
– Jedna z przyszłych matek przyszła obejrzeć naszą placówkę już w czwartym miesiącu ciąży – mówi Janina Folwarska, kierowniczka Żłobka nr 7 w Łodzi.
W jedynym piotrkowskim żłobku leży już kilka podań o przyjęcie dzieci w... następnym roku. – Matki chcą mieć gwarancję, że znajdą się miejsca dla ich dzieci – twierdzi dyrektorka Dorota Kałużniak.
Podobnie wygląda sytuacja w Tomaszowie, gdzie także jest tylko jeden żłobek. W Łowiczu oczekujący na miejsce wpisywani są na listy rezerwowe. – Rodzice czekają, żeby ktoś zrezygnował, a listy są coraz dłuższe – mówi Elżbieta Paks, kierownik łowickiego żłobka.
Władze miast w regionie nie planują na razie otwierania kolejnych żłobków ani też tworzenia dodatkowych oddziałów w istniejących.
– O nowych oddziałach można pomyśleć, gdy chętnych będzie o połowę więcej niż miejsc – uważa Halina Mazur, dyrektorka Miejskiego Zespołu Żłobków w Łodzi, któremu podlega 30 placówek.
Zdaniem Marcina Pampucha, rzecznika prezydenta Piotrkowa, zainteresowanie tutejszym żłobkiem zwiększyło się przejściowo.
– Przyrost naturalny spada, więc w przyszłym roku powinno być łatwiej o miejsce.
Opłaty za żłobki są stosunkowo niskie. Na przykład w Piotrkowie wynoszą 90 zł miesięcznie plus koszty wyżywienia (3,50 zł dziennie), podczas gdy opiekunce trzeba zapłacić około tysiąca złotych.
(kw)
–
Dziennik Łódzki