Facebook Google+ Twitter

Żart, że ręce opadają

Moje poczucie humoru ma dosyć szerokie granice i jestem w stanie zrozumieć spory zakres dowcipów i psikusów, nawet tych bardziej abstrakcyjnych. W ostatnią sobotę jednak doświadczyłem czegoś, po czym ręce opadły mi aż do ziemi...

"Zwykły" sobotni wieczór



Właściwie nic nie zapowiadało kryzysu - było już po zmierzchu, doba miała się ku końcowi, ostatnie promienie słońca oświetlały wybitnie skrajne przedmieścia Dąbrowy. Akurat skończyła się trwająca tak gdzieś od południa wichura, co tylko poprawiło ogólny obraz odchodzącego dnia. I w tym momencie, w atmosferę całkowicie przesyconą "Amelią" (Bo ten właśnie film oglądałem wówczas ze znajomymi), brutalnie wcina się "Marsz Imperialny" Johna Williamsa. Cóż począć, rodzice pewnie zechcieli się upewnić, czy ich dziecko wieczorową porą nie szlaja się tam, gdzie nie powinno go być. Przepraszam towarzystwo i wychodzę na korytarz, po drodze stukając w zielony guzik mojej komórki.

Co się okazało? Rodziciel ostrzega mnie, że cały teren naszego miejskiego szpitala (Łącznie z pobliską ulicą) jest zablokowany dla ruchu i pilnowany przez służby mundurowe. Powód? Jakiś "dowciapniś" postanowił że pobawi się w stylu słynnego "Unabombera" i telefonicznie oznajmi obsłudze szpitala, że na terenie placówki podłożono bombę. Bardzo fajnie, zwłaszcza jeśli uwzględnimy dwa szczegóły; primo, że mój dom znajduje się dosłownie kilkadziesiąt metrów od szpitala i secundo, że tego akurat dnia dyżur na oddziale wewnętrznym miał mój drugi rodzic.

Z rosnącym stopniowo niepokojem (Na pewno to jakiś głupi żart... Ale jeśli nie?) doczekałem końca filmu, po czym podziękowałem wspomnianym znajomym za miło spędzone popołudnie i skierowałem się do domu. Obchodząc zablokowaną ulicę zauważyłem, że w poprzek jednego z jej wylotów stoi wóz strażacki, którego błyskające światła wydobywają z mroku zapadającej nocy sylwetki trzech strażaków. Kierowany ciekawością (A nuż dowiem się czegoś konkretnego) podchodzę do nich z zaskoczeniem w oczach i niewinnym pytaniem "Czy coś się dzieje?" na ustach. Brutalne prawa rzeczywistości nie odpuszczają - dowiaduję się, że "Jeszcze nic się nie dzieje" i że "Nie są upoważnieni do udzielania jakichkolwiek informacji". Stwierdzenie, że pod drugiej stronie blokady jest członek mojej rodziny kwitują spokojnym wzruszeniem ramion. O bliskości mojego miejsca zamieszkania wolę już nie wspominać. Ruszam byle szybko do domu.

Na szczęście happy end...



Alarm, na szczęście, okazuje się być fałszywką. Po kilkugodzinnym przetrząsaniu całego szpitala i jego okolic blokada zwija się, strażacy odjeżdżają, a ja spokojnie idę spać. Następnego dnia "bombowy dyżur" staje się tematem rodzinnych (I ponoć nie tylko) rozmów. Tyle że... Śmiać się z tego, czy płakać?

Rozumiem, że ktoś może widzieć coś zabawnego w powiedzeniu sąsiadowi, że pali mu się stodoła i z późniejszego patrzenia, jak ów znajomy gna do fikcyjnego pożaru. Tyle że między stodołą a szpitalem jest kilka subtelnych różnic. Nie wspominając już o tym, że opróżnienie stodoły też ciuteczkę różni się od ewakuacji nawet niezbyt wielkiego szpitala. To, co zrobił ów pseudoterrorysta może i było zabawne - ale chyba tylko dla niego, a do tego wszyscy okupiliśmy to sporymi nerwami.

Ale sprawiedliwości stało się zadość. Serwis informacyjny Radia Dobra Nowina podał wczoraj do wiadomości, że nasz mały "bohater" (a właściwie jego rodzice) zapłaci za swój idiotyczny numer. Oby stało się to dla innych "dowciapnisiów" nauczką na przyszłość.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.