Przeczytałem sobie artykuł pani Oli Łańcuckiej i nasuwa mi się jedna sprawa. Autorka napisała, że za "jej czasów" nie było takiej, jak to określiła, "ilości frustracji, nienawiści i przemocy". I nie mogę się z tym stwierdzeniem do końca zgodzić. Bo to nieprawda, że było inaczej. Było tak samo, tylko nikt o tym nie mówił. Nikt się tym problemem nie...
Przeczytałem sobie artykuł pani Oli Łańcuckiej i nasuwa mi się jedna sprawa. Autorka napisała, że za "jej czasów" nie było takiej, jak to określiła, "ilości frustracji, nienawiści i przemocy". I nie mogę się z tym stwierdzeniem do końca zgodzić. Bo to nieprawda, że było inaczej. Było tak samo, tylko nikt o tym nie mówił. Nikt się tym problemem nie zajmował. Należy zauważyc, że obecne pokolenie "przywódców", że tak to nazwę, tych grup młodych rozrabiających, często gęsto, mają po 25-30 lat. Czyli właśnie kończyli szkołę mniej więcej w czasie, w którym robiła to autorka tekstu. To oni pokazują i pokazywali młodzieży, że granice są po to, żeby je przekraczać. Mnie w tej całej rozmowie o polskiej szkole martwi i przeraża co innego. Zdarzyło mi się ostatnio oglądać reklamę LPR, w której uśmiechniety pan G, oświadcza, że nie ma w szkole miejsca na patologię. I tu się z nim zgodzę. Dlaczego jednakoż ta patologia według LPR-u to dzieciaki ubrane, powiedzmy jak, osoby słuchające metalu czy punka? Nie wiem czy coś się zmieniło od moich czasów, ale śmiem twierdzić, że grupy rozrabiające mają z takimi ludźmi mało wspólnego (oczywiście nie twierdze, że i tacy nie szaleją). Jest to pewien prosty stereotyp, że jak ktoś ubiera się inaczej, słucha takiego "łomotu" musi być zły. Przyznaję, że ta część wypowiedzi to poniekąd prywata, ale przeszkadza mi takie myślenie i nic na to nie poradzę.