Dziwi mnie tutaj fakt użycia wyrażenia "bezprecedensowy". Że niby pierwszy? Z cała pewnością nie pierwszy i wcale nie ostatni (nawet, jeśli precedens powstanie). Bo czy się to komuś podoba, czy nie, to w Niemczech nie ma czegoś takiego, jak mniejszość (polska). Nie ma wiec wymogu, aby "Jugendamt" utrzymywał urzędnika-tłumacza ze znajomością języka...
Dziwi mnie tutaj fakt użycia wyrażenia "bezprecedensowy". Że niby pierwszy? Z cała pewnością nie pierwszy i wcale nie ostatni (nawet, jeśli precedens powstanie). Bo czy się to komuś podoba, czy nie, to w Niemczech nie ma czegoś takiego, jak mniejszość (polska). Nie ma wiec wymogu, aby "Jugendamt" utrzymywał urzędnika-tłumacza ze znajomością języka polskiego. Tak samo, jak w Polsce nie ma wymogu, aby urzędniczka opieki społecznej znała język niemiecki (paradoksalnie - mniejszość niemiecka w Polsce istnieje). Ona może go znać, ale wcale nie musi.
A jeśli był powód (nie wnikam w to, czy był, czy nie), aby rozmowa z dzieckiem odbywała się w obecności urzędnika "Jugentamtu", to nie po to na pewno, żeby urzędnik patrzył w oczy ojca, tylko po to, żeby wiedzieć, co ten ojciec dziecku mówi. Według mnie, to zaczynamy popadać w paranoje i na siłę chcemy zrobić z drobiazgu IV Rzesze. Widać IV jest u nas magiczną cyfrą...
Nie mniej jednak plus za to, że będę wiedział co oglądać. Bo IV Rzeszy o tym fakcie - cisza. :)