Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

41685 miejsce

Zatrudnię wyłącznie niepalącego

  • Źródło: Dziennik Łódzki
  • Data dodania: 2006-11-25 08:47

Perfekcyjny makijaż, minispódniczka, w dłoni dyplom uniwersytetu na mocną piątkę. Języki, komputer. Normalka.

 

Karolina nie ma kompleksów. No, prawie nie ma. Gdyby tak udało się ukryć, że spod drapieżnych paznokci w kolorze burgunda wystają żółte opuszki palców, a z ust kuszących karminową pomadką wionie zapach L&M'ów, każda praca byłaby jej. A tak, kolejna klapa.

Bo szpalty z ofertami pracy krzyczą za Agnieszką Osiecką: "Rób co chcesz, mów co chcesz, tylko nie pal!".

- Jak pracownik pali, to są koszty, duże koszty - nie ma wątpliwości Kazimierz Wójcicki, właściciel szwalni, który zamieścił jeden z takich anonsów.

Nie mają ich też amerykańscy specjaliści od zarządzania kadrami. Obliczyli, że dodatkowy, roczny koszt zatrudnienia palacza to prawie 2900 dolarów. Niemal tyle, ile w Polsce wynosi roczna pensja pracownika zatrudnionego na minimum. Pracodawca ma wybór: dwie pary rąk do pracy albo jedna - dzierżąca owoc pracy przemysłu tytoniowego.

Najważniejszy warunek


- Jeśli dziewczyna pali, nie ma co marzyć o pracy - ekspedientka z łódzkiego butiku przy ul. Piotrkowskiej od razu sprowadza mnie na ziemię. - Szefowa jest na to cięta. Słyszała pani, że teraz kusi się klientów zapachami? No to i my mamy kusić. A co to za kuszenie, smrodem peta?!

- Ale po czym szefowa pozna, że ktoś pali? - nie daję za wygraną, wietrząc, że wymóg wymogiem, ale jego spełnienie zweryfikować niełatwo.

- Pozna, pozna. Ja też bym poznała. No, pani na ten przykład nie pali. Prawda?

- Prawda, ale skąd...

- Skąd wiem? Same eleganckie klientki tu przychodzą. A takie nie mają zwyczaju palić. Jak wszedłby ktoś, kto pali, od razu się czuje. Jak ja czuję, to i szefowa też. No nie?

No tak. "Nosa" mają nie tylko w tym sklepie. Kierowniczka kawiarenki w Manufakturze na pytanie o palących pracowników unosi groźny wzrok znad ekspresu.

- Żarty chyba - syczy. - Niepalenie to warunek numer jeden. Wygląd i kultura też się liczą, ale co to byłaby za kultura, gdyby kelnerka nakładała klientowi sernik ręką po papierosie.

Teresa Kordus, właścicielka łódzkiej sieci sklepów "Wędlinka", stawia sprawę jasno: Fot. Dziennik Łódzki

- Tu pracuje się przy produkcji i sprzedaży artykułów spożywczych, palenie jest więc wykluczone - mówi. - Nie mogę ryzykować, że produkty zostaną zaprószone popiołem. Poza tym w tej pracy ważne jest poczucie smaku, a papierosy wyjaławiają kubki smakowe - dodaje.

Marek Karczewski nie szukał pracy w sklepie, na kelnera też nie ma predyspozycji. Po zrobieniu licencjatu z administracji próbował znaleźć posadę w biurze.

- "Palę. I co z tego" – myślałem - 25-letni Marek z trudem otrząsa się po zderzeniu z rzeczywistością. - Moja mama pali i jest kadrową. Tata pali i do niedawna pracował jako księgowy. Wyobrażałem sobie, że w każdym biurze jest palarnia. No, ale już wiem, że niekoniecznie...

Po sześciu miesiącach szukania pracy Marek nie ma już złudzeń. Przepalona wykładzina i dym, na którym można by zawiesić siekierę, jest tak samo archaicznym krajobrazem biurowej rzeczywistości, jak zakurzony fikus i maszyna do pisania marki Łucznik.

Kłamstwo ma zapach tytoniu


Są i tacy szefowie, którzy traktują pracowników palaczy pobłażliwie. Pobłażliwość jednak coraz częściej ma swoją cenę.

Tomasz szuka szwaczek i prasowaczy. W ogłoszeniu zastrzegł, że mile widziani są niepalący.

- Palących też zatrudniam - wyjaśnia. - Ale nic za darmo. Niepalącej szwaczce jestem gotowy zapłacić 1000 - 1200 złotych na rękę. Jak któraś pali, na wejściu ma o parę setek mniej.

Tomasz wzdryga się na pytanie, czy wydajność nie ma dla niego żadnego znaczenia.

- Ja jestem stary wyjadacz - mówi. - Wiem, o ile mniej wydajna jest paląca szwaczka od tej, która nie pali. Zrobi o 20 procent mniej, to i zarobi o tyle mniej. Kto wie to lepiej niż ja!? Sam palę od technikum.

Metoda obcinania pensji nałogowcom jest powszechna. Właściciel zakładu dziewiarskiego z okolic Zgierza precyzyjnie przekalkulował wartość przerwy w pracy na mały dymek. Pracownik musi dojść do palarni, wypalić, wrócić... Za każdą godzinę pracy dostaje o 10 groszy mniej niż niepalący. Mało? Prawie 200 zł w roku.

Oszukać szefa może i można. Oszukać organizm domagający się muskania białej gilzy - trudno...

Kazimierz Wójcicki nieraz zatrudniał pracowników, którzy bijąc się w piersi przyrzekali, że nie palą.

- Kłamstwo szybko wychodzi na jaw - mówi. - Większość nie była w stanie wytrzymać dnia bez papierosa. Tym bardziej, że stres związany z nową pracą robi swoje.

W szwalni Wójcickiego nie ma zmiłuj. Nie ma też w "Wędlince".

- Jeśli pod płaszczykiem zapewnień o niepaleniu kryło się oszustwo, pracownik musiał się dostosować - kwituje Teresa Kordus.

Służbowy odwyk


- Wielu dziękowało mi za to, że zmusiłam ich do zerwania z nałogiem - ciągnie właścicielka "Wędlinki".

- Być może z własnej woli nie zdecydowaliby się na rzucenie palenia. A tak, rzucili i wyszło im to na zdrowie.

Terapeuci pomagający zerwać z nałogiem palenia coraz częściej słyszą od pacjentów, że do leczenia zmusił ich pracodawca lub... jego brak.

- Bardzo często trafiają do mnie pracownicy służby zdrowia - mówi Mariola Ciesielska, certyfikowana terapeutka z Wojewódzkiego Ośrodka Leczenia Uzależnień w Łodzi.

- Mają być dla pacjentów wzorem osób prowadzących zdrowy tryb życia, a jak tu być wzorem, skoro się pali?

Pani Mariola mogłaby mnożyć opowieści o problemach w pracy spowodowanych paleniem.

- Jednych zmusza szef, bo widzi, że palacze są mniej efektywni - mówi. - Inni sami dochodzą do wniosku, że palenie w pracy im doskwiera, choćby dlatego, że pracodawca zorganizował palarnię poza budynkiem firmy.

- Zresztą są zawody, których wykonywanie wyklucza palenie - dodaje dr Artur Antczak, kierownik Miejskiego Ośrodka Profilaktyki Zdrowotnej w Łodzi. - Choćby w firmie farmaceutycznej czy przy produkcji kosmetyków.

Artur Antczak pamięta przypadki pracodawców, którym tak zależało na niepalących pracownikach, że nie tylko wysyłali ich na terapię, ale ją współfinansowali.

- Rekompensowali swoim podwładnym część kosztu leków, wspomagających rzucanie palenia - mówi. - To było bardziej opłacalne niż ponoszenie kosztów związanych z niższą efektywnością pracy palącego. Kilka lat temu takie inicjatywy były częstsze. Teraz są prawdziwą rzadkością.

Dlaczego? Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że szefowie, którzy chcieli zainwestować w odzwyczajenie starej, palącej kadry, już dawno to zrobili. U innych stara kadra zdążyła się wykruszyć lub... z papierosem w zębach wylądować na zielonej trawce. A nowi pracownicy? Na nich jest tańszy sposób.

- Palacz niech szuka pracy w kotłowni - mówi kąśliwie Kazimierz Wójcicki.

Ile interesów, tyle opinii.

- To czysta dyskryminacja - broni honoru nałogowców Marek Karczewski. - Niech mi ktoś udowodni, że będę pracował gorzej przez to, że palę.

Ekspedientka z butiku (która ma szefową ciętą na palaczy) przyklaskuje takim pracodawcom.

- W końcu jest konkurencja na rynku pracy, czy nie? - pyta retorycznie. - Jak szef może przebierać w kandydatach, to dlaczego ma wybierać tych gorszych? Poza tym nie chciałabym pracować z dziewczyną, która śmierdzi dymem.

- To nie jest żadne dyskryminowanie - wtóruje Adam Ambrozik, dyrektor Departamentu Ekspertyz Ekonomiczno-Społecznych Konfederacji Pracodawców Polskich.

- Pracodawca ma prawo sprawdzić wydajność i kwalifikacje kandydatów do pracy. Pytanie o palenie należy traktować w takich kategoriach.

Adam Ambrozik jest pewny: zatrudnienie palacza wiąże się z wymiernymi kosztami.

- Siedem papierosów wypalonych w ciągu dniówki to ponad godzinna przerwa w pracy, czyli straty - mówi. - Jeśli zabroni się palenia, pracownicy stają się nerwowi i mniej wydajni, a to też oznacza straty. Do tego dochodzi koszt zorganizowania palarni, a w dłuższej perspektywie częstszych zwolnień lekarskich, bo palacze częściej chorują - wylicza jednym tchem.

W badaniach opublikowanych w Stanach Zjednoczonych posunięto się o krok dalej. Jako dodatkowe koszty zatrudnienia palacza, Amerykanie wskazali wydatki związane z wymianą przepalonych wykładzin, częstszym praniem śmierdzących zasłon, zakupem odświeżaczy powietrza, myciem popielniczek, przedwczesną utratą zdolności do pracy, częstszymi wypłatami ubezpieczeń, a wreszcie regularnym podtruwaniem współpracowników, którzy w wyniku tego też częściej chorują.

Słowem: palenie albo praca. Oby szef nie wybrał tego wcześniej niż my.

Patrycja Wacławska

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.