Facebook Google+ Twitter

Życie jako podróż

Czas jest łaską i wymaga wielkiej mądrości, by go roztropnie i dobrze wykorzystać. Mesa Selimović, serbski pisarz, w powieści „Derwisz i śmierć” radzi: „Każdy powinien od czasu do czasu pojeździć po świecie... Dobrze byłoby być włóczęgą!...

Suchumii, stolica Abchazji

Wracamy z Kaukazu i zatrzymujemy się w tym porcie nad Morzem Czarnym. Jest początek lata, piękna pogoda. Spacerujemy po molo. Za nami idzie trzech marynarzy z Floty Czarnogórskiej i nagle jeden z nich podchodzi do mnie i wskazując na medalik Matki Bożej na mojej szyi prosi, by mu go odsprzedać. Jestem zaskoczony, tłumaczę, że to pamiątka i nie da się zdjąć z szyi, to marynarz przeprasza i w jednej sekundzie zdejmuje mi medalik z szyi. Nie ma rady – daję go w prezencie marynarzowi i pytam, dla kogo ten prezent. „Dla mojej narzeczonej!” – odpowiada uradowany.

Mont Blanc

Brakowało nam czasu, bo pojutrze musieliśmy być w Genewie, by odlecieć do kraju. Pieniędzy także nie mieliśmy, zresztą jak zwykle. Kazik znalazł gdzieś za oknem kawał starego chleba, mieliśmy dwie konserwy. W schronisku Aiguille du Gouter z trudem zajęliśmy kawałek podłogi, by w trójkę spędzić noc i o pierwszej po północy wyruszyć na szczyt. Związani liną szliśmy pod gwiazdami, które można było dotknąć ręką. Obok schronu Vallot ratowaliśmy Japończyka i o godzinie siódmej dwadzieścia byliśmy na szczycie; Biała Góra 4807 metrów! Przed nami w blaskach wschodzącego słońca był cały świat...

Kijów

Także wracaliśmy z Kaukazu, ale innym razem. Czekaliśmy na pociąg i szukaliśmy jakiejś restauracji, by się posilić. Wstąpiliśmy do „Rubina”, ale tu akurat była uczta weselna, ale gdy szefowa sali dowiedziała się, że jesteśmy alpinistami z Polski i wracamy z Kaukazu, przyjęła nas i umieściła w osobnej salce. „Dam wam wszystko, co jedzą goście weselni, i szampana!” – powiedziała i zapowiedź spełniła. A gdy po trzech godzinach ucztowania wyszliśmy razem z Dmitrzakiem na Krieszczatik, spotkaliśmy „babuszkę”, która sprzedawała „chliebny kwas” i trochę z pragnienia, trochę ze współczucia kupiliśmy po litrze tego słowiańskiego napoju, zapłaciliśmy i szliśmy dalej, ale nagle słyszymy za sobą wołanie – za nami biegła „babuszka”: pomyliła się i zapomniała nam wydać dwie kopiejki! Do dzisiaj widzę w wyobraźni tę scenę...

Gran Paradiso

Czterotysięczna góra w Alpach Graickich. Wyruszamy z namiotów po czwartej i o godzinie dziewiątej jesteśmy na szczycie, na którym stoi statua matki Bożej – Madonna di Gran Paradiso. A przy niej płonie zapalona świeca w szklanym naczyniu. Kto i kiedy to zapalił? Ktoś z nas komentuje: „To od wczoraj, wczoraj było Wniebowzięcie Matki Bożej, widocznie zapalił anioł...”

Kaukaz

Przebywamy w schronie wysokogórskim „Prijut-11”, by się trochę zaaklimatyzować przed wejściem na Elbrus. Jedna z naszych koleżanek, Grażyna, cierpi na chorobę wysokogórską i czeka na zejście na dół. I oto odwiedza ją Swietłana, dziewczyna pracująca w schronie, i daje jej gałązkę kwitnącego rododendronu. Na wysokosci 4200 metrów, wśród wiecznych śniegów i lodów, gałązka rododendronu!

Himalchuli

Trwa himalajska wyprawa „Pastoral Expedition Himalchuli”, w ramach której w sanktuarium tej góry odprawiamy Mszę Świętą za Jacka z Wrocławia i wszystkich poległych w tych górach. Za niedługi czas dołączą do nich Wanda Rutkiewicz i Jerzy Kukuczka, sławny himalajskie. Przez cały czas oprócz pijawek w dolnych partiach towarzyszą nam burze z piorunami i śniegiem. Gdy pierwszego dnia budzimy się i usiłujemy wyjść z namiotu, jest prawie niemożliwe, tyle w nocy napadało śniegu. I patrzymy, jak dwóch z naszych tragarzy schodzi w dół zupełnie boso...

Tieberda

Znowu Kaukaz. Mieszkamy w górskim hotelu, do którego pewnego dnia przybywają weterani „wojny ojczyźnianej”, wśród których są także żołnierze Armii Czerwonej, którzy walczyli o wyzwolenie Wrocławia. Wśród nich jest także Oleg, stary żołnierz, który gdy się dowiaduje, że jesteśmy z Wrocławia, darzy nas szczególną sympatią. I pewnego dnia, gdy wracamy z gór bardzo zmęczeni i odpoczywamy, nagle na naszym korytarzu rozlega się głośne wołanie: „Nu kuda jest mój drug, Roman?” To Oleg – idzie niosąc w jednej ręce butelkę „Stołecznej”, a w drugiej dwie szklanki!

Tatry

Narodowa góra Słowaków – Krywań. Stoi tu krzyż, ale pod krzyżem brakuje Maryi, Matki Bożej. I pewnego dnia, w sierpniu, w wigilię Wniebowzięcia Matki Bożej, instalujemy ryngraf Maryi Panny na Krywaniu...

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Plus za mądry i ciekawy tekst :)

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2017 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.