Ucieczka z miasta do głuszy, intryga kryminalna, tajemnice z przeszłości, wątek miłosny, pełne humoru scenki z polskiej wsi. A przede wszystkim wielka życiowa przemiana – nigdy nie jest za późno, aby zacząć wszystko od nowa!
Nowa powieść Jana Grzegorczyka, autora bestsellerowego cyklu o przypadkach księdza Grosera, już w tym tygodniu w księgarniach!
Marcin Wilk: Nie zdradzę wiele, gdy powiem, że Twoja najnowsza książka, Puszczyk, zaczyna się od śmierci przyjaciela głównego bohatera, Stanisława Madeja, którego znamy z Chaszczy. Brzmi to jak początek powieści kryminalnej i faktycznie coś jest na rzeczy. Dochodzenie okaże się jednak nietypowe, bo będzie dotyczyć nie sprawy, lecz... człowieka. Skąd taki pomysł fabularny zalągł się w Twojej głowie?
Podam ci jeden z powodów. W Chaszczach stworzyłem postać sympatycznego księdza z mroczną tajemnicą. Kilka osób zaczęło go utożsamiać wbrew mej woli z konkretną postacią z rzeczywistości i snuć różne domysły. A więc żeby uciąć te niebezpieczne spekulacje i „uratować” człowieka, musiałem uśmiercić bohatera książkowego. Może to zabrzmi śmiesznie, ale wiele tygodni nosiłem się z decyzją zabicia księdza i jednocześnie przyjaciela. Dopóki się nie odważyłem na ten czyn, nie mogłem ruszyć z książką. W kryminale trzeba kogoś zabić. Ode mnie zależało kogo. Czułem się nieswojo, choć zamierzałem to zrobić z troski o niego. Mówię to na serio. Przez wiele lat z powodu moich książek o księdzu Groserze oskarżano mnie, że „szczekam na księży”. Szczekać to jedno, ale zabić księdza to już poważniejsza sprawa. Biłem się z myślami i w końcu wyjawiłem swój plan zabójstwa prototypowi powieściowej ofiary. Przyjął go z całkowitym zrozumieniem.
Skoro o tym mówisz, to przyznam, że odniosłem wrażenie, że znowu najbardziej interesuje Cię zmiana. A raczej możliwości, jakie ma przed sobą człowiek ograniczany przez różne żądze, błędy, niepokoje i wiele innych przyziemno-materialnych spraw. To zresztą ciągnie się od Grosera... Ciekaw jestem, czy w Tobie, gdy piszesz swoje fabuły i poniekąd uczestniczysz w tych wszystkich zawirowaniach bohaterów, wzmaga się wiara w człowieka, czy wręcz przeciwnie? Pytam Cię bardziej jako człowieka, nie pisarza.
Wierzę, że prawie wszystkie warianty przemiany są możliwe, natomiast jednocześnie mam świadomość, że jednym udaje się piąć ku dobru, a inni skaczą do przepaści. Tym drugim często wydaje się, że skaczą na bungee i że tuż przed zderzeniem z ziemią zawsze się odbiją w górę, ale nie zawsze to się udaje. W rzeczywistości lina często pęka. Prawie każdego dnia przeżywam zachwyty i zwątpienia z powodu ludzi, których spotykam. Ważne, żeby wyrobić w sobie jakąś odporność na te skrajne przygody z drugim człowiekiem.