Pozycja materiału w rankingach:
Życie pozagrobowe - bajka czy nagroda za drogę krzyżową na ziemi?
Sortuj komentarze:
Adam Lutostański 17.07.2009 23:05
Życie po życiu to może i śmierć po śmierci?
Tomasz Sroczyński 15.04.2009 17:42
Pani Jadwigo, obiecuję mieć to na względzie odpisując na cokolwiek, chociaż głównie utrudzić ma się Autorka w przetrawieniu tego;).
Niebieska_84 napisała coś o czym zapomniałem, a też istotne dla zrozumienia doktryny katolickiej w tej kwestii.
Książka zapewne dobra do przeczytania. Zobaczymy, jak wyjdą te doświadczenia zaplanowane. W końcu dla niektórych empiryzm i racjonalizm to jedyne 'prawomocne' metody poznania;].
Pozdrawiam.
Autor usunął profil 15.04.2009 14:29
Coz... nic w tym odkrywczego.
Książka Raymonda Moody - http://pl.wikipedia.org/wiki/Raymond_Moody - mówi na ten temat dużo więcej. Nosi również taki sam tytuł - Life after Life - jak powyższy artykuł.
Przykro mi, nie przekonujesz mnie...
Katarzyna Szewczyk 15.04.2009 13:08
Plus za temat.
Małe sprostowanie - w życiu wiecznym człowiek nie traci swojej tożsamości istoty stale przekraczającej samą siebie;) (wg Kościoła, oczywiście) Więc i jakaś adrenalina dla tych, którzy faktycznie ją lubią, pewnie sie znajdzie.
Myślę też, co więcej nie jedyna), że dla niejednego niewierzącego miejsce się znajdzie.
Pozdrawiam)
Jadwiga Kowalczyk 15.04.2009 12:56
BioZ - jestes niesłychanie interesujacym człowiekiem, ale czytanie Twoich wykładów filozoficznych przekracza moja wytrzymałośc, cierpliwośc i lezy daleko poza zainteresowaniami. Dziekuję, ale.... :) daruj
Tomasz Sroczyński 15.04.2009 10:10
Pani Jadwigo, nie są;).
Nie wiem czy nie przekraczam swoich kompetencji, ale "zripostuję" w pewnym sensie artykuł. Jednocześnie chciałbym wyrazić swoją aprobatę na widok prób zreflektowania tematu;). Ale krótko, bo dzisiaj kolokwium^^.
"W strukturze Kościoła istnieją grupy egzorcystów, po co? Czy naprawdę jest się czego bać?"
W pewnym sensie tak, Szatana i jego wpływu na człowieka. A egzorcyści to już sprawa ostateczna, kiedy nawet psychiatrzy rozkładają ręce a medycyna/naukowcy mają trudności ze zrozumieniem zjawisk towarzyszących danej osobie.
Co do śmierci klinicznej - niedawno znowu o tym powiedziano, tym razem w Faktach, że jacyś naukowcy z bodaj Wielkiej Brytanii chcą przez kilka lat w porozumieniu z niewiemiloma szpitalami zweryfikować twierdzenia o śmierci klinicznej (głównie opuszczenie ciała i widzenie łóżka szpitalnego z góry, poprzez umieszczenie dużych i rozpoznawalnych kształtów na podłodze, nie widzianych z łóżka; ale nie wiem czy to jedyne objawy śmierci klinicznej, niemniej jednak ciekaw jestem wyników).
http://www.tvn24.pl/2217829,0,0,1,1,smierc-pod-lupa,wideo.html
"Czy warto poświęcić to życie w walce o inne, "lepsze" [życie]."
Jeżeli ktoś wierzy w to, że jest lepsze, to zapewne warto...?
"czy można w obu żyć szczęśliwie, czy można kochać Boga, innego człowieka i siebie naraz?"
Można.
"Co się dzieje z ludźmi niewierzącymi? Czy przed nimi św. Piotr zamyka bramę do nieba, bez możliwości dorobienia klucza?"
Ostro kolorowa metafora, bez urazy, trąca twierdzeniami pozostałymi po nauczaniu religii, bez dalszego rozważania;). Chyba nawet nie ma w doktrynie katolickiej twierdzenia, że Św. Piotr pilnuje nieba.
A, nie zamyka przed nimi. Kwestia bożego miłosierdzia. A przy tym ważne by nie rozleniwić sumienia, ostatnio jedna z denominacji protestanckich w bodajże Danii stwierdziła, że nie ma piekła i Szatana, bo skoro wszyscy będą zbawieni, to po co to. Ryzykowne.
"Wielu ludzi, którzy zagubili sie na łące życia, szuka, a raczej oczekuje na znak od Boga, ale jak on ma wyglądać? Ma to być napis na ścianie, czy może list "Od Boga" z napisem: "Człowieku nie grzesz"?"
Może "Bruce Wszechmogący" jest głupawym filmem ale polecam go obejrzeć. Błędem jest w nim antropomorfizacja Boga i czynności jakie podejmuje główny bohater jako Jego zastępca, ale może na ludzki rozum działa jako liźnięcie tego tematu - jak działa Bóg i dlaczego nie zawsze mi pomaga.
Niemniej jednak moim zdaniem to kwestia wyczulenia się na te znaki, trzeba w tym się wprawiać, jak mnisi w medytacjach. I raczej te znaki zazwyczaj nie są tak namacalne, by zostać uznanymi za poważne przez naukę.
"A może lepiej wyjść z założenia, że lepiej wierzyć w coś, niż w nic, bo jak się mówi "i tak nie mamy nic do stracenia" , ale czy na pewno?"
Nic do stracenia... Przypomniał mi się zakład Pascala. Ciekawy tok rozumowania, aczkolwiek o tyle błędny, że czyni wiarę interesowną. Nie wiem, na ile taka jest szczera i miła Bogu;). Zresztą pojawia się inny problem - skąd wiadomo w które bóstwo wierzyć? We wszystkie jednocześnie, w razie czego?
"Czy kolejne życie to jest to nic? Życie w szczęściu i rozkoszy, bez pracy, pieniędzy, kłamstw i rozpaczy, bez śmierci. Czyli wynika z tego, że drugie życie jest wieczne, nigdy się nie skończy. Ale czy życie w ciągłej rozkoszy, bez adrenaliny, konkurencji i przygód typowo "ludzkich" może być ciekawe? Nie znudzi się nam po tych stu wiekach?"
Ponoć główną różnicą między tym, a przyszłym życiem ma być brak grzechu w tym drugim. Ponadto bezpośrednia bliskość Boga do tego dochodzi;].
A czy to się nie znudzi... Po stu wiekach pewnie granie w bilard, słuchanie muzyki, spacerowanie, jedzenie i biesiadowanie... możliwe;). Sam czasem wątpię myśląc że to za piękne. Z drugiej strony sam stan ducha ma być sam w sobie tak piękny, że chyba nie ma powodu by to się kończyło;].
"O nic nie będziemy się martwić, bo i tak wszystko jest tam idealne."
Nie wiem, czy to jest takie pewne. Tzn. nie chodzi mi o wyrzucenie tego, po prostu sam nie pamiętam, czy wszystko ma być idealne, czy po prostu ludzie dojrzali do życia bez grzechów.
"Zatracimy znaczenie ludzkiej wartości, nie będziemy w stanie cieszyć sie tym co małe, staniemy się bezdusznymi egoistami, choć czy to możliwe w świecie, gdzie każdy ma wszystko?"
"Pewien człowiek zagadnął kiedyś Boga o niebo i piekło.
- Chodź, pokażę ci piekło - powiedział Bóg i zaprowadził go do sali, w której wielu ludzi siedziało wokół ogromnego kociołka z gulaszem. Wszyscy biesiadnicy wyglądali na wynędzniałych i zrozpaczonych i wydawali się głodni jak wilki. Każdy też trzymał łyżkę, jednak rączka tej łyżki była o wiele dłuższa od ramion biesiadników, toteż żaden z nich nie mógł trafić do swoich ust. Cierpienie wygłodzonych było straszliwe.
- A teraz - odezwał się Bóg po chwili - pokażę ci niebo.
Wkroczyli do drugiej sali, identycznej z pierwszą: był kociołek z gulaszem, byli i biesiadnicy, i te same łyżki z długachnymi rączkami... Lecz tutaj wszyscy byli szczęśliwi i dobrze odżywieni.
- Nie rozumiem - powiedział człowiek. - Skoro obie sale są identyczne, jak to możliwe, że tu każdy tryska radością, gdy tam wszyscy ledwo się trzymają?
- Ach, to proste - odrzekł Bóg, uśmiechając się. -Tutaj nauczyli się karmić nawzajem."
Ann Landers, ktokolwiek to jest.
Pozdrawiam.
Jadwiga Kowalczyk 15.04.2009 06:22
Autorka dywaguje:
" Co się dzieje z ludźmi niewierzącymi? Czy przed nimi św. Piotr zamyka bramę do nieba,..."
Zabawne rzeczy piszesz z punktu widzenia osoby wierzącej w Św,. Piotra, dzierzącego klucze do bram raju.
" Ale czy życie w ciągłej rozkoszy, bez adrenaliny, konkurencji i przygód typowo "ludzkich" może być ciekawe?" - przeciez podobno nic nie czuja poza szczesliwoscią, wiec jak może im sie znudzic?
Oj, chyba powinnas iść do spowiedzi - nie wiem, czy dla wierzacego watpliwosci na temat doskonałości wiecznego życia nie sa aby grzechem :)