Facebook Google+ Twitter

Zapomniany antywojenny manifest

Dramat wojenny, film psychologiczny, czy może antywojenny manifest? Trudno w dwóch słowach opisać film "Johnny poszedł na wojnę".

 / Fot. RedakcjaNa wstępie przyznam szczerze, że bałem się napisać tę recenzję. Bałem się, czy we właściwy sposób oddam piękno, a właściwie dramaturgię tegoż filmu, lecz natychmiast pomyślałem: "Jeśli nie ja, to kto? Kto napisze o filmie w reżyserii Daltona Trumbo z 1971 roku, który wzbudził niemałą sensację w Ameryce, a w Polsce niestety nie jest dostępny? Kto napisze o filmie, który przełamuje tabu i mówi o problemach ważnych dla człowieka nie tylko kiedyś, ale i dzisiaj? Kto napisze o filmie, który jest swego rodzaju antywojennym manifestem?".

Fabułę filmu poniekąd nakreśla sam tytuł. Młody Amerykanin, Joe Bonham (Timothy Bottoms), wyrusza na wojnę, by "walczyć za demokrację". O tejże demokracji, jako najważniejszej wartości w życiu, słyszał wielokrotnie w dzieciństwie. Warto w tym momencie przywołać jedną z kluczowych scen filmu, gdzie mały jeszcze wówczas Johnny pyta ojca, czym jest demokracja. Ten odpowiada mu, że demokracja jest czymś, za co każdy ojciec byłby w stanie oddać jedynego syna. Fronty I wojny światowej, na których walczy Joe, nie okazują się dla niego zbyt szczęśliwe. Wpada na minę, w skutek czego traci nogi, ręce, i większą część twarzy. Staje się niemym korpusem pozbawionym wzroku, węchu, słuchu i ust. Pozostaje jednak świadom tego, co się z nim dzieje i zamknięty jest sam ze swoimi myślami. Chce stać się żywym przykładem dla innych i pokazać w ten sposób, jak okrutna jest wojna. Pragnie w ten sposób uświadomić innym, że demokracja nie jest wartością ważniejszą od samego życia. Bo po cóż trupowi demokracja, po cóż mu wolność, za którą przypłacił życiem i już jej nie zasmakuje? Chłopak jest w stanie tylko odbierać sygnały z otoczenia za pomocą wibracji. Udaje mu się jednak w końcu porozumieć z innymi za pomocą alfabetu Morse'a. Wystukuje S.O.S., uderzając głową o poduszkę i prosi, aby go uwolnić. Chce występować przed ludźmi, umieszczony w szklanej gablocie i zabawiać ich, zarabiając w ten sposób pieniądze. Kiedy spotyka się z odmową, prosi o śmierć, a swój jakże rozpaczliwy apel powtarza nieustannie. Czy uda mu się wybłagać pozbawiający go życia wyrok? Gdybym w tym momencie napisał, jaki był finał całej historii, z pewnością nikt by nie sięgnął po ten film, a nie o to mi chodzi.
"Johnny Got His Gun" ("Johnny poszedł na wojnę") na DVD / Fot. "Johnny Got His Gun"
Ten niemal kompletnie zapomniany film, podejmuje tematy dla człowieka kluczowe. Bo czy dzisiaj eutanazja nie jest na ustach wielu Polaków, a może wojny już zakończono? Nic z tych rzeczy. Te problemy cały czas istnieją i istnieć będą, a to jest najlepszy dowód na to, jak uniwersalna jest produkcja pt. "Johnny poszedł na wojnę". Ktoś spyta, jak to się wszystko ma do moich obaw, o których pisałem na wstępie. Odpowiedź jest prosta. Nie piszę tej recenzji dla siebie, nie piszę jej też dlatego, żeby zebrać mnóstwo komentarzy albo "plusów" i otrzymać jakąś nagrodę. Piszę ten artykuł z nadzieją, że ktoś po jego przeczytaniu, zainteresuje się tym filmem albo książką, na bazie której powstał (nosi ona ten sam tytuł, a jej autorem również jest Dalton Trumbo). Historia Johnny'ego skutecznie prowokuje nas bowiem do kontemplacji. Skłania nas do refleksji jeśli nie nad problemem eutanazji, to na pewno nad własnym życiem. Nie wierzę, że osoba, która obejrzała lub przeczytała „Johnny poszedł na wojnę”, nie spojrzy inaczej na swój los. Nie sposób po takiej lekcji życia (to określenie z pewnością nie jest zbyt daleko idącym nadużyciem) nie zacząć inaczej postrzegać tego, co nas na co dzień spotyka. Życie jest przecież największą wartością – ze wszystkimi jego jaśniejszymi i ciemniejszymi stronami.

Zarówno film, jak i książka, na polskim rynku nie są dostępne, co jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe, ale przy odrobinie wysiłku nie ma rzeczy niemożliwych. Ja osobiście książkę (przetłumaczoną przez jakiegoś pasjonata) otrzymałem w formie cyfrowej od znajomego, natomiast film obejrzałem w wersji anglojęzycznej ("Johnny Got His Gun"), w serwisie YouTube. Na koniec nie można nie dodać, że fakt, iż nie odszedł on w całkowitą niepamięć, zawdzięczamy głównie Metallice, która wykorzystała jego fragmenty w wideoklipie do utworu "One" z albumu "...And Justice For All".

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Chętnie zobaczę film i/lub przeczytam książkę.
Autor jednak już świadomie postawił tezę , że " życie jest przecież największą wartością – ze wszystkimi jego jaśniejszymi i ciemniejszymi stronami." Tezę, z którą wielu się nie zgodzi, a przynajmniej nie powinna, biorąc pod uwagę ich wiarę chociażby. A znajdą się tacy, dla których nie będzie największą wartością samą w sobie, tylko jego "jakość" w ich rozumieniu. Nawet za cenę długości życia.
Mam nadzieję, że film czy książka do takich uproszczeń nie prowadzi. Wartością będzie już, jeśli postawi sensowne pytania.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.