. Im zależy tylko na waszej kasie.
Tu zgadzam się z nim w stu procentach. O Automeridianie mogę natomiast powiedzieć tylko tyle, że jest stosunkowo tani (170 zł). Jeżeli rzeczywiście jego stosowanie łagodzi różne dolegliwości, to pewnie nie zaszkodzi mieć taki aparacik w domu.
Wyjazd do Popradu. Tym razem PCT postanowiło zaoszczędzić na przewodniku, powierzając jego rolę kierowcy. Przyznam, że radził sobie nieźle, trzymając jedną ręką
kierownicę, a w drugiej dzierżąc mikrofon. Mam jednak wątpliwości, czy prowadzenie w ten sposób autokaru po górskich drogach jest bezpieczne, nie wspominając już o tym, że niezgodne z przepisami.
Po drodze postój na dawnym przejściu granicznym
w Łysej nad Dunajcem. Cel – uzupełnienie zapasów spożywczych w postaci płynnej. Z dawnych czasów zostało tu mnóstwo sklepów z szyldami w języku polskim, choć obecnie polskich klientów jest znacznie mniej. Płacić można zarówno złotówkami jak i euro.
Aquapark w Popradzie to kompleks trzynastu (w tym siedmiu na świeżym powietrzu) basenów termalnych, sześciu zjeżdżalni, różnego rodzaju jacuzzi, saun i innych atrakcji. Pluskaliśmy się więc na przemian w basenach z temperaturą wody 38 lub 34 stopnie, po czym wygrzewaliśmy się w saunie parowej, by następnie masować się biczami wodnymi. Te ostatnie bardzo mi się spodobały, szczególnie dlatego, że wyrzucały wodę pod dużym ciśnieniem, co pozwalało unosić się na powierzchni niczym na poduszce.
Blisko czterogodzinny pobyt w termach (wstęp 12 euro) zakończył efektowny, choć zaledwie pięciominutowy pokaz laserowy.

11.10.12. Czwartek
Spacer na Bereśnik (843 m n.p.m.). Kamienista dróżka pnie się zakosami w górę. Po drodze pełno nierówności i wybojów. Mimo to mieszkańcy jakoś dojeżdżają do swoich gospodarstw. Niektórzy mają do dyspozycji samochody terenowe, inni zaś własnoręcznie skonstruowane ciągniki. Dzisiaj było względnie sucho, ale nie chciałbym tędy iść po obfitych opadach deszczu lub śniegu. Swoją drogą ciekawe, jak oni radzą sobie zimą? Podobno dzieci podczas dużych śniegów w ogóle nie wracają ze szkoły do domów, tylko zamieszkują
u krewnych bądź znajomych w dolinie Grajcarka.
Ze szczytu Bereśnika droga prowadzi lekko w dół. Na wysokości 730 metrów n.p.m. znajduje się „Bacówka pod Bereśnikiem”, czyli schronisko
PTTK.
Z tego miejsca rozpościera się piękna panorama na Szczawnicę. Podobno serwują tu dobre placki ziemniaczane, ale ja jestem świeżo po obiedzie, więc maszeruję dalej.
Schodzę w dół przez Języki, by po kilkunastu minutach ponownie zacząć wspinaczkę do góry. Tym razem na Bryjarkę, jeden z mniejszych szczytów Beskidu Sądeckiego (679 m n.p.m.). Po drodze mijam sporo starszych osób, które idą z kijkami do nordic walkingu, bądź odpoczywają na stojących przy ścieżce ławkach. Na wierzchołku Bryjarki od 110 lat znajduje się metalowy krzyż (poprzedni drewniany zniszczyła burza w 1902 roku). Doskonale widać stąd Palenicę, Jarmutę oraz nieco bardziej oddalony szczyt Wysokiej. Cykam kilka fotek i schodzę na dół, by po wkrótce znaleźć się w centrum uzdrowiska, czyli na placu Dietla. Jeszcze trochę schodów i mijam sanatorium Hutnik, a następnie dość stromym podejściem dochodzę do „swojego” Nauczyciela.
To już koniec dwugodzinnego spaceru.

12.10.12. Piątek
Wycieczka na Trzy Korony. Do Krościenka podwozi nas autokar PCT. Tutaj czeka na nas przewodniczka Anna Wolska.
Grupa liczy 40 osób, w tym większość w wieku mocno średnim. Jest też z nami pulchna zakonnica w stroju służbowym. Pieniny nie są co prawda górami trudnymi, ale i tutaj warto zadbać o odpowiedni strój, gdyż wlokący się po ziemi habit na pewno nie ułatwia ruchów.
Ruszamy w górę brukowaną ulicą Trzech Koron. Przy kaplicy św. Rocha przewodniczka przedstawia nam plan podejścia na szczyt Okrąglicy. Tempo ma być dostosowane do możliwości najsłabszych. Będą też postoje. Szlak, którym pójdziemy jest nieco trudniejszy od tego prowadzącego od strony Czorsztyna, ale za to krótszy. Ma to duże znaczenie, ponieważ o tej porze roku szybko się ściemnia.
Na pierwszym stromym odcinku wycofują się dwie panie. Trochę późno przypomniały sobie o swoich problemach z sercem. Jest jeszcze parę innych
osób, które spowalniają tempo, ale przełamują swoje słabości i dzielnie pną się do góry.
Po drodze zatrzymujemy się nieopodal metalowego krzyża na Toporzyskowie (wspaniała panorama Krościenka). Kolejny przystanek to Bańków Gronik (678 m n.p.m.), a w chwile później Pieniński Potok. Sto metrów wyżej odpoczynek na przełęczy Szopka (Chwała Bogu). Stąd
już bez większych przerw docieramy do celu. Podejście zajmuje nam 2 godziny. Kupujemy bilety po 4 zł i po metalowych schodkach wspinamy się na punkt widokowy. Dzisiaj doskonale widać było stąd Beskid Sądecki, Szczawnicę, Czerwony Klasztor, Dunajec i Sromowce
Niżne. Nieco gorszy widok był na Tatry, gdyż
z tamtej strony oślepiało popołudniowe słońce, a i powietrze było mało przejrzyste.
W drodze powrotnej przez polanę Kosarzyska i trawers
Ostrego Wierchu dość stromym zejściem doszliśmy do ruin Pienińskiego Zamku, przy których znajduje się grota św. Kingi. Tu wysłuchaliśmy informacji przewodniczki o dziejach zamku a także o losach dwóch pustelników, którzy tu zamieszkiwali.
Do Krościenka doszliśmy o zmroku. Cała wycieczka trwała, nie licząc przejazdów autokarem, cztery i pół godziny.
Ogólnie wszystko mi się podobało. Myślę jednak, że lepiej byłoby wybrać się na Trzy Korony w mniejszym gronie lub nawet samotnie. W tak dużej grupie zawsze bowiem znajdą się osoby, które nie potrafią ocenić swoich możliwości, przez co wycieczka chwilami bardzo się ślimaczy.

13.10.12. Sobota
Po zwiedzeniu bliższych i dalszych okolic Szczawnicy przyszła pora na Zakopane. Wstyd przyznać, ale nigdy jeszcze nie byłem w zimowej stolicy Polski. Tym razem naszym przewodnikiem z ramienia PCT jest Jacek Zachwieja. Grupa liczy 47 osób, w tym dwie zakonnice. Pogoda jest kiepska: chmury i mżawka.
Jedziemy przez Dębno, Łopusznę, Białkę Tatrzańską, Bukowinę Tatrzańską, Kośne Hamry, Murzasichle i Jaszczurówkę. W tej ostatniej zatrzymujemy się przy kaplicy Najświętszego Serca Jezusa, zbudowanej wg projektu
Stanisława Witkiewicza. Przewodnik, który wcześniej opowiadał nam o każdej z mijanych miejscowości, przybliża nam teraz historię Jaszczurówki.
Po obejrzeniu wnętrza kaplicy ruszamy w kierunku Krzeptówek. Mijamy skocznie narciarskie przy górze Krokiew (na jednej z nich ćwiczą właśnie na igielicie skoczkowie) i dom stojący do góry nogami przy Alejach 3 Maja (podobny do tego w Szymbarku na Kaszubach).
Sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej
na Krzeptówkach to spory kompleks zabudowań. Znajduje się tutaj kaplica z 1951 roku, kościół z 1992 roku. (pięć lat później konsekrował go Jan Paweł II), mieszkania księży pallotynów, a w ogrodach ołtarz z mszy papieskiej.
Spodobał mi się cmentarz na Pęksowym Brzysku. Nie tylko dlatego, że spoczywają tu ludzie o znanych nazwiskach, jak: Kornel Makuszyński, Władysław Orkan, Tytus Chałubiński, Stanisław Marusarz
czy Witkiewiczowie. Urok tego miejsca wiecznego spoczynku to skromne a zarazem
oryginalne nagrobki. Nie ma tu sztampowych granitowych czy marmurowych tablic. Można za to spotkać różnorodne
rzeźby z drewna i kamienia. Wyczuwa się tu swoisty klimat, powiedziałbym wręcz – artystyczny.
Zaraz za murem cmentarnym, po drodze do dolnej stacji kolejki na Gubałówkę, rozciąga się teren targowiska. Spotkać można tu praktycznie wszystkie artykuły, jakimi zwykle handluje się w tego typu miejscach. Najwięcej
jest oczywiście tych kojarzących się z górami. Jeśli chodzi o tradycyjne sery góralskie, to są nieco tańsze niż w Szczawnicy.
Na chwilę zachodzimy też do Koliby, willi
z 1892 roku, która uznawana jest za pierwszą wybudowaną w stylu zakopiańskim, wg projektu Witkiewicza.
Ukoronowaniem zwiedzania Zakopanego były oczywiście Krupówki.
Cóż by tu powiedzieć o tym deptaku? Chyba tylko to, że jest to przerost formy nad treścią (nie pamiętam, czyje to słowa, ale zgadzam się z autorem).
Krótko mówiąc: tłumy turystów, liczni przebierańcy, hałas, knajpa przy knajpie, no i dorożkarze. Co do knajp, to byłem tylko w jednej: „Zbójeckie jadło”. Piłem grzane wino po 2,80 zł za 100 ml. Owszem, dobrze rozgrzewało…
Z Zakopanego wracaliśmy „zakopianką” przez Poronin i Nowy Targ. Jak na złość, właśnie wtedy zaczęło się przejaśniać…

14.10.12. Niedziela
Poranne spalanie zbędnych kalorii rozpoczynam od wejścia na Bereśnik. Ze szczytu nie kieruję się jednak, jak poprzednio, ku schronisku, lecz w przeciwną stronę – do Sewerynówki. Schodzę czerwonym szlakiem, prowadzącym leśnym odcinkiem błotnistej, pełnej kolein drogi. Dochodzę do ujęcia wody, po czym asfaltową drogą zmierzam do popularnego w Szczawnicy zajazdu „Czarda”. Stąd ulicami Kunią i Sopotnicką kieruję się do centrum. Po dwóch godzinach przyjemnego spaceru w ciepłych promieniach słońca docieram do sanatorium „Nauczyciel”.
Po obiedzie wyruszam na Jarmutę (794 m n.p.m.). Nie prowadzą tu szlaki turystyczne, więc idę na wyczucie. Z ulicy Szlachtowskiej wchodzę na stromo pnącą się kamienistą dróżkę. Miejscami płynie nią woda, ale da się przejść. Mniej więcej w połowie drogi wychodzę na sporą polanę. Rośnie tu sporo tarniny. Pożywiam się więc jej kwaskowatymi owocami i wspinam się dalej wąską
ścieżką. Po godzinie jestem już na szczycie. Nade mną tylko wieża przekaźnika telewizyjnego i błękitne niebo. Podziwiam panoramę Szczawnicy i Pasma Radziejowej, po czym schodzę kilkadziesiąt metrów w dół. Stoi tutaj biała figurka Matki Boskiej, którą ufundowali mieszkańcy Szczawnicy. Schodząc w kierunku północno-wschodnim leśną, mocno błotnistą drogą, wychodzę na trakt główny nieopodal stadionu Jarmuta, na pograniczu Szlachtowej i Szczawnicy. Jeszcze tylko krótki spacerek pod górę i już jestem w sanatorium. Łącznie wędrowałem dzisiaj przez cztery godziny, ale nie czuję zmęczenia.
A tak na marginesie, to motywuje mnie sąsiad od stolika w jadalni (rocznik 1933), który
codziennie bierze kijki i wybiera się na długie przechadzki. Pozdrawiam, panie Karolu!

15.10.12. Poniedziałek
Milcząca zazwyczaj pokojowa dzisiaj raptem ożywiła się.
- Kiedy państwo wyjeżdżacie? – zapytała, stając w drzwiach naszego sanatoryjnego pokoju.
- W środę rano – odpowiedzieliśmy.
-
Hm, będzie mało czasu na sprzątanie, bo o dwunastej przyjadą nowi kuracjusze – zmartwiła się, po czym pouczyła nas: - Niech państwo przed wyjazdem zdejmą powłoczki z kołder i poduszek. Wszyscy goście tak robią!
- Nie ma problemu – zgodziliśmy się.
Pokojowa rozejrzała się po pokoju i zadała pytanie sugerujące odpowiedź:
- To co? Dzisiaj nie warto odkurzać?
Jakoś nie mieliśmy sumienia sugerować jej, że jednak byłoby warto. Poprosiliśmy tylko o papier toaletowy, bo ostatnim razem „zapomniała” go uzupełnić. Przyniosła dwie rolki i tyle ją widzieliśmy. Zwolnienie z obowiązku odkurzania rozszerzyła także na łazienkę, w której
nie starła nawet podłogi…
Końcowe „badanie” lekarskie.
- Jak się pan miewa, panie Irku, dobrze?
Potwierdziłem, bo cóż innego mogłem odpowiedzieć. Pomny wcześniejszych doświadczeń, wiedziałem przecież doskonale, że to tylko formalność.
- To świetnie – ucieszył się lekarz. – Życzę przyjemnej podróży nad morze.
Po zaliczeniu Jarmuty, Bereśnika i Bryjarki przyszedł czas na czwartą górę otaczającą Szczawnicę – Palenicę (722 m n.p.m.). Byłem już co prawda na jej szczycie, ale wtedy wjeżdżałem kolejką krzesełkową, więc to się nie liczy. Z doliny Grajcarka udałem się na stok narciarski, którym powoli posuwałem się do góry. Nartostrada jest dość stroma i potwornie zryta przez dziki. Praktycznie szedłem więc nie po trawie, ale po błotnistej darni. Ostatni odcinek, od skrzyżowania z trasą kolejki, wiedzie na szczyt kamienistą dróżką. Jest równie stromy co poprzedni, ale przynajmniej nie jest
ślisko.
Po przejściu obok górnej stacji kolejki linowej idę w dół do Siodła Szafranówki. Tutaj szlak się rozdziela: w lewo do słowackiej Leśnicy i w prawo w kierunku Krościenka. Wybieram drugą opcję, choć w tym momencie jeszcze nie wiem dokładnie, gdzie wyjdę. Schodzenie idzie mi dość szybko. Po niespełna półgodzinie jestem już na dole. Okazało się, że wyszedłem niedaleko przystani flisackiej na Dunajcu. Stąd już tylko łatwy spacer ulicą Główną, lekko pod górę Zdrojową, po czym w górę schodami do „Hutnika”, „Dzwonkówki”, no i ostatniego z tej strony miasta sanatorium, czyli „Nauczyciela”.

16.10.12. Wtorek
Ostatnie zabiegi. Trzy tygodnie przeleciało z szybkością błyskawicy. Mój pierwszy pobyt w sanatorium uważam za w pełni udany i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś trafię w podobne miejsce. Teraz już, niestety, trzeba się pakować i szykować do wyjazdu.
Kilka ciepłych słów należy się obsłudze sanatorium „Nauczyciel”. Praktycznie rzecz biorąc, wszyscy rehabilitanci byli mili i profesjonalni. Szczególnie wdzięczny jednak jestem paniom od ultradźwięków oraz od okładów borowinowych.
Im właśnie podarowałem egzemplarze mojej mini powieści „W cieniu Sheratona”. Żałowałem, że nie wziąłem ze sobą więcej książek, bo przecież uprzejme i uczynne były zarówno recepcjonistki, jak i kelnerki, a także pozostały personel.
Dzisiaj już nie chodziłem na dłuższe spacery (nie licząc wyjścia do pijalni wód). Nie sprzyjała temu pogoda, a poza tym zabrałem się za selekcję zdjęć. Poniżej link do jednej trzeciej całego zbioru fotek:
https://picasaweb.google.com/105491291175835308949/Szczawnica02


Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

Czyli cel osiągnięty , i o to chodzi ! Pozdrawiam.

Komentarz został ukrytyrozwiń

No właśnie! Sam nie wiedziałem, że pobyt w sanatorium może być tak atrakcyjny. Zdrówko oczywiście OK:)

Komentarz został ukrytyrozwiń

To raczej wycieczka objazdowa a nie sanatorium . Zdrowie podreperowane troszeczkę ?

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.