W seksie, za normę uważa się każde zachowanie, także takie, gdy pojawia się zdecydowana dominacja jednego z partnerów, nawet klaps czy fizyczne skrępowanie. Ale domowe relacje, kiedy para dzieli swoje obowiązki na damsko - męskie, są już be.
W seksie można wszystko, ale nie w kuchni?
I jeszcze z innej beczki. Współcześni seksuolodzy, których trudno podejrzewać o konserwatyzm, uważają za normę każde zachowanie, także takie, kiedy pojawia się dominacja, w tym relacja pan – niewolnik (bądź odwrotnie) albo wulgaryzmy. Jeżeli tylko odbywa to się za akceptacją obojga zainteresowanych, to wszystko jest OK. Rozumiem, dla mnie też OK. Ale czemu w takim razie relacja, w której kobieta i mężczyzna na swój sposób dzielą się domowymi obowiązkami jest już nierównouprawnieniem? I podobne pytanie odnieść można do relacji społecznych czy rodzinnych. Podkreślam: przez wszystkich akceptowanych.
Niedawno w „Gazecie Wyborczej” w felietonie cenionej przeze mnie Dominiki Wielowiejskiej przeczytałem o wyrażonym żalu, że u nas: „O partnerstwie w rodzinie, gdzie kobieta i mężczyzna dzielą się domowymi obowiązkami, możemy tylko pomarzyć.”
No tak, ale ja mam pytanie: Jaki to związek partnerki i właściwy podział ról? Czyli w seksie można wszystko, nawet bić czy wyzywać, ale jeśli mężczyzna pracuje w garażu, a kobieta kroi sałatkę, albo po prostu facet zarabia, a kobieta chce zająć się domem, to już nierównouprawnienie, tak?
Dla mnie nie ma gorszej ani lepszej płci, ale na szczęście różnimy się między sobą, co stanowi urodę tego świata, mamy też różne predyspozycje, nieco inną konstrukcję psychiczną (statystycznie oczywiście), inną wydolność organizmu i po co to zacierać; czemu to służy?
Uważam, że równość płci nie podlega dyskusji, ale także jej różnorodność (powiedzmy inność) i walczenie z tym jest po prostu absurdem. Często tak jest, że słuszna idea zamienia się w karykaturę. Mam wrażenie, że w etapie walki o równouprawnienie dochodzimy do takiego właśnie momentu. I niech będzie, że jestem szowinistyczną świnią, albo kimś takim.
Ale taki już jestem, że wszystko mi jedno jakiej płci będzie nasz prezydent, ale na samotnej wyspie wolałbym zostać z kobietą, a budować drogę albo korczować las z facetem. Nawet jeśli znalazłyby się wyjątki, to wiadomo, co one potwierdzają.