Basiu, bo to jest trudne do napisania. Marchia zaczęła kolkować dzień wcześniej gdzieś o 13-15, przyjechał weterynarz, podał jej leki i powiedział, że mamy z nią spacerować. Spacerowałyśmy tak całą noc, dzwoniąc dosłownie co dwie godziny do weterynarza, bo nic się nie zmieniało. Wydawało nam się, że coś jest nie tak. Weterynarz kazał czekać do 6, jak nic...
Basiu, bo to jest trudne do napisania. Marchia zaczęła kolkować dzień wcześniej gdzieś o 13-15, przyjechał weterynarz, podał jej leki i powiedział, że mamy z nią spacerować. Spacerowałyśmy tak całą noc, dzwoniąc dosłownie co dwie godziny do weterynarza, bo nic się nie zmieniało. Wydawało nam się, że coś jest nie tak. Weterynarz kazał czekać do 6, jak nic się nie zmieni to przyjedzie. Zadzwoniłyśmy o 5, przyjechał na miejsce koło 7. Klacz dostała te same leki, co dzień wcześniej. Zbadał ją ponownie i stwierdził lekkie zatkanie okrężnicy, które powinno przejść. Powiedział, że taka kolka może trwać nawet do 3 dni. Potrzymał ją do prawie 11, gdzie klacz chodząc już dosłownie się słaniała na nogach. Od godz. 5 rano było coraz gorzej. Były momenty, gdzie z bólu się już rzucała na ziemię. Ok. 11 weterynarz stwierdził, że przewóz do kliniki będzie jednak nie zbędny, bo na jego oko, to coś za bardzo ją boli.
Wsadziłyśmy klacz razem ze źrebakiem i pojechałyśmy do kliniki do Tyńca, gdzie są inni weterynarze. Została zbadana (w ten sam sposób w który trzy godziny wcześniej badał ją weterynarz w stajni) i lekarz od razu stwierdził skręt jelit. Klacz prawie natychmiastowo została położona na stół operacyjny. Gdy ją jednak otworzono, lekarze, którzy ja operowali stwierdzili, że niestety koń jest nie do uratowania, nastąpiła już martwica niektórych części jelit, a przy odkręcaniu część zawartości jelit zaczęła się wylewać do jamy brzusznej. Mogli ją zoperować, ale powiedzieli, że pożyje jeszcze 2 dni i będzie cierpieć. Musiałyśmy więc z siostrą podpisać zgodę na uśpienie klaczy.
Weterynarze operujący powiedzieli, że gdyby koń przyjechał dzień wcześniej, nawet wieczorem, to udałoby się ją uratować. Niestety zawierzyłyśmy słowom wcześniejszego weterynarza. Nie potrafimy zrozumieć, jak weterynarz mógł się tak bardzo pomylić... W klinice też nie dowierzali.
Źrebak wrócił do domu bez mamy, na środkach uspokajających. Smutno patrzeć na taką małą sierotkę...
Klacz niepotrzebnie cierpiała przed śmiercią. Tylko ją męczyłyśmy prowadzając, a ona już sił nie miała, tak ją bolało. W klinice przed operacja w jej oczach widziałam już obojętność. Tak jakby nie chciało jej się już żyć.
Jeden dzień zadecydował o jej śmierci. Niesamowita pomyłka lekarza.