Facebook Google+ Twitter

Zauralski półwysep Azji. Kino Dalekiego Wschodu nad Wisłą i Odrą

Do 20 listopada w Warszawie i do 19 listopada we Wrocławiu, najciekawszy polski festiwal o poznawczym charakterze. Dziś zamiast głośnego filmu – ciche, kameralne kino, z wątkami genderowymi: "Ojciec, syn i inne historie" Danga Di Phana.

 / Fot. materiały promocyjneNa 5. Smakach można odkrywać Azję, największy i najliczniejszy kontynent. Niezmienne, wyuczone w ogólniaku, 30 % powierzchni lądów i dynamiczne, rosnące 60% ludności świata zobowiązywałyby do takowych parytetów wiedzy o tym kawałku świata, którego my, ze swoją Europą, zdaniem Mao Tse Tunga, jesteśmy zaledwie zauralskim półwyspem. Na festiwalu, kto chce, może nadrobić zaległości. Na przykład dzięki wietnamskiemu filmowi „Ojciec, syn i inne historie”.

Zacznijmy od końca, niepozorny, wietnamski „Ojciec...” Danga Di Phana pokazywany był w tym roku w Konkursie Międzynarodowym 65. Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Berlinie. Tego samego, nieinnego konkursu, z którego Małgośka Szumowska przytargała Srebrnego Niedźwiedzia za reżyserię (na spółkę z Radu Jude za rumuńsko-bułgarskie „Aferim!”). Tego samego, który wyświetlał oceniany przez dwutygodnik.com jako najlepszy film 2015 roku „El Club”. Już sam udział w takim zestawieniu nie był byle czym – jakkolwiek oczywiście Berlin ściąga nieco innych twórców niż Cannes, czy Wenecja – toteż nieznajomość głównych twórców nie hańbi – są to artyści dopiero odkrywani, albo wpisujący się w klucz kina społecznie zaangażowanego od lat charakterystyczny dla niemieckich organizatorów. Finalnie Azja wygrała Berlinale, będąc reprezentowana przez irańskie „Taxi” Panahiego. „Ojciec...” niestety nie wygrał nic na festiwalu, ale też jest to film o ludziach niewygranych, wykluczonych. Bohaterem zbiorowym tej wietnamskiej produkcji jest grupka młodych Wietnamczyków żyjących na rzecznej barce.

Jest pewna analogia między „Zapomnianymi” Bunuela z lat 50. a tym współczesnym filmem. Kwestia dotyczy płodności i kontroli narodzin – w „Zapomnianych” niewidomy grajek uliczny przeklina dręczących go chuliganów: nie powinniście się w ogóle narodzić! - będąc niniejszym jednym z pierwszych kinowych lobbystów proaborcyjnych. W „Ojcu...” z kolei kwestia kastracji (wazektomii) mężczyzn ukazana jest jako element inżynierii społecznej – ojcom co najmniej trójki dzieci rząd wietnamski wypłaca całkiem sporą, jak na lokalne standardy, kwotę mającą służyć im jako ekonomiczna rekompensata za utraconą płodność. Dodajmy, że korzystają na tej zasadzie najczęściej niezamożni wykluczeni, co służy kontroli przyrostu narodzin grupy społecznej, która w przyszłości mogłaby zagrozić władzy niepokojami społecznymi. Pieniądze te bywają jednak na tyle kuszące, że Wietnamczycy decydują się... fałszować lub przejmować od kogoś innego poświadczenia o ojcostwie po to, by dzięki zabiegowi pozyskać pieniądze.

Brutalna, w tym przypadku nieprzymusowa inżynieria społeczna może kojarzyć się oczywiście ze znacznie bardziej jaskrawymi przykładami znanymi z Chin (zakaz więcej niż jednego dziecka), a nawet ze szpitali psychiatrycznych w Skandynawii („Higieniści”), czy USA, by nie nadużywać porównań z praktykami sprzed II Wojny Światowej i z niej samej.

„Ojciec...” problem zaznacza, ale nie koncentruje się na nim w sposób przesadny – centralną historią opowieści jest platoniczna miłość słabszego fizycznie, mało charyzmatycznego studenta i świeżo upieczonego fotografa do jego przystojnego kuzyna – łobuza. Dość istotną rolę w opowieści odgrywają tutaj ich koledzy, sprzedawca uliczny i podwórkowy grajek. „Milczącym narratorem” jest ojciec chłopaka, który koniecznie chciałby życzyć synowi tradycyjnego związku damsko-męskiego, do którego to podsuwa synowi młodą dziewczynę zatrudnioną na barce jako "okrętowa". Sceny zbiorowe ukazują różnice w stosunku do prywatności pomiędzy Azją a Europą - czynności intymne dzieją się albo w przestrzeni publicznej albo w specyficznie prywatnej - w salkach oddzielonych od świata umownymi ściankami. Barwne bójki, wygłupy dodają wietnamskiemu filmowi folkloru i harmonii, jakkolwiek co dramatyczniejsze wątki (potyczki z gangami, niezrozumienie i odrzucenie miłości kuzynowskiej) przypominają o tragicznej doli ukazanych tu Wietnamczyków.

Na koniec warto dodać, że poprzedni film reżysera, Danga Di Phana, "Nie bój, się, Bi" był wprowadzony w Polsce do regularnej dystrybucji - i teraz jak o nim myślę po 5 latach - wydobywam z odmętów pamięci plastyczne scenki. Również traktował o nie tyle odrzuconej, co niewyznanej miłości nauczycielki do ucznia - tak samo urzekał barwnymi zdjęciami i pomysłowymi inscenizacjami; o ile tam sopel lodu wykorzystany był jako gadżet erotyczny, tak w nowym filmie Phana za łoże miłości służy chybocząca się, mała łódka.

***

W przypadku pozostałych filmów – mogę polecać filmy jedynie na podstawie własnych wizji, czy opisowych typów – stosując tu szkołę pisania pre-recenzji (precenzji), czyli analizy i interpretacji filmów, których się nie widziało. Festiwal 5 Smaków może przypomnieć nam ciekawostki historiozoficzne takie jak fakt, że największym państwem muzułmańskim nie jest żaden Iran, Afganistan, czy Syria, ale wyspiarska Indonezja - ale dość wikipedycznej wiedzy.
Filmowe zaległości w rodzaju wczesnych filmów Johna Woo, czy świecącego tryumfy na WFF sprzed kilku edycji „Kota do wynajęcia” być może interesują tylko mnie – zatem warto po Azji wyrobić sobie własny szlak – 5 Smaków organizuje także darmowe pokazy krótkich metraży i cykl wykładów.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.