Panie Wojciechu zdanie, od którego rozpoczyna Pan swoją wypowiedź: "Uważam, że wiekszość ma zawsze rację" - poniekąd od początku dyskwalifikuje Pana wypowiedź.. czy podtrzymał by je Pan w przypadku hitlerowskich Niemiec, stalinowskiej Rosji, czy choćby sytuacji, w której np. muzułmanie stanowiliby u nas większość? Inną tezą Pana wypowiedzi jest,...
Panie Wojciechu zdanie, od którego rozpoczyna Pan swoją wypowiedź: "Uważam, że wiekszość ma zawsze rację" - poniekąd od początku dyskwalifikuje Pana wypowiedź.. czy podtrzymał by je Pan w przypadku hitlerowskich Niemiec, stalinowskiej Rosji, czy choćby sytuacji, w której np. muzułmanie stanowiliby u nas większość? Inną tezą Pana wypowiedzi jest, iż Europa dąży do samozagłady, bo pozbywa się swoich tradycji. A ja sądzę wręcz przeciwnie, Europa ma swoją pozycję, dzięki temu, że zawsze przekraczała swoje tradycje; zawsze je rozwijała, kwestionowała.. Jak wygląda poziom rozwoju tych, którzy nie kwestionują swoich tradycji może Pan zobaczyć w Somali, Beninie i innych krajach afrykańskich. Również kraje Azji trwały w zacofaniu, póki np. USA siłą nie narzuciły Japonii konieczności zerwania z tradycją.. Przykłady można mnożyć. A zatem Pana teza, iż wiszące w klasach krzyże to główna wartość Europy jest jednak mocno przesadzona, i gdyby sam przemyślał Pan konsekwencje tej tezy - zobaczył by Pan że jest głęboko uproszczona. Nie jest tak także, że nasza siła (w obronie np. przez islamistami) zależy od naszej religii, od tego symbolicznego wiszenia krzyży w klasach... Przeciwnie, zależy właśnie od przekraczania tradycji, bo rozwój, innowacje wiążą się z odchodzeniem od dawnych wzorców (wszak co było dobre dla naszych ojców, wcale nie musi byc dobre dla nas). A nasza obrona polega - paradoksalnie - właśnie na tym, że my umiemy być innowacyjni, potrafimy tworzyć nowe technologie, a oni nie, bo trzymają się kurczowo swojej tradycji..
Inna rzecz, na co błyskotliwie zwraca uwagę Pan Marek, w całej dyskusji wokół krzyży umyka nam myśl - po co właściwie wieszać te krzyże w klasach? Jaki jest tego sens? Czy religia, która jest tak silna, jak w naszym kraju musi na każdym kroku zaznaczać swoje terytorium? musi wciąż utwierdzać swoich wyznawców, że w danym miejscu panuje? Czy oznaką siły / zdrowia jest jak na każdym kroku muszę afiszować swoją siłę / podkreślać swoje zdrowie, czy, przeciwnie, pozwalać innym na spokojne funkcjonowanie, z przekonaniem, że "znam swoją wartość", i wiem, że "nie mogą mi zagrozić"? A, uogólniając, takie pytanie - czy demokracja polegać ma na tym, że większość pacyfikuje mniejszość (mówi im, jak Pan sugeruje: "Jak sie komu nie podoba, to fora ze dwora"..), czy że większość i mniejszości szukają punktów wspólnych, zapewniając zarazem możliwość realizacji swoich odmienności. A jeśli tak, godzą się na minimum tolerancji wobec siebie, tzn. wyłączenia spod wpływów przestrzeni wspólnych, a takimi są przestrzenie publiczne państwa, jak szkoła i inne urzędy.
Mam także nadzieje, że elementem tego porozumienia między wszystkimi stronami jest, jak sugeruje Pan Marek, że w sumie ważne jest "żeby szkoła służyła nauce, a nie indoktrynacji"; żeby pozwalała rozwijać się uczniom tak, aby byli potem w stanie samodzielnie myśleć, dowolnie wybierając swoje przekonania światopoglądowe - wtedy bowiem będziemy bezpieczni, gdyż nowe pokolenie naukowców znajdzie sposoby, aby technologicznie zabezpieczyć nas przed religijnymi szaleńcami (którzy na szczęście wciąż zamiast myśleć o nowych technologiach - będą usilnie trzymać się swoich tradycji).