Facebook Google+ Twitter

Zaproszenie na indyjski ślub

Małżeństwo było jednym z najważniejszych hinduskich sakramentów (samskara). Wraz z zawarciem związku małżeńskiego młodzieniec zaczynał nowy etap życia, stawał się grihasthą-panem domu.

zielona Kerala / Fot. Maciej KarasinskiZaproszenie leżało na stole obok nadgryzionej przez mole książki Naipula i sterty poplamionych papierzysk. Było niewielkie, złożone w pół i wyglądało jak list od dawno niewidzianego znajomego. Na górze karty widniał szkarłatny napis: "Renu poślubia Rameśa". Dalej: data, dwa tandetne, siwo-purpurowe serca i sztampowa formułka zapisana kursywą: "Serdecznie zapraszamy na ceremonię zaślubin naszej córki Renu z domu Nair z Rameśem synem Narayana oraz na lunch, który odbędzie się po rzeczonej uroczystości". Biały arkusz zamknięty został arabeskowym wzorem tu i ówdzie zranionym różem. W formie i treści zaproszenia kryła się tęsknota za szczęśliwym i dostatnim życiem. Była tam również skryta obawa, którą parę tygodni wcześniej widziałem w oczach Renu.

Było wczesne popołudnie, różowawe chmury kłębiły się kapryśnie, rzec można zawadiacko, zakrywając niebieskie otchłanie. Renu szła dostojnie acz swobodnie niosąc opasłe tomiska traktujące o filozofii indyjskiej. Zmierzaliśmy do biblioteki. Przez chwilę rozmawialiśmy o naglących sprawach: zbliżających się egzaminach, przeczytanych lekturach i nadchodzącej porze deszczowej. Odcedzone, popołudniowe słońce podkreślało szczupły rysunek twarzy filigranowej hinduski. Ubrana w granatowe sari wydawała się równie subtelnie ciepła jak podmuch wiatru roznoszący wokół zapach jaśminu. Przez chwilę razem smakowaliśmy woń kwiatów porastających rozległe ogrody wokół biblioteki. Renu przymknęła migdałowe oczy i wyszeptała: Rodzice aranżują moje małżeństwo z synem wuja Narayana.

Słońce oparło się o kęs omszałego muru a zduszony warkot trójkołowej rikszy wdarł się w ciszę ogrodu. Kilku smukłych hindusów, śmiejąc się i klaszcząc w dłonie, przemaszerowało traktem obwodzącym mały skwer, na którym staliśmy. Ktoś zapalił biri, a za kokosowym gajem dwie brunatne krowy z nonszalancją przeżuwały kolejny kęs brudnej trawy. Za uniwersytecką biblioteką, jak okiem sięgnąć rozciągały się zielone tereny pagórkowatej Kerali, południowego stanu Indii znanego jako Boska Kraina. Kerala to tropikalne puszcze, dzikie, zalesione rozlewiska, usiane świątyniami wzgórza i pałace tonące w szarej, monsunowej mgle. To świat do którego niegdyś zawitał Vasco da Gama, miejsce gdzie doszło do spotkania starego Wschodu z Zachodem. Od nadmorskiego Calicut do stołecznego Trivandrum i od Cochin aż po Kannur codziennie ktoś otrzymuje szarą kopertę z równo złożoną kartą, opatrzoną tytułem „zaproszenie na ślub naszej córki”. Szlacheckie rody zamieszkujące tereny od perkatych wysoczyzn Waynard aż po obmyte morskimi wodami Kanyakumari: Nair, Nambudiri, Atikal - wszyscy dbają by ich córki i synowie wybrali odpowiedniego partnera życiowego...

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

Pod wrażeniem orientalnej ślubnej tradycji ,przyozdobionej zapachami i kolorami tamtejszej przyrody, plus!

Komentarz został ukrytyrozwiń

+ za poetyckie impresje na temat hinduskich ślubów. ale klasyczny artykuł to to nie jest. Bardziej poetycki reportaż, a właściwie mieszanka form. Za dar widzenia szczegółów i oddanie atmosfery. Jeden zadziwiający nieco kwiatek zasługuje na szczególną uwagę - "Widziałem jak niesie zamknięty poświatą księżyca neseser"...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Świetny artykuł.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.