Facebook Google+ Twitter

Zmierzch kina

Gdzie poza kinami można – mimo wszystko – oglądać ciekawe, wartościowe filmy, wychodzące poza zaklęty, zrutynizowany krąg (umownie) hollywoodzki?

Niedawna zaskakująca i zdumiewająca jednoczesność śmierci dwóch tytanów światowego kina – Ingmara Bergmana i Michelangela Antonioniego – wywołała znowu temat: czy odejście ostatnich z Największych (po Bunuelu, Fellinim, Viscontim) nie zwiastuje zmierzchu kina, filmu, bo czyż w tej dziedzinie sztuki potrafi jeszcze ktoś coś nowego, sensownego powiedzieć? 


Po pierwsze - tytani już nieraz (taka jest kolej rzeczy) odchodzili: D.W. Griffith, Erich von Stroheim, Maurycy Stiller i Victor Sjöström, Orson Welles, Sergiusz Eisenstein, Jean Renoir, Roberto Rossellini, Alfred Hitchcock, Andriej Tarkowski i wielu innych. I sztuka filmowa nie przestawała istnieć, ponieważ przychodzili inni, którzy przejmowali pałeczkę ambitnego artystycznego filmu. 


Po drugie – niepokój dotyczy – wydaje mi się - nie Wielkich Artystów, Niezwykłych Indywidualności, Niepowtarzalnych Osobowości, ale kondycji kina i filmu. Tego co widzimy gołym okiem: pożerania kin z artystycznym, ambitnym repertuarem przez molochy kinowe, w których króluje prawie wyłącznie rozrywka. To wywołuje ów lęk i strach przed ostateczną zagłada X Muzy. Ale czy słusznie? Sądzę, że nie.
 Już od pewnego czasu widoczny jest wolny, ale wzrastający przypływ widzów do kin z ambitnym repertuarem (atrakcyjnym, i to jak!). Dwa znane mi dobrze przykłady: katowickie Centrum Sztuki Filmowej (Kosmos) czy warszawski Muranów.
Marzenia widzów, a też szumne zapowiedzi multikinowców, że wśród tej mnogości sal, którymi rozporządzają, znajdzie się jedna dla różniącego się od ekranowej sieczki repertuaru – spaliły na panewce. Wcale nie ze złej woli kierowników poszczególnych gigantów, ale kategorycznych wymogów właścicieli, korporacji, sieci, które interesuje wyłącznie pieniądz.

Obecna sytuacja polskich kin przypomina do złudzenia tę z lat międzywojennych, tylko że wtedy nazywano to geszeftem, dzisiaj zaś – prawami rynku. Efekt podobny. Ale „niechaj żywi nie tracą nadziei”. Tuż przed wybuchem II wojny światowej sposób myślenia i postępowania branży kinowej zaczął się zmieniać. Wiec – kto wie – może i te kina z ambitnym, artystycznym repertuarem też są jakimś światełkiem w tunelu? 
I sprawa równie ważna. Gdzie poza kinami można – mimo wszystko – oglądać ciekawe, wartościowe filmy, wychodzące poza zaklęty, zrutynizowany krąg (umownie) hollywoodzki? Jasne, że to już nie ten odbiór, ale jednak. Mam oczywiście na myśli wszelakie telewizje. Jeśli przeglądać uważnie zapowiedzi tygodniowe, wyłuskać z nich można mimo wszystko sporo pozycji. 
Filmy dla ludzi myślących, wrażliwych jednak – na szczęście – ciągle powstają. Gdzie je można obejrzeć? Tym razem proponuję różnorakie festiwale, przeglądy, spotkania itp. organizowane przez samych twórców, ich przyjaciół, a także zapaleńców, którzy nie wierzą, że następuje zmierzch kina i filmu.


Jest jeszcze jedna sprawa, o której chciałbym wspomnieć, a której historia kina do tej pory nie znała. Bo, że film może wpływać na emocje, przeżycia, postawę człowieka, że może pobudzać nawet określone działania, ale przede wszystkim rodzić refleksje – znane było i „praktykowane” nie od dziś. Ale dopiero w ostatnich latach film zaczął służyć innemu, niezwykle szlachetnemu celowi. Otóż tworząc, prościej – robiąc filmy można tym, którzy tego potrzebują i chcą, pomóc w odnalezieniu samych siebie. Proces twórczy, jakim jest też realizacja filmu, może być – jak się okazuje – fantastycznym sposobem na: kontakt ze sztuką, ujawnienie ukrytych zdolności, rozbudzenie zainteresowań czymś wartościowym, czego do tej pory się nie dostrzegało, nie odczuwało takiej potrzeby.
Skąd mi się to nagle wzięło? Stąd, że obejrzałem kilka krótkich filmów zrealizowanych przez uczestników zajęć artystyczno-komputerowych prowadzonych przez Krzysztofa Tusiewicza (znanego, mieszkającego w Bielsku-Białej operatora i fotografika) w ramach projektu Teatru Grodzkiego „Od warsztatów aktywizujących do warsztatu pracy”. Prowadzone są również bogate w tradycję zajęcia teatralne. A uczestnikami tych wszystkich zajęć są młodzi ludzie, których większość przebywa „w placówce wychowawczej, terapeutycznej lub opiekuńczej i ma za sobą wiele ciężkich przeżyć, chwil.”
 I kiedy oglądałem te małe dziełka, uświadomiłem sobie, kto i dlaczego je zrobił i porównałem je z tą obłędną gonitwą za wyduszaniem z filmu jak największej ilości mamony, doszedłem do wniosku, że film nie zniknie z powierzchni ziemi. Nie będzie żadnego zmierzchu, będzie istniał zawsze, służąc – obok podstawowych – coraz to nowym, jakże szlachetnym celom.




Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

ja też uważam, że ambitno kino nie zaniknie, mimo że umarli ci wielcy, mimo że kiniarzom nie opłaca sie grać ciekawych, wartościowych filmów( czego dowodem jest np. fakt, że świetny film Irina Palm Sama Garbarskiego schodzi po 2 tyg. z afisza).

Nie umiem sobie wyobrazić, że Brgman będzie wyświetlany w wielkich salach. Uwielbiam jego filmy, ale takie Szepty i krzyki to nie jest film na potrzeby i wrazliwość każdego.
dobre kino jest dla elit. a tych, jak wiadomo, jest znikoma liczba.

co wcale nie oznacza, ze zapotrzebowania na tego typu kino nie ma, bo jest, tylko nie w takich liczbach, które pojawiają się przy okazji wielkich hollywoodzkich produkcji.

tak to juz skonstruowany ten świat, że masy słuchają Dody a nieliczni jazzu;]

Komentarz został ukrytyrozwiń
  • Autor usunął profil
  • 29.09.2007 10:40

chciałbym mieć tyle nadziei, ale jednak szczerze wątpię

Komentarz został ukrytyrozwiń

+ :) ciekawie i prawdziwie, niestety

Komentarz został ukrytyrozwiń

Dziękujemy za Twoją aktywność w serwisie wiadomosci24. Do zobaczenia niebawem w innym miejscu.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl
#PRZEPROWADZKA: Dowiedz się więcej

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.