Artykuł jest bez sensu - równie dobrze można zacząć wyśmiewać istnienie zapalenia płuc, czy wad kręgosłupa, bo niektóre osoby uzyskują fałszywe zaświadczenia lekarskie, żeby czegoś tam uniknąć.
To że część osób uzyskuje fałszywe zaświadczenia to jedno, a to że są ludzie naprawdę mający problemy z konkretnymi dysfunkcjami to coś całkiem innego....
Artykuł jest bez sensu - równie dobrze można zacząć wyśmiewać istnienie zapalenia płuc, czy wad kręgosłupa, bo niektóre osoby uzyskują fałszywe zaświadczenia lekarskie, żeby czegoś tam uniknąć.
To że część osób uzyskuje fałszywe zaświadczenia to jedno, a to że są ludzie naprawdę mający problemy z konkretnymi dysfunkcjami to coś całkiem innego.
Niestety nauczyciele często nie są przygotowani do uczenia dzieci z dysfunkcjami więc im po prostu odpuszczają, a uczenie dziecka z dysfunkcją paradoksalnie wymaga więcej pracy, nie mniej.
Dysortograficy np. popełniają błędy mimo znajomości zasad. Dlatego sprawdza się ich w ten sposób, że ocenia się, czy znają zasady ortograficzne, czy wiedzą, jak coś powinno zostać napisane, a nie daje im się dyktand do pisania.
Niestety kiepski nauczyciel w takiej sytuacji woli dać wszystkim dyktanda a dysortografikowi odpuścić znajomość ortografii. A to nie o to chodzi.
I u takiego kiepskiego nauczyciela 70% dzieci przyjdzie z zaświadczeniami o dysortografii. Z czego większość z zaświadczeniami fałszywymi. U dobrego nauczyciela dysortografik zostałby sprawdzony osobno ze znajomości ortografii, a pozostałym nie opłacałoby się przynosić zaświadczeń, bo by im na jedno wychodziło. I tak by się musieli nauczyć.
Dodatkowo część dysfunkcji to dysfunkcje rozwojowe, które mogą się zdarzać u dzieci, ale już nie u nastolatków. I one po pewnym czasie zanikają, tylko u niektórych osób przeradzają się w stałe dysfunkcje. Czyli dziecko może mieć np. ewidentną dysleksję, która w pewnym momencie zniknie.
Czyli w praktyce może nie być w stanie czytać, kiedy wszyscy już czytają i nagle mu się to odblokuje. Podobnie jak niektóre dzieci nie mówią nic np. do czwartego roku życia i nagle im się to odblokowuje.
Parę słynnych osób, których praca wymaga świetnego wysławiania się przyznało się, że do jakiegoś wieku w ogóle nie mówiły, a potem momentalnie stały się niezwykle rozmownymi dziećmi :)
Kiedyś o dysfunkcjach rozwojowych nauczyciele nie wiedzieli nic. I dzieci z dysfunkcjami rozwojowymi uznawali po prostu odgórnie za niezdolne, a to głupota.