Facebook Google+ Twitter

Zatrzymania, przesłuchania... moje wspomnienia z tamtego czasu

Podczas przesłuchań milicjanci lali czym popadnie i gdzie popadnie, dziwne jest to, że nie czuje się bólu .... adrenalina działa jak znieczulenie

Pożegnałem się z Kaśką i pobiegłem do swojego mieszkania. Po wejściu zacząłem niszczyć wszystkie materiały, które miałem w domu. Rwałem je na drobne kawałki i spuszczałem w toalecie. Znaczki solidarności, oporniki, orły w koronie poleciały przez balkon. Byłem pewny, że jeśli mają kogoś z nas to przyjdą i po mnie. Chwyciłem reklamówkę z kanapkami i wybiegłem. Wiedziałem, że muszę się gdzieś ukryć. Wybrałem mieszkanie dziadków w Rudzie Śląskiej. Dotarłem do nich tramwajem. Oczywiście nic im nie mówiłem o zdarzeniach tego dnia. Potem zdecydowałem jednak, że muszę wrócić do domu, zabrać przynajmniej fot. arch. W.Janowiczszczoteczkę do zębów, jakieś ubrania. Ponieważ o 22 zaczynała się godzina milicyjna, wracałem pieszo. Do domu dotarłem już po 24. Najpierw z ukrycia obserwowałem otoczenie, był spokój.
Mama i siostra spały głębokim snem. Nie budziłem ich, by pytać, czy bezpieka już po mnie była. Później okazało się, że mama z siostrą cały dzień spędziły u znajomych i milicja 2 razy całowała klamkę.

Łomot do drzwi

Zjadłem coś, przebrałem się i spakowałem potrzebne rzeczy do plastikowej reklamówki. Wiedziałem, że w domu nie mogę nocować. Było ok. 2 w nocy, gdy usłyszałem na klatce schodowej ciężkie kroki. Wiedziałem, to po mnie. zbudził mamę i siostrę, "Otwierać milicja, otwierać, otwierać!". Usłyszałem zza drzwi drżący głos Kasi: "Witek otwórz ... proszę". Pierwsza myśl - “uciekać”. Wybiegam na balkon (sąsiadował z balkonem mieszkania z klatki obok), poraził mnie z dołu snop ostrego światła. “Stać bo będziemy strzelać!" usłyszałem. No to kanał, pomyślałem, powiedziałem mamie coś uspokajającego, podszedłem do drzwi trzęsących się od uderzeń pięścią i otworzyłem. Przed drzwiami stało chyba trzech mężczyzn i spłakana Kaśka. Dwóch miało na sobie cywilne ubrania jeden był w mundurze MO. Wpadli do mieszkania - "Gdzie są twoje rzeczy?"- krzyknął mężczyzna w cywilu, mama przerażona stała w nocnej koszuli. Weszli do pokoju, gdzie leżała przebudzona już siostra, otworzyli moje biurko i zaczęli wyrzucać z niego książki i zeszyty. Kasia usiadła w fotelu, szeptała drżącym zapłakanym głosem: "mów wszystko, bo bardzo biją", po paru miesiącach powiedziała mi, że te słowa drogo ją kosztowały.
Trwało to ok. 30 minut. Nic konkretnego nie znaleźli. Mama dopytywała o co chodzi, ale nie uzyskała odpowiedzi. "Ubieraj się, pójdziesz z nami" - rzucił jeden z funkcjonariuszy, powiedział mamie, że wrócę rano po wyjaśnieniu sprawy.
Już za drzwiami nałożyli mi kajdanki. Przed blokiem stały dwa samochody, w których siedziało jeszcze trzech mężczyzn. Wepchnęli mnie do fiata, posadzili między sobą na tylnym siedzeniu, pozwolili zapalić papierosa. Samochody zatrzymały się przed Komisariatem nr 1 na ul. Kościelnej. Przed wejściem do komisariatu dostałem pałą, potem po wejściu kilka ciosów w twarz i kopniaki. Przykuto mnie do stołu w korytarzu. Po 10 minutach funkcjonariusz w rozpiętej koszuli z podwiniętymi rękawami rozkuł mnie i zaprowadził na drugie piętro. Tam znów mnie przykuł, tym razem do kaloryfera. Znów zaliczyłem kilka ciosów.
Komenda milicji ul. kościelna obecnie policji fot. W Janowicz
J ak w filmie

Wcześniej widziałem to w filmach, w których były sceny przesłuchań na gestapo: ciemny pokój z ostrym punktowym światłem na twarz, wokół zmęczeni biciem, rozchełstani pijani esesmani z papierosami w kącikach ust. Teraz miałem to przed sobą na żywo. Dym papierosowy, zapach potu i alkoholu, współcześni esesmani w rozpiętych koszulach z zakasanymi rękawami. “Rozbieraj się” - rozkazał jeden z nich. Zostałem w samych slipkach. Przetrząsnęli mi kieszenie, wyciągnęli sznurówki z butów.
Na biurkach leżała broń służbowa i pały. Pamiętam tylko jedną twarz, szefa, który jak się później dowiedziałem, najskuteczniej masakrował w przesłuchaniach moich kolegów. Miał ciężką nalaną twarz i ciemne okulary, chyba lecznicze, fotochromy jak Jaruzelski.
Wszyscy byli wyraźnie zmęczeni. Po paru pytaniach, złośliwościach, razach wymierzanych kolbą pistoletu w głowę i spisaniu protokołu zatrzymania, kazali mi się ubrać.
Twarz miałem spuchniętą, mnóstwo guzów na głowie, złamany palec prawej ręki, otwartą ranę na lewej i krwawe ślady na przegubach po kajdankach. Miały blokady anty zaciskowe, ale oni zakuwali w taki sposób, żeby przy każdym ruchu zaciskały coraz bardziej, aż krew nie dochodziła do dłoni.
Nie zauważyłem, kiedy złamali mi palec, pewnie w momencie, gdy zasłoniłem się przed ciosem pałą. Adrenalina to jednak najlepszy środek znieczulający.

Wydobyli zeznania

Zaprowadzono mnie do podziemi komisariatu. Cela miała ok. 4 na 4 m. Ponad połowę powierzchni zajmowała drewniana skrzynia o wysokości ok. 50 cm, pomalowana farbą olejną na zielony kolor. Byłem sam. Położyłem się na skrzyni. Zakratowane okno celi wychodziło na plac, gdzie znajdowały się pozamykane w klatkach milicyjne psy, które straszliwie ujadały. Dopiero wtedy zaczęło mnie boleć wszystko. Jednak po pewnym czasie zapadłem w sen. Obudził mnie płacz Kasi dobiegający z sąsiedniej celi. Stukała w drzwi i płaczliwym głosem wołała, że jest jej zimno. Rzeczywiście, uświadomiłem sobie, jak bardzo zmarzłem. Na zewnątrz było bardzo mroźno minus 20 stopni. Rozpaczliwe wołanie Kaśki trwało przez pewien czas. W końcu nie wytrzymałem i silnymi uderzeniami w drzwi zacząłem wzywać klawisza. Poprosiłem go, żeby wypuścił Kaśkę z celi i pozwolił jej usiąść w dyżurce, gdzie stała rozgrzana "koza"... zgodził się.
Około 7:30 zabrali mnie na przesłuchanie. W pokoju za biurkiem siedział oficer MO w randze kapitana. Zadał mi pytanie o zdarzenie sprzed 2 dni, gdy odpowiedziałem wymijająco, wyciągnął zeznania moich kolegów i kazał mi przeczytać. Było w nich wszystko. Systematycznym biciem „esesmani” spod znaku orła bez korony wymusili z tych młodych ludzi całą prawdę. Kapitan z zadowoleniem stwierdził, że moje zeznania są mu właściwie nie potrzebne. Umówił się ze mną, że będzie odczytywał zeznania kolegów, a ja tylko potwierdzę lub zaprzeczę. Tak się stało.
W międzyczasie ten usłużny funkcjonariusz Kiszczaka i Jaruzelskiego, uświadamiał mnie ideologicznie.
Areszt w Gliwicach fot. W. Janowicz
Od 5 lat do kary śmierci włącznie

Po przesłuchaniu milicjant skuł mi ręce z tyłu i wyprowadził do dużego holu. Tam zobaczyłem skutych razem chłopaków. Jarek był zmasakrowany, Zbyszek wyglądał lepiej, miał szczęście, bo był synem doświadczonego oficera LWP, którego wkrótce wypieprzyli ze służby. Wsadzili nas do policyjnej suki i zawieźli do prokuratury wojskowej na ul. Chopina, sławnej z “nieudolnie” prowadzonego dochodzenia w sprawie masakry w kopalni "Wujek".
Przejął nas młody prokurator wojskowy. Jego reakcja na widok naszych zmasakrowanych twarzy była zaskakująca, po prostu się wk..., zaczął krzyczeć na podporucznika z eskorty, straszyć go odpowiedzialnością karną, notował nazwiska funkcjonariuszy, którzy nas przesłuchiwali. Złożyliśmy zeznania przed prokuratorem.
Dowiedziałem się jak doszło do zatrzymania Zbyszka i co działo się dalej. arch fot. W.Janowicz
Gdy Jarek i Zbyszek rozklejali ulotki po drugiej stronie osiedla, podbiegło dwóch mężczyzn (w trakcie sprawy dowiedziałem się, że byli to pracownicy naukowi Politechniki Śląskiej), chwycili Zbyszka i zaczęli wzywać milicję. Wojsko było w pobliżu. Jarek wyrwał się, ale zdjęli go pod domem.
Prokurator wojskowy przedstawił nam akt oskarżenia. To były ciężkie zarzuty - próba obalenia ustroju Państwa. W trybie doraźnym jaki wówczas obowiązywał, groziła kara od 5 lat do kary śmierci włącznie.

CDN


Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.