Facebook Google+ Twitter

Żona męża stanu z gitarą

Skandalicznie zdobyty status Pierwszej Damy Francji w życiu Carly Bruni mocno namieszał. Prywatnie radzi sobie świetnie, artystycznie - niekoniecznie. Bo twórczość Włoszki wraz z jej zaskakującą nobilitacją zyskała rangę racji stanu. A to przecież głosik cienki jak ser na zapiekankach, bez choćby cienia minimalnej modulacji

Okładka "Comme Si de Rien N’Etait" / Fot. Materiały prasowe - 4ARTPoszło o linijkę: "Jesteś moim narkotykiem, (...) bardziej niebezpiecznym niż kolumbijska kokaina, (...) jesteś moją orgią” z najnowszej płyty 41-letniej Bruni - "Comme Si de Rien N’Etait" ("Jak gdyby nic się nie stało"). Z jednej strony nota protestacyjna szefa kolumbijskiego MSZ Fernanda Araúja, z drugiej oburzenie francuskiego społeczeństwa, bo kto jest tym narkotykiem wiadomo od początku. Historii tego romansu, a później małżeństwa nie sfabrykowałaby nawet najbardziej podstępna bulwarówka świata. Wspólny wypad do Disneylandu, romantyczne spacery brzegami Nilu, ślub w tajemnicy, wreszcie ostatnio pogłoski o ciąży, czyli francuski przepis na Pierwszą Damę. Ale grunt, że coś się dzieje, nawet jeśli notowania głowy państwa spadają, która szczerze mówiąc nieszczególnie się tym przejmuje, bo ataki odpiera słowami: "W Pałacu Elizejskim zasiadł wreszcie prawdziwy facet, który ma między nogami instrument i go używa". W takim wypadku aż strach coś o nowej płycie Bruni napisać, bo zyskuje ona znaczenie skarbu narodowego Francuzów.

"Jestem dzieckiem, mimo moich 40 lat, mimo moich 30 kochanków"


We Francji "Comme Si de Rien N’Etait" bardzo szybko zdeklasowała wydaną w tym samym czasie nową płytę Coldplay, co w sumie nie jest szczególnym wyczynem zważywszy na ostatnie dokonania Chrisa Martina. 14 tysięcy sprzedanych egzemplarzy w ciągu dwóch dni, to wynik bardzo dobry choć nie oszołamiający zważywszy na to jak szybko z półek schodziły dwa poprzednie krążki artystki. Można by to zwalić na ogólny zastój w branży i dogorywanie muzycznego rynku, ale i tak sprzedaż jest wysoka, szczególnie jak na piosenkę francuską, o której z okazji każdej Eurowizji polski komentator mówi, że umarła, co wskazuje bardziej na brak obeznania z tematem niż głuchotę. Tak samo tłumaczę sobie popularność omawianej płyty. Wiadomo, że po album jakiejś Scarlett Johanson, czy Emmanuelle Seigner sięga się niekoniecznie ze względu na walory artystyczne, ale dla nazwiska wykonawcy. Bruni zawsze wydawała przesłodzone, ale ładniutkie płyty. Króciutkie i prościutkie piosenki z wysmakowanymi aranżacjami zręcznie podpinały się pod modną ostatnio piosenkę folkową i szał na punkcie wszelkiej maści songwriterów.

"Płonę dla ciebie jak poganka"


"Comme Si de Rien N’Etait" jest jednak płytą niemiłosiernie nudną, która ledwo się broni nawet w wykorzystaniu jakim dwa poprzednie albumy Bruni sprawdzały się najlepiej. "Quelqu'un m'a dit" i "No Promises" to były płyty o czysto użytkowym charakterze, pop pierwszej próby jaki powinno się puszczać w centrach handlowych i sieciach kawiarni. Miły, trochę sielski, ale niemęczący, łatwo wpadający w ucho. Przy "Comme Si de Rien N’Etait" dosłownie zasnąłem, co jest wyczynem wielkim, kwalifikującym się dla artysty niekoniecznie na plus. Pal licho nudne i zgrzebne aranżacje, oraz kompozycyjne mielizny, z których wybijają się jedynie figlarne "L'amoureuse", kabaretowe "Le temps perdu" i ożywcze "L'antilope".

W całym tym przedsięwzięciu najgorszy jest jednak wokal byłej modelki. Głosik cienki jak ser na zapiekankach, bez choćby cienia minimalnej modulacji. Carla nie potrafi go używać, zero dramatyzmu, zero emocji, już lepszy efekt można by pewnie osiągnąć podstawiając za wokalistkę syntezator mowy. Na dokładkę zmasakrowany cover z Boba Dylana zaśpiewany z po prostu słabym akcentem. Cóż, słychać że romansując z Jaggerem i Costnerem, Carla wielu tematów do rozmów z oboma nie miała. Jedyną ciekawą rzeczą na albumie są teksty, podobno, bo jako słuchacz z mową cór Paryża nieobyty nie mogę zachwycać się ich skandalizującą treścią. Mogę za to stwierdzić, że w tym roku płyty bardziej beznadziejnej z zakładki "sławni, niekonieczne śpiewający" już chyba nie będzie, choć - uwaga, konkurencja nie śpi - Scarlett już się odgraża, że scoveruje The Cure. A z informacji z kraju - od września rusza nowa edycja "Jak oni śpiewają".

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (4):

Sortuj komentarze:

no mi poprzednie płyty Bruni się podobały. nie męczyły, z pięknie skrojonymi aranżacjami, które umilały przesłodzoną całość, a i wokal podchodził, ale ta nowa to jest nudna strasznie...

a "Viva..." to wzbudza najskrajniejsze emocje i niech każdy przy swoim zdaniu pozostanie ;)

Komentarz został ukrytyrozwiń

recenzja zjadliwa, ale ja takie lubię.

natomiast nie zgadzam się z nią, bo nie każdy musi mieć głos Amy Winehouse, żeby miło tego było słuchać. Ja poprzedniech płyt Bruni slucham z przyjemnością. Tak samo Coldplay wg mnie wydał dobrą płytę i nie rozumiem, czemu się tak jej wszyscy czepiają. Włożylam do odtwarzacza w samochodzie i spodobała mi sie od razu, a to o czymś świadczy;]

Komentarz został ukrytyrozwiń

dawno nie czytałam, by ktoś tak album zjechał!
ciekawe porównanie z serem na zapiekance, choć to nie reguła. Pozostał uśmiech na twarzy i niechęć do samodzielnego odsłuchania albumu.

Komentarz został ukrytyrozwiń

"co w sumie nie jest szczególnym wyczynem zważywszy na ostatnie dokonania Chrisa Martina" - nie zgadzam się. Coldplay nagrał dobrą płytę.

""Comme Si de Rien N’Etait" jest jednak płytą niemiłosiernie nudną" - całości nie słyszałem, może ze dwa razy mi gdzieś singel śmignął koło ucha, ale raczej średnio zainteresował, wierzę więc na słowo :-)

"Cóż, słychać że romansując z Jaggerem i Costnerem, Carla wielu tematów do rozmów z oboma nie miała. " - hehe, oto i zacne podsumowanie :-)

+ za recenzję

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.