Facebook Google+ Twitter

Znaleźli psa po 52 dniach!

  • Źródło: Express Ilustrowany
  • Data dodania: 2008-11-26 13:18

Jest chudszy o dziesięć kilogramów, ale bezgranicznie szczęśliwy, bo po 52 dniach tułaczki udało mu się wrócić do ukochanych państwa. Blek, sympatyczny kundelek przeżył gehennę, ale dzięki determinacji swych opiekunów jego historia zakończyła się happy endem.

 / Fot. "Express Ilustrowany"Wszystko zaczęło się wrześniowego wieczora. 30 września po godz. 18 mąż pani Joanny Krawendy wziął dwa psy: dwuletniego Bleka i dziewięciomiesięczną Aksę i poszedł z nimi na długi spacer w okolicy Jeżewa, koło Zgierza, gdzie mają działkę. Jednym z punktów wyprawy był niewielki młody las, w którym psy uwielbiały hasać. Zwykle po kilku minutach gonitw wyskakiwały i biegły dalej. Tym razem na gwizd przybiegła tylko Aksa. Nawoływania nie przynosiły skutku więc mężczyzna wrócił po pomoc. Rodzina szukała psa do północy. Rano zrozpaczeni w całej okolicy rozwiesili plakaty ze zdjęciem psa i numerem telefonu. Zawiadomili wszystkie schroniska dla bezdomnych zwierząt, fundacje i przytuliska w województwie łódzkim.

- Skontaktowaliśmy się nawet z leśniczym i myśliwymi, żeby zwrócili uwagę na zagubionego psa - opowiada Joanna Krawenda. - Nie ustawaliśmy w poszukiwaniach ani na moment. Mąż raz w tygodniu jechał do schroniska na ul. Marmurowej, żeby osobiście poszukać wśród psów.

Zaginięcie Bleka rodzina przeżyła tym bardziej, że pies był podrzutkiem, którego przygarnęli kiedy był szczeniakiem. Ktoś wrzucił go przez ogrodzenie na działkę. Psiak był w kiepskim stanie. Miał chore oko. Weterynarz ocenił, że ma zerwane mięśnie przytrzymujące gałkę oczną. Możliwe, że ktoś go mocno uderzył lub kopnął. Wychowany od szczenięcia zaprzyjaźnił się z seniorem, który mieszkał w domu od 14 lat. Gdy ten odszedł ze starości, do domu trafiła Aksa, rasy wilczur. Psy szybko się zaprzyjaźniły i wzajemnie się pilnowały.
- Dlatego nie możemy zrozumieć, co się wówczas stało, że Blek nie wybiegł z lasku - wspomina pani Joanna.

Gdy rodzina powoli traciła nadzieję, że pies się odnajdzie (choć wciąż z równym zapałem i konsekwencją szukali zwierzaka) 19 listopad dostali sygnał, że pies prawdopodobnie jest w schronisku zgierskiej fundacji Medor. Jedynie jego chore oko dawało przypuszczenie, że to właśnie on.
- Kiedy mąż po niego pojechał pies nie miał siły się nawet cieszyć, tylko lizał go przez siatkę w boksie po dłoni - dodaje pani Joanna.

Wycieńczonego psa znalazł przechodzień na przystanku autobusowym w Zgierzu. Wychudzony, bez sił leżał w kałuży. Nie miał siły by uciec, ale nie pozwalał się nikomu do siebie zbliżyć. Podstępem, za radą pracowników schroniska, podano mu karmę ze środkiem usypiającym. Dzięki temu trafił pod opiekuńcze skrzydła wolontariuszy. 20 listopada właściciele zabrali go do domu.

- Jest w dobrym stanie fizycznym, ale strasznie wychudzony - mówi jego opiekunka. - Dla mnie to jest historia pełna optymizmu, że nie warto tracić nadziei. Nie chcę nawet myśleć jakby się czuł nasz ukochany pies, gdybyśmy go nie odnaleźli i nie zabrali do domu.

Według pracowników schronisk dla bezdomnych zwierząt większość przebywających tam psów to zguby, które mają swoich właścicieli. Jednak ludziom często brakuje determinacji w poszukiwaniu psa.

(jed) - " Express Ilustowany".

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (2):

Sortuj komentarze:

No, nieźle:D

Komentarz został ukrytyrozwiń

Kochany Blekusiu, proszę już więcej nie bawić się we włóczęgę. Masz wspaniałych opiekunów. Jak to dobrze, że nie poddali się w żmudnych poszukiwaniach. Pozdrowienia od mojego Placka - labcia.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.