Jestem po... tej apokalipsie:)
Może i można ironizować, że film jest pod tytułem "Kochanie, czuję że coś nas dzieli". Pewnie też da się polemizować na temat definicji dłużyzn, ale nie da się tej produkcji odmówić rozmachu i wyobraźni, czyli tego, po co najcześciej chodzi się do kina - choć wiadomo, że powodów bywa multum.
Kiedy potrzebuję...
Jestem po... tej apokalipsie:)
Może i można ironizować, że film jest pod tytułem "Kochanie, czuję że coś nas dzieli". Pewnie też da się polemizować na temat definicji dłużyzn, ale nie da się tej produkcji odmówić rozmachu i wyobraźni, czyli tego, po co najcześciej chodzi się do kina - choć wiadomo, że powodów bywa multum.
Kiedy potrzebuję wyrafinowanych intelektualnie podniet to wybieram się na "Rewers", gdzie różnica ma się tak jak seks do miłości (z tym, że warto łącznie nikt nie dyskutuje, ale każde z osobna też jest niezbędne dla zdrowia;-)
Abstrahując od wyższych pobudek można też stwierdzić, że jeśli komuś kiedykolwiek zdarzyło się sądzić, że właśnie przeżywa ostatni dzień z kalendarza Majów (a mnie się to przytrafiło już kilkakrotnie;) to ta amerykańska tandeta przypomni mu po raz kolejny w bajkowy sposób czy i o jakiej arce powinien myśleć:)
Suma sumarum siedziałem wbity w fotel przez 180 minut, a wyobrażenie współczesnej arki nawet przyćmiło wspomnienie Gwiezdnych Wojen:) Może dlatego, że realne.
I jeszcze jedno - amerykańską fascynację Rosją poznałem wiele lat temu na przykładzie pewnej nowojorki, która tak kochała Barysznikowa, że została starą panną.
Może to irytować, ale w gruncie rzeczy nie mam nic przeciwko wielkiemu Bratu, który stale ratuje świat. A gdybym był Rolandem Emmerichem to na pewno nakręciłbym 2012 na Długiej w Gdańsku:P
PS. Malkontentów zapewniam, że nie jestem przedstawicielem dystrybutora:)