Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

21129 miejsce

Żeby mama była dumna

Wyjeżdżają z rodzinnego domu po szkole średniej, a nawet w jej trakcie. Czasem z przymusu, ale głównie po to, by udowodnić, że są już dorośli.

Arek (20 l.), obecnie pracownik firmy wstawiającej okna PCV i Mateusz (20 l.), właściciel agencji reklamowej. Obaj w jednym wieku, obaj z Górnego Śląska i tak samo odważni. Choć ich historie diametralnie się różnią. Za to bardzo mocno łączy ich jedna cecha - kiedy zaczyna być ciężko, myślą o rodzinie.

Dwie koszulki i karton fajek


Arkadiusz z Siemianowic Śląskich ma dwadzieścia lat, z ledwością skończył szkołę średnią. Od zawsze stawiał na pracę. „Wykonywałem prace, które do wymarzonych nie należą, są banalne, mało skomplikowane i słabo płatne. Umówmy się, na rozwożeniu pizzy kokosów nie zbijesz. Jednak mam tę satysfakcję, że zarobiłem uczciwie trochę gotówki. Potem z pracą było coraz gorzej. To znaczy albo jej nie było, albo było jej bardzo mało” – opowiada.
I kiedy pojawiła się propozycja pracy w Irlandii zwanej „zieloną wyspą”, podjął decyzję w sekundę. Bez zastanowienia spakował do plecaka laptopa, dwie koszulki i karton papierosów. Zapożyczył się u siostry na bilet lotniczy i na pierwszy tydzień życia w Irlandii.

„To był początek marca. Zadzwonił do mnie kuzyn i powiedział: - Arek jest praca na już, wszystko pewne. Decyduj się, odpowiedź trzeba dać już. – Nie wiem, muszę się zastanowić. – To jedziesz, k****, czy nie? – Dobra jadę”.

Po dwóch dniach od telefonu siedział w samolocie. Wexford, portowe miasto na południowym wschodzie Irlandii czekało już na niego. „Irlandio nadchodzę, ale się boję, bardzo – to była pierwsza moja myśl po wejściu do boeinga, pierwszy raz w życiu. Nie do końca wiedziałem do jakiej pracy jadę. Wiedziałem, że będzie to bar, a właściwie restauracja. Czyli albo na kuchni albo za barem”.

Kuzyn odebrał go z lotniska i zawiózł w przyszłe miejsce pracy, żeby zapoznać z szefem, a dopiero potem pokazał mu nowy dom. „Dotarliśmy na miejsce i tutaj pojawił się pierwszy problem…”. Na miejscu wszystko było tak, jak opowiadał mu kuzyn Jacek przez telefon. Na kuzyna może liczyć, w końcu to rodzina. Poza tym Jacek jest w Irlandii już szósty rok. Pracuje jako kelner, ale nie tam, gdzie ma pracować Arek.

Odszedłem z domu. Sam


Mateusz, właściciel agencji reklamowej, przyjechał do Katowic z jednej spod częstochowskich wsi. To był początek czerwca. Oczekiwał wtedy na wyniki matury. „W Katowicach pojawiłem się w czerwcu i od razu wiedziałem, że chcę tutaj zostać. Zdałem maturę i wybrałem studia na Uniwersytecie Ekonomicznym. Studiuję informatykę”. Jednak swoją przygodę z komputerem rozpoczął dużo wcześniej. Kiedy miał szesnaście lat stworzył pierwszą stronę internetową. Słabą, na darmowym szablonie. „Robiłem strony dla znajomych. O miodach, o kajakach, próbowałem wszystkiego. To bardzo kulało”.

– Co było najlepsze? – „Dostałem propozycje pozycjonowania w internecie. A, że kontakt był głównie mailowy, to ja mogłem zacząć pracę, mimo tego, że miałem 16 – 17 lat. Znajoma zapytała czy umiem pozycjonować. Ja odpowiedziałem, że tak, a potem dopiero dowiedziałem się co to jest".

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.