Facebook Google+ Twitter

Życie, miłość, śmierć, czyli wspomnienia z rajskiego ogrodu

  • Autor usunął profil

  • Data dodania: 2008-04-21 22:01
  • Creative Commons

Sędziwy generał powiedział mi, że tak naprawdę żałoba trwa około trzech lat. Tyle czasu musi upłynąć, aby człowiek poradził sobie z hydrą pamiątek. Widząc, jak odchodzą starzy znajomi, nie da się zapomnieć o śmierci bliskich sercu osób.

Stara kobieta odwijała resztki zimowego chochoła z krzewu dzikiej róży. Właściwie nie była ona znów taka dzika... Oswoił ją mąż ogrodnik. Przez wszystkie cztery pory roku pielęgnował, jak wszystkie drzewa i kwiaty zasadzone wokół domu. Codziennie skoro świt, sędziwy starzec zraszał pąki czule obserwując rozwój każdej rośliny. Robił to na własny rachunek skromnie wspomagany z funduszów, które administracja spółdzielni mieszkaniowej i tak wydaje na zazielenienie terenu.

Emeryt z pomocą żony i kilku znajomych stworzył wokół nieciekawego, szarego bloku prawdziwy raj. Potrzebował zaledwie kilku lat, żeby osiedlowa sypialnia krańcach stolicy stała się chętnie odwiedzanym zaułkiem. Przychodzili tu nie tylko zakochani. Podchmieleni kolesie lubili usiąść z puszką w ręku i oddychając wieczorem pełną piersią gapić się przez korony drzew na gwiazdy. Tym razem po ich zniknięciu o świcie spotkałem się z żoną ogrodnika. Pozdrowiłem ją, jak wszyscy bliźni szanujący bezinteresowną pracę człowieka. Przez chwilę zastygła w bezruchu. Przyzwyczajony do zdawkowej odpowiedzi na zwyczajowo wypowiadane formułki nie wiedziałem, jak się zachować w przedłużającej się chwili milczenia. Bezwiednie postawiłem kubły pełne śmieci na asfalcie i czekałem. Kobieta podniosła się z klęczek i spojrzała mi smutno w oczy z pretensją w głosie:
- To już ostatni rok...
Zabrzmiało, jakby nadchodził Armagedon. Ona jednak wyjaśniła rzecz do końca:
- Robię to, bo mąż jesienią je opatulił. Inaczej zmarnieją, jak on. Tylko patrzeć, jak wszystko zacznie kwitnąć...

Rzeczywiście, wkrótce zażółciły się pierwsze forsycje. Rozbieliły się nawet gałązki drzew widoczne z okna mieszkania w oddali. Wiedziałem od sąsiadów, że już raczej nie ujrzę zawołanego ogrodnika w jego żywiole. Chory na raka płuc dożywał swoich dni w mieszkaniu z widokiem na jego niesamowite dzieło. Podziwiałem je i rozumiałem tę pasję. Każdy piszący człowiek także buszuje w ogrodzie pełnym słów. Można w nim znaleźć wyrazy pospolite, zachwycające metafory, ale też pospolite chwasty. Pisarz przebiera w tym bogactwie, jak ogrodnik selekcjonuje nasiona. Sąsiadujący z nami Mistrz Ogrodu w sobie tylko znany sposób siał, pielił, wyrywał rośliny, a kiedy trzeba, palił je na stosie.

Wszystko to czynił z wielkim wyczuciem. Doświadczenie magicznego ogrodnika przeobraziło prozaiczne kwiatki, żywopłoty i sadzonki w bajeczny Ogród Rozkoszy. Prawdziwy cud stworzenia drzemał w drobnym, wychudłym ciele zmęczonego po siedmiu dniach wysiłku Demiurga. Być może trawiony chorobą cudotwórca, zatęsknił do naturalnego kontaktu z przyrodą. Zapewne od czasu do czasu spoglądał w stronę wzorzystego dywanu kwiatów na klombie. O tej porze roku nieśmiało przebijały przez barwy ziemi wschodzące roślinki i fioletowe pąki magnolii w jego centrum. Szaleństwo eksplodujących kolorów przypada w pogodnym końcu wiosny. Zupełnie, jak w ludowym porzekadle: "Mokry kwiecień, suchy maj, będzie żyto, niby gaj".

Gdy latem dobrze przygrzeje, to w pełnym słońcu kwitnący kobierzec mieni się wszystkimi kolorami tęczy, szczególnie w porze podlewania. Wtedy wypływające z otworu szlaucha kropelki tańczą na wietrze układając się w wielobarwny, niebiański łuk wróżący nam nadzieję.

Na razie tylko wiosenny deszcz nawadnia grunt, na którym dojrzewa wszystko, co żyje. Ktokolwiek będzie podlewać drzewa i krzewy, zaskarbi sobie wdzięczność ogrodnika. Kiedykolwiek odejdzie nasz ogrodnik, trafi do Edenu. Zostawia nam przecież po sobie tyle rajskiego piękna. Piszę o nim myśląc o Annie. Trzy długie lata minęły od ostatniej wiosny w jej krótkim życiu.
"Ludzie odchodzą, lecz pozostawiają za sobą trwały ślad w sercach tych, których spotkali na swojej drodze życia - i to czyni ich nieśmiertelnymi".

To epitafium, które zamierzałem wyryć w kamieniu na płycie rodzinnego grobowca. Od śmierci Anny jest tam tylko informacyjny napis z datami i jej porcelanowa fotografia.

Przez tysiąc dni i tysiąc nocy nie opuszcza mnie myśl o winie wobec tej dziewczyny. Słyszałem po wielokroć, jak wielkim cudem jest miłość dwojga ludzi, ale sam nie śmiałem wierzyć w to, że naprawdę mnie kochała. Teraz już wiem na pewno i nie wątpię w to, chociaż po drodze zdarzyło się wystarczająco wiele złego aby zwątpić w prawdę jej wyznania. Ach te uczucia!...
"...Płakać jest rzeczą niewieścią, mężom przystoi w milczeniu się zbroić"

Jakże to sugestywne, ale ileż w tym fałszu! Warto otwarcie mówić, co się czuje, czego się oczekuje od drugiego człowieka. Teraz już nie mam możliwości, aby wyznać to ukochanej osobie. Raz tylko powiedziałem matce, że chętnie bym się z nią zamienił, kiedy Anka umierała. Zrobiłbym to naprawdę, gdyby tylko było to możliwe. Ale ja tylko umiałem opowiadać baśnie i rzeczywiście opowiadałem je w dzieciństwie rówieśnikom. Potrafiłem to robić z pasją i wprawą do tego stopnia, że z czasem stało się to moim ostatecznym zajęciem. Historie wymyślone i prawdziwe tworzyłem na użytek ludzi, którzy nadstawiali uszu sowicie mnie za to wynagradzając. Niestety, zawsze fikcja była ceniona dużo wyżej od prawdy. Szczerze mówiąc, wszyscy pragnęli słuchać baśni do złudzenia przypominającej rzeczywistość. Kiedyś może wymyśliłbym je tak, jak umierający ogrodnik wyczarował kwitnący dywan. Przyznam dziś, że nie mam tysiąca baśni na tysiąc dni i nocy do opowiadania. Zbawi mnie nawet jedna, prawdziwa historia, ale ja takiej do tej pory nie poznałem.

Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (1):

Sortuj komentarze:

Dziękuję za chwilę zadumy.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.