Facebook Google+ Twitter

Pozycja materiału w rankingach:

9137 miejsce

Zenon Laskowik: "Donosimy zawsze i wszędzie!"

  • Źródło: Dziennik Bałtycki
  • Data dodania: 2006-06-23 07:12

Gdybym się chciał tylko sprzedawać, to odgrzałbym te stare numery. Wziąłbym ze sobą dwóch, trzech starych kumpli. I w Polskę. Trzy razy dziennie trzaskać kasę. Albo być dodatkiem do bankietu. To nie dla mnie

- Kim pan jest dzisiaj? Satyrykiem, kabareciarzem? Bo już nie listonoszem.
- Jeśli mnie pani do tego zmusza, żebym siebie określił, to powiem tak: najpierw jestem człowiekiem i patriotą. Obywatelem tego państwa. Chociaż coraz trudniej nim być w tym państwie. Jestem także mężem, ojcem i dziadkiem. To wszystko ja. I gdzieś na końcu jest dopiero ktoś obdarzony pewnym talentem komicznym. Ktoś, kto tym talentem próbuje się z innymi podzielić.


- Za co pan kocha życie w kabarecie, a za co je nienawidzi?
- Ja kocham zabawę. Ale taką, w której jest zawsze coś sensownego. Jakaś głębsza myśl. A czego nienawidzę? Że za tym idzie coś, na co nie jestem przygotowany. Na przykład popularność. Człowiek o nią nie zabiega. A ona jest. Łapię się na tym, że asertywność nie jest moją mocną stroną. Powinienem umieć odmawiać. A nie umiem.

- A ja łapię pana na niekonsekwencji. Skoro popularność jest zmorą, to czemu pan został listonoszem? Pukał pan ludziom do drzwi. Oni otwierali, a tu... Laskowik. Jak w telewizorze.
- Nie Laskowik tylko listonosz, proszę pani. Ja zawsze byłem w mundurze. W czapce z orłem. To zobowiązywało. A jak ktoś mówił: panie Laskowik, może autograf, odpowiadałem: - przepraszam bardzo, jestem na służbie. Dystans musiał być. Miałem pracę do wykonania. Czasami nawet zagadywano - może pan wejdzie na kawkę. Wtedy ucinałem: - Nie, załatwmy tę sprawę tu. I kończyło się.

- To pan wymyślił żartobliwe hasło dla Poczty Polskiej: „Donosimy zawsze i wszędzie”. Dostał pan przynajmniej honorarium?
- Nie dostałem i żałuję bardzo (śmieje się).

- Przed laty zostawił pan scenę, bo pana spalała. Czy teraz nabrał pan już do zawodu dystansu? A może spalanie trwa nadal?
- W tym przypadku nie ma zmian. Uczciwość wobec widza jest na pierwszym planie. I tu nie chodzi o kasę. Wie pani, czego najbardziej pragnę? Żeby widz, po moim koncercie miał poczucie, że nie stracił pieniędzy, które wydał na bilet. Że nie został zrobiony w balona za swoje pieniądze. My z nowym kabaretem próbujemy coś rozwiązać na scenie. Postawić pytanie i próbować tak czy owak na nie odpowiedzieć.

- Pan mówi o misji w kabarecie?
- To jest jakaś misja. Ta, do której chciałbym się teraz przygotować, to misja trzeźwościowa. Ale za dużo nie powiem na ten temat. Przygotowuję program „Serce w butelce”.

- Ale nie uciekniemy od pana trzeźwości. Artyście najprościej po koncercie uspokoić adrenalinę alkoholem, papierosami. Tak było u pana przed laty. Uciekł pan też między innymi dlatego. Teraz po powrocie nie łamie się pan?
- Jeszcze nie, odpukać. Trwam w postanowieniu, że nie będę siebie zabijać. Zatruwać. Że to prawo -szanuj bliźniego swego jak siebie samego - zacząłem nareszcie świadomie stosować. Ja teraz nie tylko wiem, co ono znaczy, ale też je rozumiem. I przyłożenie się do tego prawa miłości jest uczciwością wobec samego siebie. Rozładowanie stresu, towarzyszącego pracy scenicznej, alkohol, czy narkotyki - wielu z tego korzysta. Ja też byłem bardzo blisko tego.

- Wyobrażam sobie, jak ciężko musiał pan nad sobą pracować, żeby dzisiaj tak lekko o tym mówić.
- Muszę pani powiedzieć, że to nie jest prosta sprawa spojrzeć prawdzie w oczy. To nie jest to samo, co spojrzeć w lusterko. Ale wtedy, przed trzynastu laty stwierdziłem, że to ostatni dzwonek dla mnie, żeby wrócić do siebie. Wrócić, aby się na dobre nie przewrócić. Poza tym ja się zwyczajnie bałem zaszufladkowania. Bałem się, że mnie wsadzą do szuflady razem z Mamuśką i Pelagią.

- Ale z szuflad piękne rzeczy wychodzą. Przecież Pelagia do dzisiaj daje ludziom tyle radości.
- Dla mnie nieustanne powtarzanie tych kabaretów to początek śmierci artystycznej. Tamta rzeczywistość już nie istnieje. Jest jak odgrzany kotlet. Chciałbym, żeby telewizja przestała wreszcie nadawać te nasze stare kawałki. Ja nie mam z tego żadnej satysfakcji. Większą radość czerpię z nowych rzeczy, na przykład z „O’ pyry za trzy grosze...”. Tutaj od początku do końca jest wszystko inne. Już nie ma PRL-u. Są nowe, dzikie warunki, w których ludzie przez trzy miesiące albo i dłużej nie dostają pensji. I to się nadaje do kabaretu. Gdzie my tak naprawdę jesteśmy?

- Chyba łatwiej jednak było obśmiewać ten PRL-owski balon, niż rzeczywistość III czy IV, jak kto woli, Rzeczpospolitej.
- Wtedy to nie była próba ośmieszania. Raczej odreagowywania tamtej rzeczywistości. Dawny kabaret był chyba najbardziej mi potrzebny. Bo w końcu co? Miało się skończone studia, dyplomy. I pojawiało się ultimatum, kiedy człowiek chciał się jakoś realizować. Albo się do partii zapisze i jeszcze po drodze zaliczy jakieś służby i współpracę, albo sobie powie - co będziemy się wygłupiać. Pół litra na stół i rzucimy nasz życia los na stos. Wybraliśmy tę opcję na stos, bo wiedzieliśmy, że zakłamanie jest dla nas nie do przejścia.

- System się zmienił. Ale nie mentalność ludzi. Czy to nie jest tak, że możemy w dalszym ciągu śmiać się z tego samego, czyli z samych siebie?
- Zawsze. Najgorsze są te nasze mity. Trzeba by je porozwalać.

- Jakie mity?
- Że jesteśmy świetni. Najważniejsi. Pępkiem świata. I dotykanie tego, w sposób nawet tragikomiczny, to zadanie dla satyryków. Ja chciałbym siebie łapać na głupocie, a innych dzięki temu rozśmieszać do łez.

- Nie smagać?
- Nie. Ja nie smagam. W naszym kabarecie nie mówimy nic na pewno. Bo jedynym pewnikiem jest to, że się urodziliśmy i umrzemy. I tych praw nam żadne eurorządy nie zmienią. A bez całej reszty, tak naprawdę, można żyć.

- Jeżeli prawdą jest, że śmiech to zdrowie... to pan troczkę leczy.
- Tak myślę, że śmiech to taka miotełka, któram nam ze środka złe rzeczy wymiata. Ja nie traktuję tego co robię, jako zawodu. Gdybym się chciał tylko sprzedawać, to odgrzałbym te stare numery. Wziąłbym ze sobą dwóch, trzech starych kumpli. I w Polskę. Trzy razy dziennie trzaskać kasę. Albo być dodatkiem do bankietu. Firma zaprasza sobie artystę, płaci mu kasę, a on bawi gości. To nie dla mnie. W moim nowym programie podotykaliśmy wielu spraw. I reakcją widowni był śmiech, a nie zażenowanie.

- Nie obśmiewa pan jednak mocno władzy.
- Bo ja nigdy nie miałem tendencji do obśmiewania. Chciałem tylko tego, żeby śmiech publiczności zmuszał władzę do refleksji. Zupełnie jak błazen, który chciał ironią wywołać refleksję u króla. I mądry król najpierw reagował złością. Ale potem pomyślał - no dobrze, ale co mnie tak zdenerwowało u tego błazna? Ano to - ja jestem już tak ważny, że korona mi wrosła w głowę. Więc zaczynają się ze mnie śmiać.

- Oj naiwny, naiwny, możnaby panu zaśpiewać. Obawiam się, że nasze władze są nie tylko ważne, ale i nieuważne. Nie mają czasu na kabaretowe wnioski.
- To dla mnie niewiele znaczy. Tylko mnie rusza czasami, kiedy śledzę te różne pomysły znad Wisły.

- Jakie?
- Żeby na przykład artyście zabrać z uzysku i rozdać na minimum socjalne, które zostanie przepite przy kiosku. To mnie rusza. Bo ja sobie odmawiam. A ten drugi się ze mnie śmieje. A ja powtarzam - dać im wędkę i niech oni te ryby sobie łapią. A potem niech sobie kupią nawet dwie albo i trzy wędki. Proszę bardzo. Bo wędka daje poczucie godności. Godność jest wtedy, kiedy jest praca. Jeżeli w ojczystym kraju 20 procent ludzi nie ma pracy, to do jakiej to refleksji zmusza? Co tu tak naprawdę jest grane?

- Mamy wolność. Nie mamy pracy.
- Ale wolność powinna szybko ten problem rozwiązać. Tak by się przynajmniej zdawało. Wystarczyłoby postawić na klasą średnią. I wprowadzić udogodnienia w zakładaniu małych przedsiębiorstw. Ale nie. Władza się do tego nie zniża. Dlatego na takim gruncie wyrastają te wszystkie populistyczne wizje. Napuszcza się jednych na drugich. Patrz, jaki ten biedny, a ile ten ma... To ich taktyka. Jak przekonać polityków i ludzi, że populizm to nic dobrego?

- Pan ma dosyć pogodny charakter. Z kabareciarzami prywatnie różnie bywa. A w panu nie ma goryczy.
- Wypracowanie pogody ducha to ciężka praca. Tak samo nie przychodzi.

- Nie wyssał pan jej z mlekiem matki?
- Może trochę. Moja mama była rzeczywiście bardzo pogodna. Żona lubiła teściową. Często powtarza: Maria była chodzącą cnotą. Ale mama to była góralka.

- Panu zdaje się niewiele do życia potrzeba. Zawsze pan tak mało żądał? Nie parł do pieniędzy?
- Ja byłem rubasznym człowiekiem. Takim sowizdrzałem. Kabaret Tey to przecież nurt plebejski. Znaleźliśmy sobie niszę między elegancją Starszych Panów a kabaretami studenckimi, zaprawionymi dekadencją. My byliśmy mieszczańscy. Wskoczyliśmy w wolny kanał. Zapełniliśmy tę pustkę. Nie wiedząc, że to się tak na całą Polską rozleje. I że tak przypadniemy ludziom do gustu. Tego w najśmielszych wyobrażeniach nie przewidywaliśmy. Ale stało się. I jak pogodzić to, co człowiek dostał, z tym na co nie był przygotowany? Sufit na głowę się zwalił. I trzeba teraz z tym żyć.

Przerwa w wychowaniu

Przed laty odszedł ze sceny i został listonoszem. Na pytanie - dlaczego, odpowiada: - Bo między lekcjami wychowawczymi zawsze jest przerwa.
Wrócił na scenę, ponieważ wilka ciągnie do lasu. Tworzy nowy kabaret. Ostatnio był w Gdyni z „O’pyrą za trzy grosze plus VAT”. Bawi jak dawniej. Tyle, że teraz w jego kabarecie orzeł się skarży na to, że przez cztery lata będzie musiał słuchać drobiu.
Niechętnie wraca do czasów kabaretu Tey. Zagadnięty jednak o to, co dziś robiłaby Pelagia, rzuca krótko: - Produkowałaby... sexbomby.
Ryszarda Wojciechowska - Dziennik Bałtycki

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.