Ja mam doświadczenia tylko z jednej z polskich uczelni, ale słowo, które nasuwa mi się jako pierwsze gdy o niej myślę, to "fuszerka". Co nie znaczy że żałuję lat tam spędzonych - przeczytałam sporo ciekawych książek, poznałam trochę ciekawych ludzi. Byłam też na Erasmusie, dla odmiany w Niemczech, ale o poziomie nauczania tam nie jestem w stanie...
Ja mam doświadczenia tylko z jednej z polskich uczelni, ale słowo, które nasuwa mi się jako pierwsze gdy o niej myślę, to "fuszerka". Co nie znaczy że żałuję lat tam spędzonych - przeczytałam sporo ciekawych książek, poznałam trochę ciekawych ludzi. Byłam też na Erasmusie, dla odmiany w Niemczech, ale o poziomie nauczania tam nie jestem w stanie się wypowiadać o tyle, że dla mnie była to głównie przygoda, na którą warto było poświęcić semestr. Od tamtej pory jestem gorącą zwolenniczką takich wyjazdów, chociażby po to, by mieć co porównywać i wyciągać wnioski.
Co do listy obecności - jestem jej zwolenniczką na ćwiczeniach, w dużej mierze dlatego, że - jak wynika z moich obserwacji - wielu jest studentów, którzy czas studiów spędzają na kombinowaniu jak by tu się najrzadziej pojawiać na zajęciach. Bardzo często powodem jest praca kolidująca z zajęciami, ale nie zmienia to faktu, że takie postępowanie jest po prostu nieuczciwe. Zwłaszcza w sytuacji, gdy mamy dostęp do studiów zaocznych. Inna sprawa, że ze sprawdzaniem listy kojarzą mi się różne niemiłe sytuacje - docinki prowadzących pod adresem studentów o "zabawnych" nazwiskach, niewybredne komentarze etc. Takich sytuacji widziałam na krakowskiej uczelni wiele. Ale to chyba nie lista jest winna, a poziom pracowników naukowych.