Pozycja materiału w rankingach:
W tygodniku Angora nr 2/2011 pojawił się artykuł Leszka Szymowskiego zatytułowany "Wrobiony". To opowieść o detektywie, który w 2010 roku, w oparciu o posiadaną wiedzę, złożył zeznania istotne dla śledztwa w sprawie zabójstwa gen. Papały.
Znany detektyw, o którym mowa, to Jerzy Godlewski. Kiedyś agent niemieckiej policji, a po 2000 roku licencjonowany prywatny detektyw.
Artykuły
(177)
Galerie
(21)
Średnia ocen
(3.48)
Wiek: 28 | Miejscowość: Opole / Kraków / Jordanów/Jędrzejów | Kraj: Polska
O mnie: http://gusia.wrzuta.pl/audio/4m2z2fVHFW0/urszula_sipinska-mam_cudownych_rodzicow
Ostatnie artykuły autora:
Sortuj komentarze:
Sylwester Dejnar 12.04.2011 20:55
Jak donosi portal Onet.pl Jerzy Godlewski podający się za prywatnego detektywa został zatrzymany i aresztowany w Jastrzębiu Zdroju. Prokuratura postawiła mu pięć zarzutów: znęcanie się nad konkubiną, gwałt, podżeganie do usunięcia ciąży, nakłanianie świadka do składania fałszywych zeznań i wyłudzenie pieniędzy o znacznej wartości - informuje Jacek Rzeszowski, Prokurator Rejonowy w Jastrzębiu-Zdroju. Godlewskiemu grozi do 10 lat więzienia.
Kim jest Jerzy Godlewski?
To człowiek o dwóch obliczach. Na użytek mediów - nieposkromiony pogromca złodziei samochodów. Dzielny śledczy z Hamburga, pracujący dla wielkich firm ubezpieczeniowych. Jest jednak druga, prawdziwa twarz Jerzego Godlewskiego. Kryminalisty, złodzieja, oszusta człowieka bezwzględnego w działaniu, za nic mającego prawo.
Godlewski jest mistrzem autokreacji. Najlepiej czuje się w roli światowca z doskonałymi kontaktami w międzynarodowych ubezpieczalniach. Z pasją opowiada mediom o pogoni za ciemnymi typami. Jako jedyny sprawiedliwy poinformował prokuraturę o tym, że jego konkurent Krzysztof Rutkowski ukradł Mercedesa 300 SL. Godlewski potrafi pokazać dziennikarzom także sentymentalną twarz. W Jastrzębiu Zdroju buduje od lat dom-ogród, w którym miejsce mebli zajmą rośliny, a woda i światło będą kształtowały przestrzeń. “ Dlaczego postanowiłem budować wJastrzębiu? To proste! Jak niemal każdy człowiek jestem sentymentalny“ tłumaczy dziennikarzowi pisma "Budujemy dom". “Tutaj mieszkają rodzice. Nie chciałem, aby podczas moich wizyt w Polsce matka i ojciec musieli wysłuchiwać, czym się zajmuję i jak mroczne są to sprawy. Przez długi czas sądzili, że sprzedaję po prostu polisy na życie. Starałem się izolować swoją rodzinę od tych wszystkich brudów.
To rzadka chwila, gdy Godlewski przypadkiem mówi mediom prawdę. "Mroczne sprawy" i "brudy" dobrze charakteryzują jego działalność. Już 11 late temu Joanna Żarnoch-Chudzińska, dziennikarka "Gazety Wyborczej", we wstrząsającym reportażu "becepe" (GW nr 301, z 27 grudnia 1999) opisała mroczne sprawy Godlewskiego (zastępując jego nazwisko w tekście pseudonimem Jan Załucki).Reportaż przybliża początki kariery Godlewskiego w latach dziewięćdziesiątych. W Zielonej Górze nasz bohater nawiązał kontakt z Damianem K., złodziejem aut, który wprowadził go w gangsterskie środowisko, a potem został jego kierowcą. Dziennikarka "Gazety Wyborczej" dotarła do Adama B., który wybudował dom dzięki - jak sam to określa - samochodowym "interesom". Tak opowiada o współpracy z Jerzym Godlewskim: - Sprzedawałem samochody, które chłopaki kradli na Zachodzie. Dzwoniłem do Godlewskiego - za mercedesa wartego 200 tys. zł płacił 1,5-2 tys. marek.Godlewski, dowiadujemy się z reportażu, doskonale znał złodziejskie gangi w zachodniej Polsce. Odkupywał od nich skradzione za granicą samochody, które albo zwracał niemieckim firmom ubezpieczeniowym albo sprzedawał na czarnym rynku, albo przerzucał na Wschód.
Joanna Żarnoch-Chudzińska pisze: "W Zielonej Górze masowo giną wtedy auta, zwłaszcza obcokrajowcom. A na czarnym rynku - od złodziei lub paserów - można już za tysiąc marek kupić samochód wysokiej klasy. Zatrzymywani przez policję złodzieje zeznają, że stałym odbiorcą kradzionych samochodów jest Godlewski. W tym samym czasie on sam często gości w komendzie. Nie musi się nawet meldować w biurze przepustek. - Zjawiał się w gabinetach naczelników i pokojach policjantów - wspomina Marek Piotrowski. - Dobrze ubrany, ale nie rzucał się w oczy. Parkował auto przed komendą na "kopertach" dla aut policyjnych. - Raz przyuważył go kolega z drogówki i chciał wlepić mandat - opowiada policjant, który pracował wówczas w komendzie rejonowej. - Nagle z budynku wyskoczył Adam Myszyński, zastępca komendanta. "To mój gość! - krzyknął. - Proszę nie robić mu żadnych problemów".
Tusk uspokaja: Nikt w Polsce na Euro 2012 nie będzie zagrożony
(odsłon: +697)