Facebook Google+ Twitter

"Zjawa” - wyszarpany Oscar Leonardo [RECENZJA]

Głośny film „Zjawa” Alejandro Gonzáleza Iñárritu z Leonardo DiCaprio już na ekranach kin. Obraz otrzymał dwanaście nominacji do Oscara, w tym dla najlepszego filmu, reżysera i aktora.

Dariusz Pawłowski (aip)

Szanowni akademicy Amerykańskiej Akademii! Pozwalam sobie prosić - przyznajcie w tym roku Oscara za najlepszą pierwszoplanową rolę męską Leonardowi DiCaprio, za występ w filmie „Zjawa”. Bardzo się bowiem obawiam tego, co może on uczynić w następnej produkcji, by upragnioną statuetkę zdobyć. A tu poświęca się nadzwyczaj. Muszę przyznać, że Leonardo DiCaprio wspaniale daje się poszarpać grizzly (gdzie my mu tam z naszymi potyczkami z niedźwiedziami w „Krzyżakach” czy „Panu Tadeuszu”!), a następnie jeszcze piękniej zaciska zęby, jęczy, czołga się, wyje, bełkocze, toczy pianę, wymiotuje, cierpi, marznie, trzęsie się, zjada wątrobę, budzi się i zasypia, dźga i daje się dźgać. Robi to tak sugestywnie, iż na widowni razem z nim znosimy męki i za żadne pieniądze (a za jego 20 mln dolarów?) nie chcielibyśmy znaleźć się na jego miejscu. Udowadnia, że jest aktorem nowoczesnym, potrafiącym doskonale odpowiedzieć na współczesną potrzebę emocji dosadnych, nie dotykających a uderzających, niemalże namacalnych. Pokazuje, że aktorstwo nie musi polegać na kreacji, ułudzie, tworzeniu światów, warsztacie, ale może imponować sprawnością, dosłownym oddaniem przedstawianych stanów i przeżyć - że dla roli i oddziaływania na widza aktor nie musi np. grać, że mu niedobrze i zajadać smażonego kurczaka udającego wątrobę wyrwaną z martwego bizona, tylko naprawdę zjeść kawałek surowego mięsa, by wymiotować. Już nie mistrzostwo w udawaniu, ale pełne poświęcenie dla postaci i ofiarność. Szacunek, panie DiCaprio!

 / Fot. Imperial - Cinepix

To piąta nominacja aktora i naprawdę doczołgał się, i dając się tak szarpać wyszarpał sobie Oscara, który nie od dziś niewątpliwie mu się należy. Nie chcę sobie wyobrażać innego laureata na scenie Dolby Theatre 28 lutego. Choć i tak, drodzy Akademicy, osobiście nie zapomnę Wam, że nie daliście mu tej nagrody za „Wilka z Wall Street” (albo wcześniej za „Co gryzie Gilberta Grape’a?”), czyli za bardziej - dla mnie - zajmujące aktorstwo. Po „Zjawie” już pewnie sami wiecie, iż nie macie wyjścia. Jeśli podejmiecie złą decyzję, fani DiCaprio Was rozszarpią. Przecież macie do wyboru potęgę i mięso życia oraz „tylko” duże (poza Damonem) kreacje. Ktoś się jeszcze zastanawia?!? I żeby nie było tak, że „Zjawa” to tylko DiCaprio. Kapitalny jest również Tom Hardy, jako antagonista głównego bohatera, sięgający po bardziej tradycyjne dla aktorstwa środki wyrazu niż jego nieco starszy kolega. Nie chcę jednak myśleć co by to było, gdyby za ten film Oscara dostał on (jest również nominowany, w szeregu ról drugoplanowych), a legł Dicaprio... Prawda - to, sądząc z tego, co oglądamy na ekranie, jedno z najważniejszych wyzwań, jakie postawili sobie twórcy „Zjawy”. I nie tyle chodzi o prawdę wielopoziomowego przekazu czy wyrafinowanych rozważań o jakości bytu człowieka, co prawdę odczuwalną, prawdę doznań, prawdę przeżyć. Stąd autentyczna historia, prawdziwa Ameryka XIX wieku (akcja rozgrywa się w roku 1823 w Dakocie Południowej nad Missouri), rzeczywiste plenery. I użycie aktorów do zobrazowania faktu, iż to, co spotkało Hugh Glassa, rzeczywiście mogło się zdarzyć, człowiek naprawdę jest w stanie to przeżyć. A właśnie wola przetrwania jest najsilniejszą emocją tego filmu.

Człowiek trzyma się życia pazurami i pokona wszystko, by tu zostać. Lecz musi mieć cel, który wybawi go od rezygnacji. Dla Glassa jest to zemsta. Iñárritu serwując aktorom szkołę przeżycia wymusza na nas fizyczne współodczuwanie, ale chwytając za twarz bezgranicznie wciąga widza w ten świat Emmanuel Lubezki, który za zdjęcia i pracę kamery powinien dostać Oscara wysokości sosny. Ów artysta obrazu plenery fotografuje w sposób zapierający dech, a umieszczając kamerę blisko bohaterów, przemierzając razem z nimi przestrzenie, wirując i idealnie ustawiając się do każdego ujęcia, sprawia, że czujemy chłód, niepokój, utrudzenie i zapach nieczystych ludzi. Aż chwilami chce się wskoczyć w ekran, by podać rękę umordowanemu Glassowi... Dodajmy do tego fantastyczny montaż, płynne przejścia pomiędzy poszczególnymi kadrami, zjawiskową i naturalistyczną zarazem kolorystykę oraz świetnie dostosowującą się do nastroju wywołanego obrazami muzykę Ryûichiego Sakamoto. Pierwszorzędna robota! Iñárritu zdaje się uznawać odwieczny porządek i czyni go jednym z bohaterów filmu. Przywołuje rdzennych mieszkańców Ameryki, domaga się poszanowania Matki Natury, dostrzeżenia duchowości w otaczającym nas świecie. W jego filmie można dostrzec nadzieję dla samotnych z nie własnej winy: zawsze jest po co iść. Bywa jednak też ironiczny, jak ironiczne jest życie, które pozwalając nam pokonać przeciwności wielkie, dobija nas drobiazgami lub zaczynając mitręgę od nowa w chwili, gdy wydawało nam się, że to, co najgorsze, już za nami. Zabiera w dzicz po lekcję życia. To gest. Bo lepiej ją zdobywać w kinowym fotelu.

„Zjawa” to kino ważne, bo wypruwanie przed widzem bebechów potraktowano tu dosłownie, a do emocji i sumienia dociera się tu bardziej przez ciało niż umysł i duszę. Sukces tej produkcji pewnie szerzej otworzy drzwi filmom „prawdziwym”. Jednak, zacni Akademicy, jeśli wysłuchacie mej prośby i w końcu uhonorujecie Leonardo DiCaprio Oscarem, będę mógł żywić wiarę, że w kolejnych produkcjach powróci on do bardziej wieloznacznego aktorstwa. Z góry dziękuję!

Ocena: 5/6
ZJAWA USA, dramat reż.Alejandro González Iñárritu wyst.Leonardo DiCaprio, Tom Hardy

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (0):

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.