Facebook Google+ Twitter

Żywieniowe ludobójstwo. Gdzie szukać prawdziwego jedzenia?

30, 50 a może 100? Długość ludzkiego życia i kondycja, zarówno fizyczna, jak i psychiczna, zależą w znacznej mierze od odżywiania. Problem w tym, że zaopatrzenie w zdrowe produkty to dzisiaj istna partyzantka. Ale jest na to kilka sposobów.

 / Fot. mat.pras.W moim lokalnym ośrodku zdrowia wisi plakat z napisem: żyj zdrowo - jedz warzywa i owoce. Wydawałoby się proste i oczywiste. A jednak, jak wynika z książki Juliana Rose pt. W obronie życia, konsumowanie warzyw i owoców może wcale nie mieć pozytywnego wpływu. Wszystko bowiem zależy od tego, gdzie dana marchew czy jabłko zostały zakupione. Od tego zależy z kolei, przez kogo, a przede wszystkim, jak zostały wyprodukowane. Rzeczy oczywiste wypisuje autor, ktoś skomentuje. Ale jeśli bliżej się temu przyjrzeć, to okazuje się, że dotarcie dzisiaj do żywności bezpiecznej, zdrowej wymaga naprawdę sporego wysiłku. A w przypadku warzyw czy owoców to wręcz szukanie igły w stogu siana. Julian Rose, którego książkę szczerze polecam, pokazuje, co może stanowić wyjście z tej beznadziejnej sytuacji, w jakiej znalazły się nasze żołądki, ba! całe ciała i umysły. Wyjście to wymaga jednak od nas pewnego wysiłku, zarówno umysłowego, jak i organizacyjnego. Najpierw jednak będzie co nieco o tym, w jakiej sytuacji się znaleźliśmy i krytyce, jakiej Rose poddaje aktualny stan rzeczy.

Hiperśmieci zamiast jedzenia
Robiąc dzisiaj zakupy, do wyboru mamy de facto kilka opcji. Pierwsza to super- lub hipermarket w dużych i pomniejszych miastach. I jest to opcja zdecydowanie dominująca. Nawet wśród mieszkańców wsi, którzy na większe zakupy pofatygują się do pobliskiego miasteczka.

Przyjmijmy, że będziemy się trzymać przykładu warzyw i owoców. Mają one największą (a często jakąkolwiek) wartość odżywczą tylko wówczas, kiedy są świeże i sezonowe. Świeżość natomiast zachowują zazwyczaj do 5 dni. Można sobie zadać pytanie, czy w ciągu tego krótkiego czasu, produkt od zerwania z krzaka trafi do żołądka klienta, zakładając, że zwykle musi przebyć znaczną ilość kilometrów, by znaleźć się wpierw na sklepowych półkach. Nie mówiąc już o takich owocach, które są sprowadzane z drugiej półkuli, jak banany.

Prawda jest taka, że zaopatrując się w supermarketowe warzywa i owoce, można mieć sporo wątpliwości co do ich wartości odżywczej. Co więcej, można się zastanawiać, czy de facto bardziej nie szkodzą niż wpływają pozytywnie. Duże sieci bowiem zazwyczaj kupują od dużych producentów, a tutaj liczy się efekt skali, dzięki któremu markety pozyskują towar za niską cenę, a producent jest w stanie mimo to wygenerować pewien zysk. Aby jednak tego dokonać, musi zintensyfikować produkcję. Zazwyczaj nie odbywa się to przez zakup dodatkowego areału ziemi, ale przez zastosowanie odpowiednich i dostępnych dzisiaj na masową skalę środków. Aby przykładowo jabłka czy inne owoce były duże i wyglądały dorodnie stosuje się azotany. Do tego pestycydy, herbicydy, środki grzybobójcze i wiele innych, które uzupełniają tę spożywczą tablicę Mendelejewa. Nie łudźmy się, że jest inaczej, to znaczy, że producent ma jakieś moralne skrupuły, a rentowność to rzecz trzeciorzędna.

Hipermarketowy problem nie dotyczy wyłącznie warzyw i owoców. Ale niemalże wszystkich produktów. Mleko UHT to wypreparowana substancja, która niewiele ma wspólnego z prawdziwym mlekiem. Do jajek wstrzykiwane są specjalne barwniki, aby żółtka miały kolor choćby przypominający żółtko. W przeciwnym wypadku byłyby one szare, zważając na sposób, w jaki hoduje się kury, przede wszystkim to, czym są karmione na wielkich fermach. Podobnie jest z mięsem. Brojlery (kurczaki hodowane na mięso) dożywają około 2 miesięcy, świnie około 3,5 miesiąca. Aby zwierzę zdążyło w tym czasie urosnąć, musi dostawać odpowiednie hormony, natomiast aby nie spowodowało strat w związku z ewentualnymi zachorowaniami, szpikowane jest antybiotykami. Na jakość mięsa wpływa również fakt, że zwierzęta te są hodowane w uwłaczających warunkach na niewielkiej przestrzeni. Można się z tego śmiać, ale zwierzęta też przeżywają stres, a ten wpływa na reakcje w ich ciałach. Czyli w tym, co następnie ląduje w naszych nieświadomych żołądkach.

Z hipermarketu na targ. I co dalej?
Załóżmy, że po takim wstępie ktoś zadeklaruje stanowczo, że w hipermarkecie zakupów nie będzie robił. Co w związku z tym? Pole zakupowe znacząco się zmniejsza, ale jeszcze nie jest beznadziejne. Można bowiem postawić na produkty ekologiczne. Można, o ile ma się gruby portfel, bo jednak, przykładowo, 8 zł za kg marchwi, to nie mało, a dietetycy polecają warzywa jeść 4 razy dziennie. Co więcej, jeśli mieć na uwadze przy okazji wpływ na środowisko, to ekouprawy, które są dziś często wielkim przemysłowym biznesem, nie są dla środowiska wcale eko.

 / Fot. zielony sztandarSzukając rozwiązania i wracając uporczywie do przykładu warzyw i owoców, mamy to szczęście, że Unii Europejskiej nie wypalił jak do tej pory plan "wysiedlenia", czy też skłonienia do przenosin do miast kilku milionów polskich rolników, co miało się dokonać po akcesji w 2004 roku. Tak miało się stać, bo Wspólnota Europejska w ramach modernizacji rolnictwa preferuje zdecydowanie duże podmioty, duże gospodarstwa. Nie do wiary? Czyżby Unia kojarzyła nam się tylko dobrotliwie z dopłatami? De facto, dopłaty dla drobnych gospodarzy (ich wysokość zależy od areału), to kropla w morzu w porównaniu z tym, co zgarnęły duże zagraniczne koncerny, które w sam czas zdążyły kupić od państwa trochę ziemi po byłych PGRach, załapując się na całkiem niezłe unijne sumki. Ponadto firmy te mają swoje interesy, związane z handlem agrochemią.

Skąd jednak wiadomo o takich planach Unii Europejskiej? Wspomniany na samym początku Julian Rose, autor książki W obronie życia, przed wejściem Polski do UE brał udział w negocjacjach z władzami UE, starając się odwieźć ich od planów większej centralizacji polskiego rolnictwa. Rose występował tutaj z ramienia powstałej w 2002 roku Międzynarodowej Koalicji dla Ochrony Polskiej Wsi. Zaangażował się w tę działalność, mając na uwadze degradację wsi brytyjskiej, która się dokonała w ciągu ostatniego trzydziestolecia. Tematykę zna doskonale, gdyż od połowy lat 70. prowadzi własne gospodarstwo ekologiczne. Rose to zresztą postać nietuzinkowa, w latach 60. uczęszczał do Królewskiej Akademii Teatralnej w Londynie, potem był zaangażowany w działania grupy teatru eksperymentalnego, ponadto jest baronem Królestwa Zjednoczonego.

 / Fot. GenesisPlan Unii zatem nie wypalił i nadal w Polsce mamy ponad 1,5 mln niewielkich gospodarstw. Dzięki nim wciąż alternatywą dla supermarketowych warzyw, są te dostarczane na miejskie ryneczki czy wiejskie targi. Można na nich z powodzeniem kupić świeże i sezonowe płody rolne, jak również mleko prosto od krowy, jajka znoszone przez kury cieszące się wolnym wybiegiem i skubiące zieloną trawkę. Jest jeszcze jeden szalenie ważny aspekt. Produkty te mają charakter lokalny. To że nie są wiezione przez pół świata, sprawia, że wpływ na środowisko jest dużo mniejszy. Ktoś powie, a co mnie obchodzi wpływ na środowisko? Byłbym jednak bardziej powściągliwy, zważając na fakt, że oddychamy powietrzem, które jest jednym z najgorszych w Europie - czyli jednym z najbardziej zanieczyszczonych. Co ciekawe fatalna jakość powietrza dotyczy już nie tylko rozsławionego ostatnio pod tym względem Krakowa, ale większości dużych miast, a nawet co ciekawe niektórych miejscowości uzdrowiskowych.

Moglibyśmy więc powiedzieć, że nasze poszukiwania warzyw i owoców kończą się na ryneczkach i targach. Sprawa załatwiona. Kwestia jednak nie jest tak oczywista. Nawet tutaj nie ma się 100% pewności, co przykładowa marchew czy jabłko zawiera. Agrochemizacja bowiem w latach 90. ubiegłego wieku trafiła pod polskie strzechy i zdobyła sporą popularność. To wręcz oczywiste, że oprysk trafia na owoce wielokrotnie, a ostatni raz nawet tuż przed sprzedażą. Takie podejście do rolnictwa można by określić jako konwencjonalne, uznawane za normalne (oraz jedyne i nieodzowne) przez rolników, oraz w niemy sposób akceptowane przez konsumentów.


Po pierwsze: aktywność i krytyczne myślenie
Teraz to już sytuacja zaczyna wyglądać beznadziejnie: albo jemy chemię, ryzykując, albo rezygnujemy zupełnie z warzyw i owoców, znów ryzykując niedobory w naszym organizmie, co może również skończyć się niewesoło. Co można poza tym zrobić? Jakie jest zatem rozwiązanie? Co proponuje Julian Rose autor wspomnianej książki? Jedno jest pewne: "jeśli będziesz siedzieć bezczynnie, twoje życie zostanie ci odebrane". W taką antyradę ujmuje w swojej książce pierwsze zalecenie. Innymi słowy, naszym największym problemem jest bierność i szablonowy konformizm. Najczęściej niema zgoda na status quo, a niekiedy więcej - brak krytycznego myślenia. Fakt, że producenci robią przy tym wszystko, aby łuski na naszych oczach pozostały. Służą temu chociażby kolorowe, mające przyciągnąć opakowania. Sprzyja temu styl życia - nieustanny pośpiech, brak czasu, przemęczenie. Kto by jeszcze się przy tym zastanawiał, co oznaczają te wszystkie E-składniki ujęte na etykietach, zawarte w produktach, i jaki mają wpływ?

A jednak bez tego, czyli bez naszej aktywności, żadna zmiana się nie dokona. Aktywność oznacza przede wszystkim zmianę myślenia, utartej świadomości. Jeśli już ktoś zda sobie sprawę, że nie jest podmiotem, ale zaledwie przedmiotem w procesie wymiany handlowej, bezosobowym elementem statystycznym, który ma wpłynąć pozytywnie na wydajność - to kolejnym krokiem jest zmiana praktyki. Przydaje się w tym wszystkim odrobina buntu, który zwykle budzi się naturalnie wtedy, gdy traktowanie nas przez kogoś odbiega daleko od tego, by określić je można jako uczciwe i sprawiedliwe. Ten bunt w praktyce może oznaczać bardzo zwyczajne zasady postępowania: nie robię zakupów w super- i hipermarketach, albo czytam etykiety na produktach - wybieram świadomie. Kiedy nie znam jakiejś substancji w składzie, rezygnuję z produktu, ewentualnie poszukuję informacji, wyjaśnień.

Mając na uwadze opisany powyżej wąski zakres możliwości zakupowych, ktoś może stwierdzić, że dokonanie zmiany jest zbyt trudne w obecnych warunkach. Pamiętajmy jednak, że z drugiej strony Polska w porównaniu z krajami Zachodu, gdzie rolnictwo zostało zawłaszczone przez wielkie korpo, jest jeszcze w całkiem niezłej sytuacji. Jak już zostało powiedziane, u nas wciąż istnieje potencjał w postaci niewielkich gospodarstw. Wśród nich jest pewna ilość, choć brak danych jaka dokładnie, które mają charakter prawdziwie ekologiczny. Wystarczy poszperać w internecie, by takie znaleźć i próbować dokonywać u nich zaopatrzenia. Można to robić w pojedynkę, albo grupowo, tworząc kooperatywy. Przykładem są choćby takie inicjatywy jak RWS Świerże Panki czy RWS Szczecin. RWS to inaczej rolnictwo wspierane przez społeczność. W praktyce grupa osób deklaruje się z góry zapłacić pewną sumę za określoną ilość płodów rolnych. Z drugiej strony rolnik mając pewną zapłatę, może skupić się na produkcji, na jakości, na ekologicznych sposobach upraw. Tego typu inicjatywy społeczne z powodzeniem działają w Wielkiej Brytanii od kilku lat, również w Niemczech. Innym przykładem jest Warszawska Kooperatywa Spożywcza, organizacja o charakterze spółdzielczym. Tego typu aktywność jest w zasięgu każdego z nas. Możemy do nich dołączać lub tworzyć je sami, skrzykując znajomych, sąsiadów, rodzinę, okolicznych mieszkańców. / Fot. jemy lokalnie

Te sposoby zaopatrzenia w żywność spełniają wszystkie warunki, o których mowa była powyżej. Dostarczane produkty są świeże, sezonowe i lokalne. Klient zyskuje wartościowe pożywienie. Z drugiej strony formuła służy rozwojowi lokalnego rolnictwa (nie wielkich korporacji, przez które zyski wypływają na zewnątrz), które odznacza się mniejszym wpływem na środowisko i bioróżnorodnością w uprawie ziemi. Daje również niewielkim gospodarstwom szansę na przetrwanie we wrogim im świecie, który sprzyja wyłącznie dużym.

Zmiany wymaga jednak nie tylko podejście konsumentów, ale również producentów, czyli rolników. Konkretniej potrzeba odejścia od agrochemii na rzecz bardziej innowacyjnych, ekologicznych metod upraw. Warto zdać sobie sprawę, że czynnikiem motywującym powinien być tutaj popyt na produkty ekologiczne.

Strategia Sąsiedzka, czyli samowystarczalność
Opisaną strategię, bazującą na powrocie do tradycyjnych proekologicznych metod produkcji żywności oraz lokalnej sprzedaży i konsumpcji, proponuje właśnie Julian Rose w książce W obronie życia. Pragmatyczne propozycje dla cierpiącej planety. W latach 70. autor przekształcił własne gospodarstwo w model ekologiczny, więc książkę pisze z perspektywy praktyka, choć jednocześnie mądrego myśliciela, filozofa życia, traktującego życie w sposób holistyczny.

Strategia Sąsiedzka, bo tak określa ją znamiennie autor, odznacza się bardzo istotną cechą, którą jest samowystarczalność. Innymi słowy niezależność od korporacji i hipermarketów, ale i produkcja oraz konsumpcja na ludzką skalę. Rose zachęca, by owa samowystarczalność obejmowała jak najwięcej aspektów. Szczególnie ważnym, w perspektywie przyszłości, jest energia. Zważmy na to, że w związku z dyrektywami unijnymi koszty energii w najbliższych latach z pewnością wzrosną i to znacząco. Mówi się także o przerwach w dostawie energii, tzw. blackoutach. Bezpieczeństwo energetyczne możemy sobie jednak zapewnić sami. W Polsce furtkę do produkcji energii przez indywidualnych producentów (a nie tylko wielkie sieci energetyczne) dała ostatnio wywalczona z trudem poprawka prosumencka do ustawy o OZE.

Na ile zaangażujemy się w realizację strategii sąsiedzkiej, zależy od nas. Możemy być jej zwolennikami i praktycznymi realizatorami poprzez zakupy od lokalnych producentów, stosujących ekologiczne metody upraw. Ale można pójść o krok dalej w samowystarczalności, decydując się na produkcję własnej żywności. De facto część z nas już tak czyni. Popularne stało się pieczenie w domu chleba. Ale i uprawy na ogródkach działkowych tętnią. Nie licząc oczywiście domowej produkcji alkoholu. Cenne stają się na powrót umiejętności, których zaczęliśmy się wyzbywać, kiedy w Polsce zapełniły się półki w latach 90., a tempo życia wzrosło.

Julian Rose namawia do jeszcze bardziej zdecydowanej samowystarczalności. Stawka jest wysoka: można stracić dotychczasowy komfort, ale odzyskać energię i radość życiową, które często zostają przytłumione w miejskim szumie, w trakcie mocno eksploatującej pracy. Ile razy mamy dość tego wszystkiego? I najchętniej byśmy coś w swoim życiu odmienili? Rose proponuje przede wszystkim wyprowadzkę z miasta. Dalej znalezienie żyznej ziemi i nauczenie się, jak uprawiać żywność, zbierać deszczówkę i korzystać z odnawialnych źródeł energii. Brzmi absurdalnie? Wystarczy poszperać w internecie, by znaleźć sporą liczbę przykładów ludzi, którzy potrafili odważyć się na taką rewolucję. Potrafili przejąć kontrolę nad swoim życiem. Zostali rolnikami, hodowcami zwierząt i producentami serów, a w kwietniowym magazynie "Dzikie Życie" można przeczytać wywiad z osobą, która z powodzeniem od wielu lat, po wyprowadzce z miasta, zajmuje się uprawą lawendy. Wszystko to jednak wymaga odwagi, a przede wszystkim wyjścia poza strefę komfortu, do której przywykliśmy.  / Fot. dla klimatu

Zbiór esejów Juliana Rose, to niezwykle mądra i praktyczna lektura. Omówienie wszystkich aspektów w niej zawartych wymagałoby znacznie obszerniejszego tekstu. Przedstawiłem głównie te, które odnoszą się do człowieka. Choć wiem, że zaprzecza to holistycznemu podejściu autora, gdyż ma on na uwadze obronę, zgodnie z tytułem, nie tylko życia człowieka, ale wszystkich bytów - zwierząt, roślin. Całej cierpiącej planety, jak podkreślone to zostało w podtytule książki. Jakże to inne podejście od tego, które jest stosowane - czyli bezwzględnej eksploatacji.


Julian Rose: W obronie życia. Pragmatyczne propozycje dla cierpiącej planety.
Wydawnictwo Genesis. 2014.



Zobacz inne teksty tego autora:

Grożba katastrofy coraz bardziej realna. Nowa książka Naomi Klein
Do twarzy czy z twarzą? Jak ubrać się, nie krzywdząc?
MINIMUM, które należy wiedzieć o udarze, by przeżyć
















Wybrane dla Ciebie:




Komentarze (3):

Sortuj komentarze:

Zgadzam się - powietrze mamy jedno z najgorszych w Europie. I wcale nie dotyczy to tylko Krakowa, ale wszystkich większych miast, a nawet miejscowości uzdrowiskowych! Ale cóż tam, przecież u nas wciąż jest wiek XIX i kwitnie kultura węglowa. A na OZE zawsze jakiegoś haka się znajdzie. Co do wody też zgoda.

Tym bardziej powrót do samowystarczalności jest uzasadniony i wyprowadzka gdzieś na wieś, jak proponuje autor książki. To zmniejsza stopień zatruwania nas przez innych.

Dodałbym jeszcze do tego co Pan napisał, że człowiek truje trochę świadomie, a i trochę nieświadomie. Bo dla większości producentów dodawanie chemii to rzecz oczywista. Nikt się nad tym nie zastanawia, to jak z oddychaniem. To jest efekt systemu, który Julian Rose w swojej książce nazywa Matriksem i poza ramy którego proponuje wyjście.

Komentarz został ukrytyrozwiń

Ale na długość życia wpływa również zanieczyszczenie powietrza (oddychanie jest również szkodliwe), zanieczyszczenie wody (nawet ta z butelek jest konserwowana i także szkodliwa) czyli picie tej wody też szkodzi... jak daleko odeszliśmy już od dawnego raju...czy to już 5 mln lat? czy może więcej ??? A może jednak mniej?
Wniosek: Człowiek truje zatem świadomie drugiego człowieka...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Prawda jest zwykle gdzieś pośrodku. Ale wraca wizja z filmu francuskiego komika Louisa de Funes-a gdzie kurczaki produkowało się w fabryce... a teraz ostatnio słyszymy nawet o ekspresowych posiłkach w restauracjach z drukarki 3D...

Komentarz został ukrytyrozwiń

Jeśli chcesz dodawać komentarze, musisz się zalogować.

Najpopularniejsze

Copyright 2016 Wiadomosci24.pl

Korzystamy z cookies i local storage.

Bez zmiany ustawień pliki są zapisywane na urządzeniu. Więcej przeczytasz tutaj.