Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

1887 miejsce

Ze wspomnień Powstańca - rozmowa z Andrzejem Rumiankiem

  • Autor usunął profil

  • Data dodania: 2006-08-02 12:23

Tygrys, jeden z uczestników powstania warszawskiego, w wywiadzie specjalnie dla „Wiadomości24.pl” opowiada o okupacji, walce i moralnym zwycięstwie podczas 63 „dni chwały”.

Andrzej Rumianek, ps. Andrzej Rumianek ps. „Tygrys”, urodzony w 1928 roku, niemal całe życie mieszkał w Warszawie, do sierpnia ’44 na Starym Mieście. W czasie wojny przerwał edukację, którą w latach pięćdziesiątych zakończył w gimnazjum graficznym. Później, przez 38 lat, pracował jako poligraf w Domu Słowa Polskiego. Dziś czynnie działa w Związku Powstańców Warszawskich.

Ten ciepły, otwarty człowiek, w towarzystwie poznanej już po wojnie małżonki - Barbary, oprowadził nas po miejscach, w których sześćdziesiąt dwa lata temu rozgrywały się boje o losy Polski. Opowiedział również o swoim w nich udziale.

W jaki sposób zaciągnął się Pan do partyzantki?

Wywodzę się z Szarych Szeregów, więc działałem z ramienia harcerstwa. Przygotowywaliśmy się do ewentualnej działalności powstańczej. W konspiracji wyprawialiśmy różne rzeczy, żeby utrudnić Niemcom ich zadania, więc później było to dla nas naturalne.

Dwa dni przed powstaniem dostaliśmy zadanie, by przemieścić się na ul. Boleść. Tam nas zastało powstanie. Nie uzyskaliśmy kontaktu ze swoimi, więc podjęliśmy decyzję, że dołączymy do pierwszego oddziału, który napotkamy. Wyszliśmy na rynek Starego Miasta, gdzie stacjonował jakiś oddział. Dowódca kompanii nas przyjął i w ten sposób rozpoczęła się dla nas wojna.

Jaka to była jednostka?

Zgrupowanie „Róg”, batalion „Bończa”, 102 kompania, 2 pluton.

To rozbicie brzmi dość poważnie, ale kompania liczyła niewiele ponad trzydzieści osób, więc mniej niż niejeden pluton.

 

Ale przygotowania do powstania rozpoczęły się już wcześniej. Jaki miał Pan w nich udział?

Początkowo ja i kilku kolegów mieliśmy takie zadanie, żeby z pozycji na Nowym Zjeździe notować wszystkie samochody i czołgi Niemieckie, które tamtędy przejeżdżały. Samochody wojskowe miały na ogół wyrysowane jakieś symbole, człowiek znający się na tym z łatwością je interpretował. Takie informacje były niezwykle cenne, więc zapisywaliśmy czy wiozły wojsko czy cywili, w którą stronę jechały.

 

Podczas samego powstania co należało do Pana obowiązków?

Początkowo byłem łącznikiem, jak wszyscy w moim wieku, ale później broniłem kolejnych barykad.

 

Jak wyglądały walki powstańcze. W pierwszych dniach i już później, po kontrofensywie Niemców?

Na początku był jeszcze względny spokój. Na przykład 7. sierpnia, wypadłem do wychodka za potrzebą. Ledwo jednak rozpocząłem przygotowania do operacji, usłyszałem, że nurkuje samolot. Szybko więc się poprawiłem, pomyślałem, że nawet jeśli bomba spadnie gdzieś obok, to ta buda się zawali i będą kłopoty. Wypadłem, więc stamtąd, dobiegłem do drzwi domu i nagle jakaś ogromna siła wepchnęła mnie do środka. Bomba spadła niedaleko mnie.

Innym razem, kiedy wyciągaliśmy spod gruzów sierżanta Cichalewskiego ps. „Cichy”, wybuchła kolejna bomba. Przysypało mnie, wpadłem pod jakiś stół, który być może uratował mi życie.

Były też momenty tragiczne. Rozpoczynał się 13. sierpnia*. Wspomniany wcześniej „Cichy” leżał w szpitalu (jakaż wtedy była piękna pogoda!). Postanowiłem go odwiedzić. Wychodząc już z placówki spotkałem kolegę z harcerstwa, który tam pracował. Gawędziliśmy sobie, gdy nagle wpadł mój przyjaciel z batalionu i mówi: „słuchaj, zdobyliśmy czołg! Idziesz ze mną?” Ja na to: „oczywiście!”

Ale ten kolega, z którym rozmawiałem poprosił, bym poczekał z nim na jego zmiennika, bo też chciał obejrzeć zdobycz. Nie wiem, dlaczego z nim zostałem. Zmiennik nie przyszedł, mój przyjaciel też nie wrócił. Kiedy wyszedłem na ulicę zobaczyłem coś tak potwornego, że nie da się tego opisać słowami – na ulicach nie było widać bruku, wszędzie była krew i kawały mięsa. Na balkonach wisiały ręce, części ubrania... Obliczają, że zginęło około pięciuset osób. Ale wtedy nie sposób było tego policzyć...

 

Czym walczyliście w pierwszych dniach?

Pierwszego dnia nie było umundurowania. Ten brak można było jeszcze przeżyć, ale w mojej kompanii mieliśmy jeden karabin i jeden rewolwer. Jedyne, co było dostępne to granaty. Rzecz jasna produkcji konspiracyjnej. No, i oczywiście butelki. Był w nich materiał wybuchowy, z szyjki wystawał knot, który należało zapalić i rzucić. Była to skuteczna broń, której Niemcy bardzo się bali.

 

W PRL Akowcy nie byli traktowani jak bohaterowie. Czy spotkał się Pan z represjami ze strony władz?

My nie mieliśmy czasu na sprawy polityczne. Mój dom był spalony, do szkoły trzeba było pójść, żeby jakąś ukończyć.

Czułem jednak, że mają mnie wziąć do wojska, więc się umówiliśmy z kolegą, że pójdziemy do szkoły oficerów łączności do Łodzi. Pułkownik przejrzał moją teczkę: „a w powstaniu, co robiliście?” zapytał. „To, co wszyscy” – odpowiedziałem. „Ale w życiorysie nic nie piszecie?” - zauważył ten pułkownik. Ja mu na to: „Mądrzy ludzie mnie poinformowali, że nie mam się czym chwalić, to się nie chwalę”. Po tej rozmowie chciał mnie wysłać do szkoły politycznej do Rembertowa. Nie skorzystałem z tej okazji, ale wojsko mnie nie ominęło. Wzięli mnie kilka miesięcy później do pracy w kopalni, do Batalionów Pracy. Taka jeszcze nagroda spotkała mnie za moją walkę.

 

O powstanie toczą spory dzisiejsi historycy i sami powstańcy. Jakie stanowisko zajmuje Pan w tej sprawie?

O powstaniu niewiele wiemy i nie chcemy wiedzieć. Mnóstwo pseudo-historyków nie traktuje powstania jako historii, lecz jako wydarzenie polityczne. Dopiero ten Anglik (Davies – podpowiada pani Rumi anek ) wyprostował wiele rzeczy. Przynajmniej spojrzał obiektywnie, choć musiał przyznać, że także Anglicy byli winni nieszczęścia, które nas spotkało.

 

Nawet my, kombatanci jesteśmy podzieleni. Jedni są w Światowym Związku Armii Krajowej i oni uważają się za tych lepszych, a ja jestem w Związku Powstańców Warszawskich. Podziałów nie da się już zatrzeć, nie da się wytłumaczyć ludziom, żeby się zastanowili, oni po prostu muszą wymrzeć.

 

Czy żałuje Pan decyzji o wzięciu udziału w powstaniu?

To, co zrobiliśmy, było koniecznością. Teraz się okazuje, że zrobiliśmy źle, bo Baczyński zginął. Ale przecież nie on jeden. Jestem zadowolony z tego, co zrobiłem. To są prawa wojny i jej konsekwencje.

 

Kim Pan jest dzisiaj?

Nie jestem ani pesymistą, ani optymistą. I jeszcze raz powiem: jestem zadowolony z tego, co zrobiłem.


współpraca i fotografie: Bartłomiej Międzybrodzki

 

http://pl.wikipedia.org/ wiki/Kalendarium_powstania_warszawskiego_-_13_sierpnia

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (11):

Sortuj komentarze:

Ja chodzę z Bartkiem (wnuczkiem p. A.Rumianka) do klasy. Ostatnio przedł do nas p.Andrzej i opowiadał jak to było w tamtych czas. To co opowiedział było niesamowite! Bartek masz naprawdę super dziadka! :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

A ?eby udowodniç ?e jestem jego wnukiem powiem źe dziadek miał brata Stanisława Rumianka.
Oraz pelne imie i nazwisko moiej babci Barbara rumianek z domu Chrzanowska

Komentarz został ukrytyrozwiń

Te slowa nie są dla mojego dziadka typowe myśle źe tekst był zmieniany by lepiej się go czytalo

Komentarz został ukrytyrozwiń

Andzrzej Rumianek to mój dziadek

Komentarz został ukrytyrozwiń

Oczywiście, ale nie zawsze tak jest - jest wiele osób, od których dzięki takiej rozmowie można się dużo nauczyć. Można jeszcze zobaczyć przy okazji obchodów żwawo poruszających się kombatantów. Coraz mniej, ale oni jeszcze żyją. A przypominamy sobie o nich raz, dwa razy do roku. Trzeba rozmawiać, nie mam co do tego wątpliwości.

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 02.08.2006 17:26

Ewo, niestety to, co mówisz to prawda. Sam Pan Rumianek często posiłkował się podczas wywiadu wspomnieniami małżonki, młodszej od niego o siedem lat...

Komentarz został ukrytyrozwiń

1 - 7 września oczywiście!

Komentarz został ukrytyrozwiń

A ja z przykrością wielką zacytuję ponownie p. Rumianka : "... oni po prostu muszą wymrzeć". Nie mieszkam w Warszawie, nie wiem jakie emocje towarzyszą tematyce powstania, wiem natomiast, co dzieje się wokół Westerplatte. Tomku, do głosu dochodzą niestety złe emocje, a tego, co naprawdę działo sie na półwyspie 1 września i tak nie dowiesz się juz od Westerplatczyków (żyje ich CHYBA pięciu). Nie zapominaj, że są to już ludzie mocno sędziwi, dotknięci często sklerozą, a do tego, przez lata manipulowani :(

Komentarz został ukrytyrozwiń

Trzeba z tymi ludźmi jak najwięcej rozmawiać, poznawać ich losy, pytać - przecież już niedługo ich zabraknie, a wciąż, każdego roku przy okazji uroczystości rocznicowych, mają tyle nowych rzeczy do powiedzenia.

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 02.08.2006 11:20

Jak powiedział Pan Rumianek: "takie są prawa wojny"...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.