Opowieść o samotności. Zimnie. Czekaniu. Opowieść o szczęściu. Miłości. Życiu. Opowieść o niczym dla wszystkich.
Jest późno. Siedzę na mokrym bruku i patrzę, jak wróbel przede mną stroszy piórka.
Obok z rynny wylewa się brudna deszczówka, a światła w bloku naprzeciwko mają różne kolory. Jest bardzo późno, a ja jestem bardzo zmęczony. Zastanawiam się co jest za tymi zasłonkami i roletami w bloku naprzeciwko. W zasadzie nigdy nie lubiłem rolet. Ciężkie kotary – choć wydają się staroświeckie – mają w sobie największy urok. Rolety to skojarzenie z industrialnym, zimnym, islandzkim wnętrzem. Ascetyzm. Dziś, po tylu wypowiedzianych słowach, czuję w sobie to zimno. Dotykam każdego skrawka zimnego, islandzkiego gruntu. Dotykam całym sobą. Dziś wszystko jest zimne.
Na balkonie, który znajduje się na drugim piętrze w trzeciej klatce stoi para i pali papierosy. Jak silny musi to być nałóg, by nawet w deszcz oddawać się jemu? Na poręczy chodzi gruby kot i przygląda się, jak jego właściciele wypuszczają z ust dym. Raz, dwa, raz, dwa… Uczta papierosowa trwa. W oknie obok, po lewej stronie, światło ma kolor ciepłej pomarańczy. Zastanawiam się podświadomie, czy wszystko w domu tym jest takie ciepłe? Czy mieszkańcy mają ciepłe bambosze, czy może znajduje się tam tylko materac i nic im więcej nie potrzeba do szczęścia?
Całe życie nie potrafię zrozumieć, jak bardzo ludzie różnią się od siebie. Choć pozornie identyczni, w środku, wewnątrz, zupełnie inni. Rzekomo nie ma ludzi niezastąpionych. Myśl taka jest w zgodzie z tezą, że każdy jest inny i tylko od nas zależy jak bardzo dostosujemy się do otaczającej nas rzeczywistości i jak bardzo przesiąkniemy koniecznością, przed którą życie czasami nas stawia.
Wróbel odleciał. Para wróciła do mieszkania razem z kotem. Zostało tylko zapalone ciepłe światło i padający deszcz. Nie chcę iść do domu. Człowiek nie jest jednostką autodestrukcyjną i nie chce wracać tam, gdzie jest mu źle. Właśnie… mój dom. Nie jest industrialny, ani urządzony z barokowym przepychem. No, może drzwi są zbyt majestatyczne, ale całe wnętrze nie kryje w sobie żadnej tajemnicy. Nie ma w nim milionów szuflad, jak u Wisławy Szymborskiej, ani nie jest loftem z przestrzenią do życia niektórym tak bardzo potrzebną. Moje mieszkanie jest puste. Nie ma w nim kota, rybek, królika. Nie ma śladu rączek małych dzieci na ścianach i nie czuć zapachu obiadu, gdy się doń wchodzi. Ktoś może zadać sobie teraz pytanie: zgorzkniały singiel? Bynajmniej.